środa, 30 września 2015

Chleb domowy

Wczoraj napisałam o czymś niezwykle tanim, a zarazem zdrowym.

Dziś również chciałam powrócić do tematu zakwasu. Wiele osób zapewne chciałoby nawet podjąć się próby wytworzenia go i wykorzystywania go w swojej kuchni, ale zwyczajnie się boi :-( .

Nie dziwię się.

Pieczenie chleba wciąż w ludowej mitologii miasta urasta do rzeczy równie pracochłonnej i niemożliwej, co zabicie smoka.


I nie ma się co dziwić skoro przepisów jest tyle ile osób piekących chleby. Jedni polecają maszyny do wypieku, a inni zwykły piekarnik. Jedni zalecają długie wyrabianie ciasta, gdy inni wręcz przeciwnie. Podobnie rzecz się ma z umieszczaniem naczynia z wodą w piekarniku podczas pieczenia. Nie ma jednego i uniwersalnego przepisu.

Nie trzeba jednak się bać. Lepiej próbować, aż znajdzie się najlepszy dla siebie przepis :-D .

Oto kilka z moich ulubionych:







wtorek, 29 września 2015

Zdrowo, czyli drogo?

Ile razy myśląc o zdrowym jedzeniu zastanawiałeś się, czy na pewno cię na nie stać?

Ile razy spoglądałeś w pustą głębię swojego portfela i rezygnowałeś ze zdrowego odżywiania?



Nie będę tu wypisywać frazesów, że zdrowe nie znaczy drogie. Niestety często znaczy. Jak tylko na opakowaniu znajduje się magiczne „Bio” cena od razu szybuje w górę. Nie wnikam, czy taki produkt faktycznie jest zdrowszy (powinien, ale bywa, że i tutaj są pomyłki, przekłamania i oszustwa). Czytałam kiedyś artykuł o nierzetelności informacji na opakowaniach produktów często graniczącej z jawnymi przekłamaniami. Otóż poddano kontroli właśnie produkty BIO i okazało się, że część z nich nie spełnia koniecznych norm i nie powinna posługiwać się tą nazwą. Od tej pory darzę dość dużą dozą nieufności tak oznaczony asortyment. Nie chcę tu nikogo zniechęcać do kupowania ich, bo to, że ja tego nie robię nie znaczy, że inni nie mogą.

- Skoro nie kupujesz jedzenia BIO, to co niby jesz takiego zdrowego i drogiego? – Zapytasz może z nieufnością w głosie. Co miałabym na to odpowiedzieć, skoro jedzenie ogólnie jest dość drogie? Jeśli jeszcze starasz się jeść zdrowo to kupujesz niemal codziennie stosy owoców i warzyw, a mięso wieprzowe zastępujesz wołowym. Dodatkowo nie stronisz od ryb (które są co najmniej dwukrotnie droższe od mięsa). Jesz przy tym dużo bakalii…

Jednak ten wpis wcale nie będzie o tym ile trzeba wydać by jeść lepiej i bardziej zdrowo.

Okazuje się, że już sama mąka i woda wystarcza do tego by poprzez jedzenie zadbać o swoje zdrowie  :lol: .

Chcesz wiedzieć jak to możliwe?

Wymaga co prawda odrobinę cierpliwości, ale z pewnością jest to warte zachodu.

Sposób postępowania wygląda następująco:

Pierwszego dnia (np. o 20:00) mieszamy 50 g mąki żytniej i 50 ml letniej wody (czyli mającej temperaturę: 37o – 40o). Zostawiamy miksturę w temperaturze pokojowej przykrytą ściereczką.

Drugiego dnia o 8:00 mieszamy miksturę, a o 20:00 dodajemy do niej 50 g mąki żytniej i 50 ml letniej wody.

Trzeciego dnia mieszanina zacznie wydzielać octowy zapach. Znowu dodajemy do niej 50 g mąki żytniej i 50 ml letniej wody i wszytko mieszamy.

Czwartego dnia o 8:00 tylko mieszamy, a o 20:00 DOKARMIAMY (czyli dosypujemy 50 g mąki żytniej i 50 ml letniej wody).

Piątego dnia na powierzchni mieszaniny są liczne pęcherzyki powietrza. Jest to znak, że zakwas jest już dobry.



Napisałam o tym jak go wyhodować w domu, bo zawiera cenne probiotyki (czyli bakterie działające na poprawną pracę jelit). Okazuje się, że zakwas obfituje w bakterie kwasu mlekowego, czyli Lactobacillus plantarum. Są one niezbędne do prawidłowego stanu flory bakteryjnej jelit.

Do czego przydatny może być zakwas?

Przede wszystkim do wypieku chleba, bo nie bez powodu nazywa się zakwas na chleb.

Jednak może posłużyć również jako baza do produkcji kwasu buraczanego (na barszcz czerwony) i kwasu chlebowego (na żurek).

Do wytworzenia kwasu buraczanego potrzebujemy wody, obrane i dość grubo pokrojone buraki ćwikłowe, czosnek, sól, ziele angielskie, liście laurowe. Dodanie zakwasu przyspieszy cały proces kiszenia.

Natomiast kwas chlebowy wymaga mąki żytniej, wody, czosnku, liścia laurowego i ziela angielskiego. Również tutaj pomocny jest zakwas (choć również nie konieczny).

Zakwas oczywiście ma też inne zastosowania. Przydatny jest podczas pieczenia ciast, smażenia naleśników i produkcji pizzy. Właściwie większość produktów, w których ciasto powinno wyrastać można przygotować na bazie zakwasu :lol: .

Zakwas to jest uniwersalny półprodukt, którego wytworzenie nie wymaga dużych nakładów finansowych.

Na tym maleńkim przykładzie widzimy, że zdrowo czasem może oznaczać również tanio.

Dobrej nocki życzę

- Gosieńka  8-)

poniedziałek, 28 września 2015

Odmładzająca zieleń

Nie bez powodu zielone soki są coraz bardziej cenione i wychwalane.



Ich dobroczynne właściwości to nie tylko podniesienie odporności, odmłodzenie organizmu i neutralizacja wolnych rodników. Pomagają też wyrównać ciśnienie krwi, oczyścić jelita, wątrobę, krew oraz dodają energii. Są również dobrym środkiem w profilaktyce antynowotworowej.

Skąd tyle w nich dobroci?

Z jednej ważnej przyczyny, która zwie się CHLOROFIL.

- Dobra, ale to przecież tylko zwykły barwnik w roślinach! - Może powiesz chcąc popisać się elokwencją. W kwestii barwnika będziesz mieć rację.

