wtorek, 22 września 2015

Szkolna strawa

Otwieram fejsa, a tam kolejna burza. Tym razem dotyczy żywienia w stołówkach szkolnych. Ludzie piszą złowróżbne komentarze, że upadną już nie tylko szkolne sklepiki, ale też stołówki szkolne. Pomstują na nowe przepisy uderzające w ajentów zajmujących się kuchnią w szkołach, bo dzieci nie będą chciały jeść niesmacznego pożywienia. Ubolewają nad faktem, że nawet cukier stał się zakazany. A przecież pamiętam jak moje dziecko chodziło do przedszkola i mówiło: "Nie piłam kompotu, bo był za słodki". Wody wtedy nie było do wyboru, więc na obiady nosiło swoją wodę.

Internauci już narzekają, na miód, który ma być dodawany zamiast cukru. Już pojawił się wpis jakiejś rodzicielki, której nie tylko dziecko jest uczulone na miód, ale cała klasa (taa jasne  ;-) ). Tutaj akurat nie widzę problemu - woda ma być dostępna, więc zawsze dzieci mogą pić wodę. Zresztą słodzić można nie tylko cukrem i miodem. Jest jeszcze stewia, syrop klonowy, słodkie owoce, czy taki np. ksylitol. A dzieci uczulone i tak zawsze miały przygotowywane posiłki bez alergenu.  :-D



Temat zaczyna mnie interesować. Czytam zatem co też zmieniło się w jedzeniu sprzedawanym na terenie szkół. I dowiaduję się, że od września w szkolnych sklepikach może znajdować się tylko zdrowe jedzenie. Zatem nie uświadczy się tam już ani chipsów, ani batoników, czy słodkich napojów. Ponadto kanapki muszą być zrobione z pieczywa pełnoziarnistego lub razowego. Nie mogą zawierać majonezu, soli, ani serków topionych. Dodawany ketchup powinien być zrobiony z dużej ilości pomidorów (nie z gotowych przecierów). Zakazane jest salami i płatki śniadaniowe. Stosowane produkty nie mogą zawierać więcej niż 10% tłuszczu i cukru (dotyczy to nie tylko mięsa, ale też jogurtów, sałatek, suszonych owoców). Całkowicie zabronione są nie tylko musy i soki, ale też kiszone ogórki (to akurat dziwne, bo kiszone ogórki są bardzo zdrowe). Natomiast zalecane są całe, świeże owoce i warzywa, woda, herbata i kawa zbożowa.

Tak zmienione sklepiki szkolne powinny – przynajmniej według internautów – zbankrutować, bo dzieci „nie mają co w nich kupić”. Nie wydaje mi się, aby brak niezdrowej alternatywy w szkole miał negatywnie wpływać na obroty. Nawet jeśli na początku dzieciaki nie będą chciały tam zaopatrywać się w jedzenie, to z czasem przyzwyczają się i zaczną kupować i jeść ze smakiem. Nie widzę problemu w niesprzedawaniu dzieciom batoników, chipsów i napojów. To może im wyjść tylko na zdrowie, więc robienie z tego afery jest bynajmniej nie na miejscu. Jednak ludziom trudno się przestawić, skoro kostki rosołowe i Vegety są nawet polecane w gastronomie (gdzie powinno się uczyć młodzież gotować zdrowo, a nie byle jak…)

A teraz przyjrzyjmy się wytycznym dotyczącym jedzenia serwowanego przez szkolne stołówki. Posiłki powinny być pełnowartościowe i różnorodne. Przynajmniej raz w tygodniu musi pojawić się danie z ryby. Do każdego obiadu zawsze ma być dodatkowo dokładane warzywo lub owoc. Potraw smażonych należy unikać. Można je serwować tylko raz w tygodniu. Smażenie dozwolone jest wyłącznie na oleju rzepakowym. Wody mineralnej każde dziecko musi mieć nielimitowaną ilość. W przygotowywaniu posiłków należy ograniczać ilość cukru i soli, a całkowicie wyeliminować konserwanty i koncentraty spożywcze.

I takie to straszne??? :roll:

Mój komentarz jest taki:

Nie, nie są to zalecenia z kosmosu. Owszem można tak gotować i tak jeść. Jest to nie tylko możliwe, ale też bardzo wskazane. Też staram się pamiętać o rybach (przeważnie dwa razy w tygodniu). Sama od dawna nie kupuję kostek rosołowych, veget, kucharków i innych tego typu badziewi (jeszcze trochę i zacznę posługiwać się słownictwem pana Wiesława Wszywki :lol: ). Za to przerzuciłam się na zwykłe suszone zioła (jest to bezpieczniejszy, bardziej aromatyczny zamiennik), sól himalajską i potasową, cukier trzcinowy nierafinowany (a i ten w niewielkich ilościach).

Nie narzekałabym na zmiany w żywieniu dzieciaków w szkole, bo to bardzo dobry pomysł.

A że są przymusowe i narzucone odgórnie?

No, cóż przymus nigdy nie jest przyjemny. Jednak gdy przynosi pozytywne efekty staje się wytłumaczalny i znośny…

Nie miałabym nic przeciwko wprowadzeniu zakazu sprzedaży alkoholu w sklepach na osiedlach mieszkalnych. To też byłby przymus, nakaz który z pewnością nie wszystkim by się podobał. Jednak może zmniejszyłby ilość żuli siedzących przed blokami :-? .

Nie brońmy wolności dla samej idei.

Prawo, które narzuca zasady dobre i pożyteczne jest warte wprowadzenia i przestrzegania  8-) .

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Sounf of Freedom

W swoich wygodnych domkach i małych troskach nawet nie zastanawiamy się nad istnieniem poważnych problemów trawiących ludzkość. Owszem, wiem...