niedziela, 6 września 2015

Karate przez szmatę

Dziś mąż mnie zabrał na pokazową lekcję chińskiej sztuki walki. Trening trwał trzy godziny i choć nie wydawał się szczególnie trudny, dla nas był jednak wyczerpujący.


Trenowaliśmy nie tylko ułożenie ciała (szczególnie pozycję na ugiętych nogach, stopami zwróconymi do środka i rękami na poziomie klatki piersiowej), ale też zadawanie ciosu i odpieranie go. Ćwiczenia były ciekawe i ważne taktycznie.

W grupie całkowicie początkowej było tylko pięć osób.

Z tego jeden chłopak był już na 4 zajęciach, ale miał przerwę i wolał uczyć się od początku. Jego ciosy były wyważone, przemyślane i dobre technicznie. Właściwie wiele można się było od niego nauczyć, bo pomagał innym wykonywać poprawnie poszczególne ruchy.

Inną uczestniczką treningu była dziewczyna, która wcześniej zajmowała się już sztukami walki, a obecnie intensywnie grywa w siatkówkę (trzy razy w tygodniu). Jej ruchy były sprężyste, mocne i energiczne. Pod koniec trenowałam z nią i po krótkiej chwili miałam już dość. Ręce zaczynały mi już odmawiać posłuszeństwa. To nie tak, że jestem wyjątkowo słaba, ale jak mam odparowywać całkiem silne uderzenia, to w końcu czuję na rękach zmęczenie, siniaki i obicia. A ona sprawiała wrażenie niezmordowanej. Po wyjątkowo silnym ataku pytała mnie:

- Nie za mocno?  -I co w takiej sytuacji miałam odpowiedzieć, że wolałabym słabiej?

- Nie. – Odpowiadałam tylko i uśmiechałam się na myśl jak jestem słaba w porównaniu z nią.

Tylko jeden początkujący (oprócz mnie i męża) był prawdziwie początkującym. Nie dość, że się spóźnił na zajęcia, to jeszcze miał dziurę w skarpetce i koszulce. Ruchy też miał bardziej chaotyczne i nerwowe niż przemyślane. Jednak nie brakowało mu zapału. Nie umiał przemieszczać ciała utrzymując ciężar ciała tylko na jednej, wybranej nodze. Łączenie ataku i obrony też nie do końca mu wychodziło. Jednak chciał się nauczyć i wszystko wykonywał najlepiej jak umiał. Właściwie też był w porządku, ale ta dziura w skarpecie nie dawała o sobie zapomnieć, przyciągała wzrok, wprost hipnotyzowała. Nie chciałam, aby widać było, że ją zauważyłam, więc ze wszystkich sił starałam się na nią nie patrzeć. Tylko, że trudno jest nie patrzeć na coś, co wabi doskonalej niż słodycze osę. Najzabawniejsze było jednak to, że nie tylko ja zwróciłam uwagę na ową nieszczęsną wentylację stopy. Większość ćwiczących spoglądała na nią ukradkiem udając jednak, że wcale jej nie dostrzega.

Pod koniec zajęć trener zapytał nas o wrażenia.

I co powiedzieli nowi?

Ano, było to dla nich doświadczenie ciekawe, inspirujące i męczące nie fizycznie, ale myślowo…

Myślałam, że skonam tam ze śmiechu!  :mrgreen:

To ja ledwo żyłam i marzyłam, żeby rzucić się plackiem na łóżko, a najlepiej od razu zasnąć, a oni się zmęczyli umysłowo.

Filozofowie normalnie się znaleźli!  :lol:

Owszem szykując atak trzeba myśleć nad ciosami, prawidłowym ruchem, obroną

Jednak, czy to aż tak męcząca aktywność myślowa?

Zwłaszcza, że nie prowadzimy jeszcze spontanicznych walk, tylko trenujemy sekwencyjne ruchy.

Trening był oczywiście sympatyczny i świetny i mimo paru obić podobał mi się 8-) .


Wiem, że był to tekst bardziej lekki (może trochę prześmiewczy :roll: ), niż naukowy, czy pouczający :-( .

Jednak nie mogłam się powstrzymać przed popełnieniem go.

A żeby nie było tak całkiem beletrystycznie, to zakończę morałem:

Nie bój się szukać najlepszej dla siebie aktywności fizycznej, bo największym błędem jest zaprzestanie ruchu i rzucenie się na stałe na wyleżaną kanapę…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Sounf of Freedom

W swoich wygodnych domkach i małych troskach nawet nie zastanawiamy się nad istnieniem poważnych problemów trawiących ludzkość. Owszem, wiem...