Ale to nie jest żaden zwykły barwnik... :-P

Jego niezwykłość to właśnie właściwości zdrowotne, które ludzie starają się jak najlepiej wykorzystać.

Dokładnie rzecz biorąc chlorofil to związek chemiczny obecny w roślinach, algach i  bakteriach fotosyntetyzujących. Odpowiedzialny jest za zieloną barwę liści. Potrzebny jest do syntezy energii słonecznej i dwutlenku węgla na energię chemiczną.



Dlatego bywa nazywany magazynem energii słonecznej. Z tej przyczyny szczególnie jest zalecany osobom skąpo korzystającym z kąpieli słonecznych (czyli np. pracownikom biurowym). Oczywiście dla wszystkich ludzi jest korzystny.

Wyjątkiem są tylko osoby uczulone na światło.

Pozostałe mogę cieszyć się właściwościami chlorofilu bez niepożądanych skutków ubocznych. Dlatego znajduje zastosowanie nie tylko jako (bezpieczny!!!!) barwnik żywności, ale również w produkcji antyperspirantów i płynów do płukania jamy ustnej.

Jeśli chcemy dostarczyć go do organizmu wystarczy, że będziemy jeść produkty "zielone", czyli zielone owoce i warzywa.

Należą do nich:

kiwi, zielona papryka, rośliny kapustne (w tym nie tylko kapusta biała, włoska, pekińska, ale też jarmuż), natka pietruszki, szpinak, brokuł, szparagi, mniszek lekarski, gorczyca (jej zielone części), botwinka, kiełki, lucerna, trawa pszeniczna i jęczmienna i wiele innych.


Dlatego warto dołączyć te produkty do swojej diety.

Pamiętając, że najwięcej chlorofilu znajdziemy w produktach świeżych i surowych warto je spożywać właśnie w takiej postaci.

I tu wracamy do początku tego wpisu, czyli do zielonych soków. Ich barwa sama za siebie mówi o dużej kondensacji chlorofilu.

- Dobra, ale jak takie soki się przygotowuje? - Pewnie zapytasz nieoswojony z tematem.

Ano bardzo prosto. Wystarczy zmiksować natkę pietruszki z odrobiną wody i bananem, albo np. pokrzywę, mniszka lekarskiego, liście mięty i borówki. Tutaj można stosować zupełną dowolność :lol: .

Najważniejsze jednak, aby dominujące były rośliny zielone. W celu poprawy smaku można oczywiście dodawać truskawek, bananów, jabłek, marchewek, mango, czy np. malin.

Jeśli nie wiesz w czym się robi sok z liści, to powiem tak:

Można go wyprodukować w wyciskarce (której zakup nadal jest dość drogą inwestycją) i to najlepiej poziomej. Jednak równie dobra może być sokowirówka wolnoślimakowa (pomijając fakt, że działa na podobnej zasadzie jak wyciskarki pionowe, to jeszcze jest znacznie tańsza od tamtych.). Co by to nie było - jeśli uda Ci się przyrządzić zielony sok będzie dobrze.  :lol:

Nie wiem jak Ty, ale ja właśnie nabrałam potężnej ochoty na zielony sok. Jutro z pewnością takowy zrobię.

Ale dziś mogę już myśleć tylko o śnie.

- Dobranoc

Gosieńka 8-)

niedziela, 27 września 2015

Nadciągająca fala

Dziś chciałam napisać o chlorofilu. I pomysł może udałoby mi się zrealizować, gdyby nie jedna rzecz. Zdarzyło się coś, co wyrwało mnie z dotychczasowego podejścia do życia i myślenia o życiu, zdrowiu. To nie znaczy, że teraz postanawiam diametralnie zmienić dietę, rzucić w diabły wszelkie zdrowotne wskazówki i już do końca życia siedzieć na kanapie. I nie znaczy również, że porzucę tego bloga i zginę gdzieś w odmętach własnej bezradności…

Zwyczajnie dziś muszę napisać o czymś innym, co nie daje mi spokoju.

Od kilku miesięcy staram się dwa razy w tygodniu jeść ryby i codziennie owoce i warzywa. Ponadto rzadko smażę i mało używam cukru. Herbat nie pijam, kaw nie słodzę, więc cukier dodaję tylko do ciast i deserów (które też rzadko robię). Ponadto nie stosuję kostek rosołowych, veget, kucharków,  gotowych zupek w proszku i gotowych sosów. Ograniczam też zużycie soli. Chleb sama piekę, mąkę stosuję pełnoziarnistą. Zdrowe odżywianie bardzo mnie zainteresowało, bo to przecież od niego w dużej mierze zależy zdrowie człowieka. O zdrowiu też piszę (na tymże blogu). Poruszam zagadnienia związane z właściwościami różnych produktów spożywczych i postów oczyszczających…

I niby w porządku, ale jeśli nagle umrę wszelkie dbanie o zdrowie staje się bezsensowne.

A przecież kto wie, czy właśnie nie stoimy w obliczu wojny. Na chwilę obecną Europę zalewa masa imigrantów. To już nie jest kilkadziesiąt, kilkaset, ani nawet kilka tysięcy ludzi. To jest chmara!  8-O

Politycznie poprawna polityka państw Unii Europejskiej każe zamknąć oczy na niebezpieczeństwo z tego płynące. W mediach imigranci przedstawiani są jako „biedni uchodźcy wojenni, pragnący ocalić życie”. Ktokolwiek ma inne zdanie spychany jest na margines ciemnogrodu, rasizmu i zacofania. A przecież to w głównej mierze muzułmanie, których religia bynajmniej nie jest pokojowa wobec innych religii. Władze państw europejskich coś mamroczą o solidarności, potrzebie pomocy, humanitaryzmie. Jednocześnie zupełnie udają głuchych na argumenty, że w Koranie jest wiele odniesień do walki i zabijania „niewiernych” (czyli wszystkich, którzy nie są muzułmanami). Ichniejszy bóg, czyli Allah ludziom zabijającym „niewiernych” od razu daje zbawienie. I to jest religia pokojowa? Od wielu lat trwa w mediach niedorzeczna poprawność polityczna. Islam przedstawia się w dobrym świetle, a jeśli już mowa o terrorystach, to zawsze zaznacza się, że to fundamentalny, bardzo skrajny i równie rzadki odłam. (Jednocześnie jeśli np. w Polsce katolicy protestują pod krzyżem przy Belwederze, to nie traktuje się ich jako radykalny odłam, ale reprezentację wszystkich polskich nawiedzonych i agresywnych katolików :-? ) Na dodatek jeśli muzułmanin dokonuje terroru, to w gazetach i telewizjach opuszcza się kotarę milczenia nad jego wyznaniem. Wtedy czytamy, że na brytyjskiego dziennikarza napadł „nożownik”, a dwie turystki kwasem żrącym oblali „bandyci”. I jeszcze wymyśla się jakieś „białe damy”, które niby przewodzą fundamentalnym terrorystom, żeby jak najbardziej wybielić muzułmanów.

Teraz z kolei imigrantów ekonomicznych (bo przecież w zachodniej Europie socjal jest wysoki) przedstawia się jako uchodźców wojennych. Tylko, że mogą być wśród nich mieszkańcy innych krajów Afryki, a oprócz tego również terroryści. Wszyscy twierdzą, że nie mają dokumentów i podają się za biednych mieszkańców Syrii. I tak oto trwa exodus ludności z całej Afryki do lepszych warunków bytowych (bo wiadomo, że przyjmując uchodźców państwa zapewnią im nie tylko mieszkanie, jedzenie, pieniądze, naukę, ale też pracę – jeśli oczywiście będą chcieli ją podjąć, bo bardzo możliwe, że jednak będą  woleli nic nie robić). Media z politykami zaciemniają społeczeństwu oczy mówiąc o biednych kobietach i dzieciach. Tylko, że te „kobiety i dzieci”, to przeważnie młodzi mężczyźni. Na dodatek to bardzo agresywni ludzie. Cenzura nie dopuszcza takich określeń, ale na nagraniach widać jak jest.

Ostatnio czytałam na Wirtualnej Polsce, taki artykuł: Uchodźcy z "pociągu wolności" zamknięci w obozie na Węgrzech


Super, tylko, że ten „pociąg wolności” to nie miał być pociąg do wolności, ale do lepszego socjalu, czyli do Niemiec, lub Austrii. Uchodźcy nie dość, że wtargnęli na teren Węgier, to jeszcze sami chcieli dyktować warunki. Dlatego zastrajkowali, okupowali pociąg i zarządzili głodówkę jeśli nie zostanie spełniony ich warunek. Czy tak zachowują się przerażeni uchodźcy, którzy marzą tylko o przetrwaniu? W artykule pisano o biednych kobietach i dzieciach jawnie kłamiąc, co widać na nagraniach (większość to znowu byli mężczyźni i to nawet nie staruszkowie). A że premier Węgier trzyma ich w obozach, to też łatwo wytłumaczyć. Chmara ludzi najechała jego kraj. I co miał z nimi zrobić? Puścić ich do środka? Niezbyt dobre rozwiązanie, zważywszy, że ta dzicz masakruje samochody, budynki, atakuje ludzi. Właściwie strach takich imigrantów wpuszczać, nawet jeśli mięliby tylko przejść, bo straty i tak okażą się duże. Orban więc wydzielił im jakieś obozy, które teraz opinia publiczna piętnuje. Jednak nikt muzułmanom nie broni wracać. Czemu nie próbują przedostać się do Zjednoczonych Emiratów Arabskich? To najbogatsze państwo arabskie. I jakoś nie kwapi się do przygarnięcia swoich. Jednak już zapowiedziało, że na nowe meczety w Europie przeznaczy fundusze…

Może więc ma być to planowane zalanie Europy, pacyfikacja przy poklepywaniu się po plecach przez polityków i dziennikarzy?

Co do Orbana, to jako nieliczny wykazał się zdrowym rozsądkiem. I to on zamknął granicę przed muzułmanami i sprzeciwił się gościnnej polityce Unii Europejskiej.

A Polska?


Wstyd nawet o tym myśleć, ale Kopacz z Tuskiem zgodzili się na przyjęcie „uchodźców” i nawet do tej pory tłumaczą, że to dobra decyzja (że nie zagraża bezpieczeństwu Polski, że trzeba ludziom pomagać, że niby taki mamy dług moralny wobec innych).

Nie, nie mamy żadnego długu. Polacy zawsze walczyli na wojnach. Jeśli już byli polscy uchodźcy, to jedynie w postaci faktycznych kobiet i dzieci, ale i tego było mało. Nigdzie jednak nie dostawali mieszkań, „kieszonkowego” (wyższego od przeciętnej płacy rdzennej ludności) i gwaranta otrzymania pracy zarobkowej. I nie zabijali tubylców za religię, nie gwałcili kobiet, ani nie oblewali ich twarzy kwasami, bo nie założyły burek… Co więcej, Polacy walczyli również na frontach obcych wojen, wspierając Napoleona, walkę o niepodległość Stanów Zjednoczonych, o Anglię itd. A tutaj młodzi mężczyźni zamiast walczyć o wolność i bronić własnego kraju uciekają jak zwykli dezerterzy.

Niemcy radośnie wyciągnęły ręce do uchodźców i zapowiedziały, że ich przyjmą. Jednak po fali imigrantów, jaka na nich spłynęła zwyczajnie zamknęły granice. I zostawiły problem Węgrom, którym od początku pomysł zbytniej gościnności się nie podobał.

Teraz polski rząd szczyci się, że podpisał porozumienia o finansowaniu uchodźców przyjmowanych przez Polskę z pieniędzy Unii Europejskiej. Politycy zacierają ręce, że nie stracimy na tym.

Tylko, że to znowu tylko propaganda.

Owszem dostaniemy pieniądze za każdego uchodźca, ale jeśli przez 5 lat będzie na naszym terytorium.


Czyli nie tylko najpierw musimy na nich łożyć z i tak deficytowego budżetu państwa, ale jeszcze nie wiadomo, czy dostaniemy jakiś zwrot (wszak muzułmanin może chcieć mieszkać w innym, dającym lepsze warunki socjalne państwie). Na całej imprezie możemy stracić jeszcze więcej niż włożymy, bo już pomału daje się słyszeć, że Polska za każdego uchodźcę, który jednak przekroczy granicę nie tylko nie dostanie zwrotu pieniędzy, ale jeszcze będzie musiała zapłacić karę…

I teraz tak:

Albo zwyczajnie zapewnimy im byt, a oni i tak uciekną na zachód po lepsze warunki (zostawiając nas z karami i jeszcze większymi długami), albo będziemy pilnować, żeby nie uciekli. Tylko, że jak będziemy pilnować, to niepokojąco zaczyna przypominać obóz.

A nie bardzo chciałabym, aby w Polsce był obóz (tym razem faktycznie byłby to obóz polski, nie jak na dotychczasowych „przejęzyczeniach”).

Innym problemem są sami uchodźcy. Jeśli nie spodobają im się warunki mieszkaniowe, albo cokolwiek innego, lub faktycznie ich zamkniemy – mamy zapewnione zamachy terrorystyczne. Zresztą to są tak nieobliczalni i agresywni ludzie, że cokolwiek nie zrobimy i tak mogą zechcieć wysadzić jakąś szkołę, czy dworzec. I co wtedy powiedzą politycy, którzy zgodzili się ich przyjąć? – Pewnie, że jest im przykro, że to był nieprzewidziany wypadek i że oczywiście incydent ten nie może rzutować na nasze relacje z pozostałymi „pokojowymi przecież” muzułmanami…

Polska zgodziła się przyjąć 7000 uchodźców, ale to jest tylko początkowa liczba. Jeśli tyle przyjmie, to trzeba liczyć od razu dziesięć razy więcej (bo każdy uchodźca może sprowadzić do siebie rodzinę, a tam są rodziny znacznie liczniejsze niż popularne u nas 2+1). Inna rzecz, że oni uznają posiadanie licznego potomstwa, więc z tych co już będzie też śmiało można liczyć znowu razy 10. Tak więc po kilku/kilkunastu latach z tych kilku tysięcy zrobi się kilkaset tysięcy. To sprawi, że staną się mniejszością narodową mogącą mieć swojego reprezentanta w sejmie. I dzięki polityce grzeczności i poklepywania się po plecach nagle (nie wiedzieć kiedy) to oni zaczną rządzić i dyktować warunki naszej, rdzennej ludności.

To możliwy scenariusz, ale nie jedyny.

Inny to wybuch wojny.

Obawiam się, że jest coraz cieńsza granica od jej wybuchu. Europę zalewa chmara ludzi, których religia każe mordowanie innowierców traktować priorytetowo. Zatem wystarczy jedna iskra zapalna, a zaczną wszędzie mordować i niszczyć. Już teraz demolują Grecję, Włochy, Szwecję.

Jednocześnie ludność europejska widząc co się dzieje staje się bardziej nacjonalistyczna. Poprawność polityczna nadal jest uprawiana w mediach (już jest nawet artykuł ile to uchodźców z Polski owego czasu przyjęły inne państwa – żeby tylko pokazać, że Polak zawsze ma pomagać, bo „ma dług moralny”). Zaraz wyjdziemy na tym jak na polityce z Żydami, gdzie politycy raz zaczęli przepraszać, to do tej pory uchodzą za pomocników Hitlera, u Grossa przedstawianych zresztą nawet gorzej niż naziści…

W każdym razie nastroje w Europie są iście burzowe. Wojna może wybuchnąć teraz (co byłoby pewnie nawet lepsze) lub za kilka/kilkanaście (lub kilkadziesiąt) lat. Jeśli teraz by wybuchła mielibyśmy jeszcze jakąś szansę (my – czyli Europejczycy). Jeśli jednak to przeciągnie się w czasie, (a przecież po przyjęciu 100 000 imigrantów ruszą do nas miliony), to nie będziemy mieć zbyt wiele szans.

Przeraża mnie ta wizja. Niepokoi mnie to wszystko. Biorę udział (wraz z moim dzieckiem) w marszu przeciwko przyjmowaniu imigrantów (Tym bardziej, że polski rząd postanowił przyjąć imigrantów kosztem przyjęcia repatriantów, którzy są rdzennymi Polakami i którym w pierwszej kolejności powinniśmy pomagać. Jednak sejm woli środki przeznaczone na ich sprowadzanie przeznaczyć na imigrantów z Afryki. Żeby ludność np. z terenów Syberii mogła do nas wrócić musi zdawać egzamin z języka, prawa, a muzułmanów nie będą pytać o nic, nawet o to czy są terrorystami… To już nawet nie jest żałosne, ale tragiczne).


Na demonstracji pada deszcz, jest zimno i chłodno.

A potem wracamy do domu.

O marszach (w całej Polsce) mówi się niewiele, a liczbę demonstrantów znacząco obniża:


Zmęczona włączam Facebook.

I co widzę?

Ludzie umieszczają zdjęcia widoczków, śmieszne teksty, cytaty o miłości, lub przyjaźni, albo o tym, że psom należy pomagać.  8-O

Patrzę na to wszystko i mam dość.

Czy naprawdę nadciągający kryzys jest tak niewidoczny?  :-(

sobota, 26 września 2015

Papierowe zdrowie



Dziś napiszę o czymś, co nie powinno budzić moich wątpliwości. Na pierwszy rzut oka, powinnam wypisywać tu same „ochy” i „achy”. Wszak tematyka zdrowia jest mi szczególnie bliska. A dziś będę właśnie pisać o gazecie poświęconej zdrowiu. Zatem otworzyłam ją mając  nadzieję dowiedzieć się z niej wielu pożytecznych rzeczy. Owszem, artykuły są zwykle obszerne i wyczerpujące. Jednak polecana jest tam bezspornie szczepionka przeciw grypie, choć jest to najbardziej losowe zabezpieczenie przed chorobą (szczepów chorób jest wiele, a to jakie pojawią się nowe mutacje w sezonie jesienno-ziomwym jest w istocie nie do przewidzenia). Pomijam już możliwe skutki uboczne takich szczepionek (np. mama znajomego zachorowała po takowej na egzemę). Szkoda, że w gazecie nawet nie wysilono się do napomknięcia tematyki innych punktów widzenia szczepionek na grypę.
/O szczepionkach pewnie jeszcze kiedyś jeszcze napiszę, bo w istocie temat jeszcze bardzo niejasny i niejednoznaczny :roll: ./

Poza tym przeglądałam ową gazetkię i nadziwić się nie mogłam. Otóż było w niej 35 reklam leków i suplementów.


Owszem jeden z artykułów poruszał temat reklam leków w dość krytycznym kontekście. Jednak nie spodobało mi się, że gazeta, która ma promować zdrowie promuje leki i suplementy.


Nie czarujmy się, jeśli ktoś wierzy bezspornie w słowo drukowane i w opinie ekspertów, to przyjmie proponowane tam środki również jako najlepsze i najbardziej godne stosowania. W temacie reklam gazeta ta obfituje też w reklamy kosmetyków. Jakbym chciała zobaczyć jakie są środki do czyszczenia cery, kosmetyki na bazie olejku arganowego, czy kremy do rąk to otworzyłabym bezpłatny magazyn Rossmanna „Skarb” (albo zwyczajnie poszukała w Internecie lub na półkach pobliskiego sklepu).

Dobra, nie czepiam się więcej.

Gazeta ogólnie i tak jest w porządku :lol: .

Jak ktoś lubi w jednym magazynie mieć nie tylko porady specjalistyczne, ale też przepisy kulinarne, propozycje nowości kuchennych (np. silikonowych pojemników do przechowywania żywności) oraz krzyżówkę, to jest to coś dla niego. Trochę przypomina mi to starą dobrą „Przyjaciółkę”. Nie zaglądałam do niej już bardzo dawno, ale pamiętam, że w moim dzieciństwie często pojawiał się w moim domu. I faktycznie z powodu na różnorodność zawartych w sobie treści był dość szeroko czytany.

Gazeta, owszem ciekawa. Momentami ma się wrażenie, że przegląda się jakiś folder wzięty wprost z apteki, lub drogerii, ale i tak warto wczytać się w treści tam zaproponowane.

A, że trzeba być krytycznym?  :roll:

To przecież oczywiste… ;-)

Do jakich informacji dziś nie trzeba być podejrzliwie nastawionym? Co niby można przyjąć a’priori zupełnie „na wiarę”?

Skoro nawet wiadomości podawane w telewizji są nierzetelne, poprawione zgodnie z poprawnością polityczną?     :-?

piątek, 25 września 2015

Oczyszczający czystek

Ta niepozorna roślina z różowymi kwiatkami (czasem też fioletowymi lub białymi) od pewnego czasu jest wprost wielbiona w świecie medycyny naturalnej.



Jej sława sprawia, że interesuje się nią coraz to więcej osób. Do tegoż grona dołączyła również moja teściowa. Z zapałem godnym pochwały zamówiła więc herbatkę z czystka i dała swojemu synusiowi „na cholesterol”. Szukała w różnych sklepach, ale nie była zadowolona. Wszędzie natrafiała na suszone liście, a wyselekcjonowanych kwiatów ani widu ani słychu. To ją bardzo niepokoiło, bo nie była pewna, czy to aby nie same kwiaty mają te cudowne właściwości…

Okazuje się, że nie, że liście to część czystka, która jest najbardziej pożądana (chyba, że ktoś chce akurat dać kwiatuszka swojej mamie, lub dziewczynie).

Co daje regularne picie takiej herbatki? :-?

Wiele korzystnych procesów. Jednym z nich jest pozbycie się z organizmu toksycznych metali ciężkich, takich jak np. kadm. Innym – rozpuszczenie niebezpiecznych zatorów i zakrzepów żylnych. Na tym jednak nie koniec. Czystek to też swoisty środek antygrzybiczny, antybakteryjny i przeciwwirusowy. Dlatego jego picie jest pomocne w infekcji górnych dróg oddechowych, łupieżu, trądziku, łuszczycy, egzemy, infekcji zatok, opryszczki, półpaśca, zakażeniu bakterią Helicobacter Pylori, oraz innymi wirusami, bateriami i grzybami.

Z powodu działania antyhistaminowego czystek jest też polecany przy alergiach i astmach.

Jest też wskazany przy przeroście prostaty.

Ponadto czystek używany jest profilaktycznie na boreliozę. Nie tylko stanowi zabezpieczenie przed zakażeniem, ale też odstrasza kleszcze.

I tu dochodzimy do kolejnej zalety czystka. Otóż jego regularne picie poprawia zapach ludzkiego ciała.

Jako roślina o właściwościach antyoksydacyjnych jest bardzo pomocna przy opóźnieniu efektów starzenia. Wyłapuje wolne rodniki i obniża aktywność kolagenazy. W ten sposób kolagen nie ulega zniszczeniu i może w organizmie działać odmładzająco i przeciwzapalnie.

Przydatny jest też jako środek do higieny jamy ustnej. Nie tylko zabija niewskazane tam bakterie, ale też wybiela zęby.

Czystek zawiera też flawonidy (będące częścią polifenoli). Jednak proces suszenia może zniszczyć te związki.

Dlatego warto zwracać uwagę z jakiego sklepu (i jaką odmianę czystka :-) )  zakupujemy (najbardziej polecany jest czystek siwy i czystek kreteński :lol: ).

TO CZEŚĆ

- Gosieńka  8-)

czwartek, 24 września 2015

Ale jaja!

Od zawsze słyszałam, że są niezdrowe, że tłuste, że podnoszą cholesterol…


W końcu ludzie zaczęli się ich bać. Nie spożywali ich zbyt wiele. Ograniczali ich ilość do minimum. Potem wyniknęła afera z chodem klatkowym. Ludzie dowiedzieli się w jak ciężkich warunkach są przetrzymywane kury znoszące jajka klasy 3. Wtedy zaczęłam kupować jaja wyższej klasy, nie tyle ze względu na zdrowie, co na humanitarność wobec niczemu niewinnych kur. Wprowadzono też przepisy poprawiające tą sytuację. Tak oto nastała moda na jajka od kur z wolnego wybiegu. Jednak jajko nadal kojarzyło się z czymś złym, niezdrowym, ryzykownym. Nadal straszono, że jest tłuste, że zwiększa problemy z cholesterolem.

A jak jest naprawdę?

Zacznę od tego, że cholesterol to substancja tłuszczowa, która jest niezbędna do poprawnej pracy organizmu. Nie tylko pomaga w produkcji witaminy D, ale też bierze udział w wytwarzaniu hormonów płciowych, przyczynia się do poprawnej pracy mózgu, znajduje się w błonach komórek, oraz neutralizuje kwasy żółciowe. Większość potrzebnego człowiekowi cholesterolu wytwarza sam organizm. Tylko 20% powinno być pozyskiwane z jedzenia. Jeśli jest inaczej (co w praktyce jest wynikiem większego spożycia tłuszczów pochodzenia zwierzęcego) pojawia się problem z cholesterolem. Warto tu wspomnieć, że nie każdy cholesterol jest niekorzystny.  Generalnie dzielimy go na dwa typy: HDL i LDL.

Zarówno HDL jak i LDL krążą po organizmie wraz z krwią w postaci lipoprotein, czyli bardzo małych kuleczek tłuszczu z białkową otoczką. LDL mają dużo cholesterolu, który jest bardo mało gęsty i ma mało białka. Dlatego łatwiej jest takim właśnie kulkom przenikać przez to białko do krwi. Jest to proces niekorzystny dla organizmu, dlatego cholesterol LDL jest uznawany za zły.

Tymczasem HDL zwierają mniej cholesterolu o większej gęstości, ale więcej białka. Takie kuleczki powodują, że po przedostaniu się do krwioobiegu pobierają z niego znajdujący się tam cholesterol i z takim ładunkiem przedostają się do wątroby. Dlatego waśnie HDL nazywany bywa też „dobrym cholesterolem”.


Wracając do kurzego jajka, to znajduje się w nim wiele cennych składników odżywczych. Jednym z nich jest lecytyna. To właśnie ona obniża ilość złego cholesterolu, a zwiększa ilość dobrego (dzieje się tak, ponieważ wnikając do lipoprotein LDL powodują wzrost gęstości cholesterolu, co w rezultacie zamienia je na korzystne lipoproteiny HDL). Lecytyna jest naturalną ochroną przed odkładaniem się tłuszczu w wątrobie, oraz zbyt dużą jego koncentracją w układzie krwionośnym.

Jajko to oczywiście nie tylko tłuszcz i lecytyna. Jest to również bogate źródło witaminy D, A, E i K oraz B2 i B12 oraz kwasu pantotenowego.

Ponadto zawiera takie składniki mineralne jak: potas, fosfor, magnez, wapń i żelazo.

Ważna jest też luteina, bardzo dobrze wpływająca na oczy (działa profilaktycznie w zwyrodnieniu plamki żółtej w oku (AMD), chroni przed promieniowaniem UVA i UVB  i poprawia widzenie).

Co do zdrowotnych działań jajek, to istnieje książka "Ukryte terapie" autorstwa Jerzego Zięby. Można w niej przeczytać, że w profilaktyce miażdżycy nie jest tak ważny poziom cholesterolu jak poziom homocysteiny. Co robić jeśli ten poziom jest za duży?

I tu dochodzimy do jajek  :lol: . 

W ich żółtkach znajdują się witaminy B6 i B12, oraz kwas foliowy, czyli dokładnie to co obniża poziom homocysteiny.



Dlatego warto jednak jajka jeść i dzięki nim nie chorować na miażdżycę...  :-D

Miłego dnia

- Gosieńka  8-)

środa, 23 września 2015

Pokolenie 80'

Dziś jest dzień szczególny, bo oto do naszych drzwi zawitała jesień.



Przyszła otoczona zwiewną woalką, ptasim trelem, wiewiórkami biegającymi między drzewami po parku i w ciepłej niemal letniej aurze. Nie sposób odmówić jej piękna, gracji i hojności (bo to przecież od niej osiem lat temu dostałam największy skarb :-D)

Jesień obdarowuje nas prawdziwym bogactwem owoców i warzyw. To właśnie teraz można cieszyć się świeżo zebranymi dyniami, jabłkami, winogronami, orzechami i gruszkami.

W moim dzieciństwie jedzenie owoców prosto z drzewa było normą. Zresztą wiele różnych rzeczy, które wtedy było na porządku dziennym teraz uchodzi za coś dziwnego. Doszło do tego, że wychwalane są tamte czasy.



W zestawieniu z obecnymi zachowaniami często faktycznie tamte wychodzą na plus. Dzieci wtedy więcej przebywały na podwórku, bawiąc się i samodzielnie wymyślając sposoby spędzania czasu. Nie chodziły na milion zajęć dodatkowych, ani na korepetycje. Nie znały też Internetu, ani nawet komputerów (bo wtedy takie rzeczy były dość drogie i uchodziły za luksus). Teraz to wszystko jest wychwalane pod nieba, że takie było świetne i wspaniałe. Nie wiem czy było wspaniałe. Nie wydaje mi się, aby dmuchanie i chuchanie było najlepszą formą wychowawczą. Jednak pozostawienie dzieciaka całkowicie samopas, też raczej nie jest ideałem.

Czy to, że nie mieliśmy Internetu było dobre? Pewnie tak. Szczególnie to widzę, gdy dzieci spotykają się i zamiast normalnie rozmawiać, biegać, rysować na betonie, czy jakoś inaczej się bawić, one wyciągają telefony (lub tablety) i tylko grają gubiąc jakąkolwiek interakcję ze sobą. To jest nie tylko dziwne, ale wręcz niepokojące. Takie wyalienowanie dzieciaków może prowadzić do braku rozwinięcia u nich zdolności interpersonalnych, komunikacyjnych, społecznych. Oczywiście nie jestem wrogiem Internetu, ale wszystko powinno mieć granice i określone normy. Dlatego trochę rozumiem ludzi cieszących się, że urodzili się w latach 80 i uniknęli problemów dorastania w XXI wieku. Tylko, że teraz już nie da się tego uniknąć. Na dobrą sprawę można tak bardzo się podbudować tekstami o wyższości poprzednich czasów, że zacznie się starać wprowadzić je w życie. Jednak czas nie stoi w miejscu. Zamknięcie przed dzieckiem zdobyczy technologicznych nie doda mu przyjaciół, ani nie uczyni bardziej szczęśliwym. Na dodatek sprawi, że nie będzie umiało się poruszać w świecie Internetu i komputerów. To najprostsza droga, aby wychować technologicznego analfabetę. Też źle…

A jaki model jest dobry?

- Każdy pewnie ma swój. Nie dopuszczać dziecka wcale do tabletu to raczej nie najbardziej optymalne rozwiązanie. Lepiej już limitować czas jaki przeznacza na granie i portale społecznościowe. I pamiętać, że dzieciakom potrzebne jest też bieganie, wspinanie, ekspresja i ogólnie pojęty ruch.

Kiedyś nie dbano o bezpieczeństwo dzieci. Teraz ostrożność to już jest norma. Czy to dobrze?

Przeważnie pewnie tak. Czasem jednak ta opiekuńczość dochodzi do paranoi. I boimy się stracić malucha z oczu choćby na kilka minut. Tymczasem w moim dzieciństwie dzieci nie pilnowało się praktycznie wcale. Ludzie chyba nie mieli zbyt rozbudowanej wyobraźni, bo nawet niebezpieczne miejsca ich nie trwożyły. I tak dzieci mogły biegać obok dołu z szambem przykrytego tylko spróchniałą deską, siedzieć samodzielnie w domu przy gorącym piecu, czy wspinać się na strych, na którym było gniazdo os. Wypadków też pewnie wtedy było więcej. Tylko mniej się o nich mówiło, mniej nagłaśniało je w mediach.

I jeszcze te dzisiejsze lekcje wszędzie i wszystkiego. Kiedyś nie było to tak powszechne. I to też nie ma jednoznacznej oceny. Choć zabiera energię i czas daje możliwość nauczenia się czegoś, co kiedyś może być prawdziwą pasją. Dlatego może nie jest takie bezpodstawne. Nie można jednak podchodzić do takich zajęć jako inwestycja na przyszłość. Owszem, to co człowiek się nauczy nikt mu nie odbierze. Jednak wielu z rzeczy, które będą mu potrzebne w sukcesie zawodowym nie nauczy się, bo zwyczajnie nie będzie nawet wiedziało, że okażą się przydatne. Czytałam kiedyś wywiad pewnego naukowca, który poczynił ciekawą obserwację. Otóż zauważył on, że jedyna umiejętność jakiej potrzebował, aby prowadzić swoje badania, to była umiejętność pozyskania na nią środków.  Czyli nie taniec, jazda konna, karate, czy piłka nożna, ale zwyczajne przekonywujące argumentowanie swoich racji.

Dlatego nie należy gloryfikować minionych czasów lecz zamiast tego cieszyć się obecnymi.

A najważniejszych rzeczy dzieci i tak nauczą się dopiero jak już będą dorosłe…

wtorek, 22 września 2015

Szkolna strawa

Otwieram fejsa, a tam kolejna burza. Tym razem dotyczy żywienia w stołówkach szkolnych. Ludzie piszą złowróżbne komentarze, że upadną już nie tylko szkolne sklepiki, ale też stołówki szkolne. Pomstują na nowe przepisy uderzające w ajentów zajmujących się kuchnią w szkołach, bo dzieci nie będą chciały jeść niesmacznego pożywienia. Ubolewają nad faktem, że nawet cukier stał się zakazany. A przecież pamiętam jak moje dziecko chodziło do przedszkola i mówiło: "Nie piłam kompotu, bo był za słodki". Wody wtedy nie było do wyboru, więc na obiady nosiło swoją wodę.

Internauci już narzekają, na miód, który ma być dodawany zamiast cukru. Już pojawił się wpis jakiejś rodzicielki, której nie tylko dziecko jest uczulone na miód, ale cała klasa (taa jasne  ;-) ). Tutaj akurat nie widzę problemu - woda ma być dostępna, więc zawsze dzieci mogą pić wodę. Zresztą słodzić można nie tylko cukrem i miodem. Jest jeszcze stewia, syrop klonowy, słodkie owoce, czy taki np. ksylitol. A dzieci uczulone i tak zawsze miały przygotowywane posiłki bez alergenu.  :-D



Temat zaczyna mnie interesować. Czytam zatem co też zmieniło się w jedzeniu sprzedawanym na terenie szkół. I dowiaduję się, że od września w szkolnych sklepikach może znajdować się tylko zdrowe jedzenie. Zatem nie uświadczy się tam już ani chipsów, ani batoników, czy słodkich napojów. Ponadto kanapki muszą być zrobione z pieczywa pełnoziarnistego lub razowego. Nie mogą zawierać majonezu, soli, ani serków topionych. Dodawany ketchup powinien być zrobiony z dużej ilości pomidorów (nie z gotowych przecierów). Zakazane jest salami i płatki śniadaniowe. Stosowane produkty nie mogą zawierać więcej niż 10% tłuszczu i cukru (dotyczy to nie tylko mięsa, ale też jogurtów, sałatek, suszonych owoców). Całkowicie zabronione są nie tylko musy i soki, ale też kiszone ogórki (to akurat dziwne, bo kiszone ogórki są bardzo zdrowe). Natomiast zalecane są całe, świeże owoce i warzywa, woda, herbata i kawa zbożowa.

Tak zmienione sklepiki szkolne powinny – przynajmniej według internautów – zbankrutować, bo dzieci „nie mają co w nich kupić”. Nie wydaje mi się, aby brak niezdrowej alternatywy w szkole miał negatywnie wpływać na obroty. Nawet jeśli na początku dzieciaki nie będą chciały tam zaopatrywać się w jedzenie, to z czasem przyzwyczają się i zaczną kupować i jeść ze smakiem. Nie widzę problemu w niesprzedawaniu dzieciom batoników, chipsów i napojów. To może im wyjść tylko na zdrowie, więc robienie z tego afery jest bynajmniej nie na miejscu. Jednak ludziom trudno się przestawić, skoro kostki rosołowe i Vegety są nawet polecane w gastronomie (gdzie powinno się uczyć młodzież gotować zdrowo, a nie byle jak…)

A teraz przyjrzyjmy się wytycznym dotyczącym jedzenia serwowanego przez szkolne stołówki. Posiłki powinny być pełnowartościowe i różnorodne. Przynajmniej raz w tygodniu musi pojawić się danie z ryby. Do każdego obiadu zawsze ma być dodatkowo dokładane warzywo lub owoc. Potraw smażonych należy unikać. Można je serwować tylko raz w tygodniu. Smażenie dozwolone jest wyłącznie na oleju rzepakowym. Wody mineralnej każde dziecko musi mieć nielimitowaną ilość. W przygotowywaniu posiłków należy ograniczać ilość cukru i soli, a całkowicie wyeliminować konserwanty i koncentraty spożywcze.

I takie to straszne??? :roll:

Mój komentarz jest taki:

Nie, nie są to zalecenia z kosmosu. Owszem można tak gotować i tak jeść. Jest to nie tylko możliwe, ale też bardzo wskazane. Też staram się pamiętać o rybach (przeważnie dwa razy w tygodniu). Sama od dawna nie kupuję kostek rosołowych, veget, kucharków i innych tego typu badziewi (jeszcze trochę i zacznę posługiwać się słownictwem pana Wiesława Wszywki :lol: ). Za to przerzuciłam się na zwykłe suszone zioła (jest to bezpieczniejszy, bardziej aromatyczny zamiennik), sól himalajską i potasową, cukier trzcinowy nierafinowany (a i ten w niewielkich ilościach).

Nie narzekałabym na zmiany w żywieniu dzieciaków w szkole, bo to bardzo dobry pomysł.

A że są przymusowe i narzucone odgórnie?

No, cóż przymus nigdy nie jest przyjemny. Jednak gdy przynosi pozytywne efekty staje się wytłumaczalny i znośny…

Nie miałabym nic przeciwko wprowadzeniu zakazu sprzedaży alkoholu w sklepach na osiedlach mieszkalnych. To też byłby przymus, nakaz który z pewnością nie wszystkim by się podobał. Jednak może zmniejszyłby ilość żuli siedzących przed blokami :-? .

Nie brońmy wolności dla samej idei.

Prawo, które narzuca zasady dobre i pożyteczne jest warte wprowadzenia i przestrzegania  8-) .

poniedziałek, 21 września 2015

Korzystne duety

Ostatnio pisałam o niezbyt szczęśliwie dobranych zestawach pokarmów. Dlatego dzisiaj napiszę o czymś odwrotnym. Istnieją bowiem rzeczy, które szczególnie dobrze się ze sobą komponują. I nie chodzi tutaj o smak (bo to już kwestia gustu), ale właśnie o zdrowie.

Jedz groch z grzybami.



To połączenie zapewnia dobre wchłanianie cynku i witaminy A zawartych w tych produktach. Te składniki najlepiej działają, gdy są przyjmowane do organizmu jednocześnie. Mają wpływ na leczenie trądziku. A w jakich innych produktach je spotkasz?

Witamina A znajduje się nie tylko w grochu, ale też w innych roślinach strączkowych, wątróbce cielęcej, zielono listnych warzywach, czerwonych i pomarańczowych owocach, a także w drożdżach. Natomiast bogatym źródłem cynku jest żółtko jajka, grzyby, nasiona słonecznika, oraz śledzie.

Przy spożywaniu słodyczy nie zapominaj o cynamonie.



Przyprawa ta pomaga wyrównać poziom glukozy we krwi. Można ją dodawać do ciast, deserów, ale też do kawy i herbaty.

Do surówki z marchewki dodawaj orzechy.



Produkty te zawierają witaminę A i E. Obie te witaminy są silnymi antyoksydantami opóźniającymi procesy starzenia się organizmu. Jeśli dostarczymy je do organizmu jednocześnie będą nawzajem się wzmacniać, co w sumie da ich silniejsze działanie. Warto pamiętać, że podstawowymi źródłami witaminy A są takie zielone warzywa jak marchew, cykoria, czy szpinak. Witamina E znajduje się w orzechach i migdałach. W nadmiarze witamina A może być szkodliwa, ale przy jednoczesnym spożywaniu witaminy E jej negatywne działanie zostaje zneutralizowane.

Dobrze jest łączyć ryby (bogate w witaminę D) z produktami z wapniem (serami, mlekiem).



W ten sposób dostarczony do organizmu wapń będzie transportowany do kości. Tam może je wzmocnić, a więc zapobiec powstaniu osteoporozy.

Kasze (i ryż) wraz z roślinami strączkowymi



stanowią cenne źródło białka. Zestawienie to jest doskonałą alternatywą mięsa, którego nie powinno się przecież jadać codziennie.

Jeśli lubisz jeść tłusto nie stroń od cebuli.



Zawiera ona adenozynę, kwercetynę i siarczki. Związki te są odporne na obróbkę termiczną. Przeciwdziałają zakrzepom krwi (za które jest odpowiedzialna inna substancja – tromboksan).

Przy tłustych posiłkach nie zapomnij też o ostrych dodatkach (czyli np. chili, musztardy, czy chrzanu), bo przyspieszają one przemianę materii.



Zjedzenie z posiłkiem dwóch łyżeczek musztardy przyspiesza przemianę materii o 25%.

Podczas spożywania chleba razowego, makaronu razowego oraz niełuskanego ryżu dobrze jest wypić przynajmniej szklankę wody.



Pod wpływem wody włókna roślinne zawarte w tych pokarmach pęcznieją dając dłużej uczucie sytości, a przy tym pomagają pozbyć się z organizmu większej ilości cukru i tłuszczu.

Żółte i pomarańczowe warzywa (czyli np. paprykę) jadaj z tłuszczem.



W ten sposób znajdująca się w nich witamina A zostanie przyswojona przez organizm (bo rozpuszcza się w tłuszczu). Jej działanie  jest bardzo dobroczynne. Nie tylko wpływa na jakość wzroku (pomaga wytworzyć przez organizm rodopsynę umożliwiającą widzenie przy słabym świetle i wpływa na rogówkę oka), ale też ma wpływ na stan skóry, oraz błon śluzowych układu pokarmowego, moczowego i rozrodczego. Utrzymuje również w dobrym stanie rogówkę oka, skórę oraz błony śluzowe układów: pokarmowego, moczowego oraz rozrodczego.

Dobrych zestawień produktów spożywczych jest znacznie więcej.

Warto wiedzieć, jakie witaminy rozpuszczają się w tłuszczach, a jakie w wodzie, które składniki ze sobą współgrają, a które się zwalczają. W ten sposób tworzone potrawy będą nie tylko smaczne, ale też optymalnie zrównoważone dietetycznie.
… Dobranoc

- Gosieńka  8-)

niedziela, 20 września 2015

Połączenie niewskazane

Pewnie nieraz słyszałeś, że nie powinno się pić herbaty z cytryną. Dokładnie rzecz biorąc niekorzystne jest połączenie nie naparu z herbaty, ale samych liści herbaty oraz cytryny. Dlatego jeśli dopiero po zaparzeniu herbaty i wyciągnięciu liści (czy torebki, zaparzacza i wszystkiego z czego otrzymujemy herbacianą esencję) dodamy cytrynę nic złego nie powinno się dziać.



- A co niby miałoby się dziać? – Zdziwisz się niebotycznie, bo przecież od dzieciństwa pijałeś taką właśnie herbatę i jak na razie nadal żyjesz i masz się całkiem dobrze.

Niestety, dziać może się bardzo dużo. W liściach herbaty znajduje się glin, który nie jest wchłaniany przez nasz organizm. Jednak w połączeniu z cytryną powstaje cytrynian glinu. Związek ten już jest przyswajalny i bardzo niewskazany, bo może przyczynić się do powstawania choroby Alzheimera.

Nie jest dobrze – o czym też pewnie wiesz już doskonale – łączyć pomidor ze świeżym ogórkiem.



Ogórki (na szczęście tylko te świeże) zawierają askorbinazę. Enzym ten rozkłada witaminę C. Dlatego jedząc wszelakie owoce i warzywa wraz ze świeżymy ogórkami musisz pamiętać, że nie uzyskasz z tego posiłku witaminy C. Nie jest to szkodliwe połączenie, ale z pewnością zubożające możliwości odżywcze produktów.

Inną i mniej neutralną mieszanką jest pomidor i biały ser. Pomidor zawiera kwas kumarynowy, cytrynowy, chloro genowy i jabłkowy. Natomiast w serze jest wapń. Połączenie tych składników powoduje powstanie kryształków, które są nierozpuszczalne i odkładają się w stawach.



Przy częstym spożywaniu sera i pomidora razem mogą pojawić się bolesne i uciążliwe problemy ze stawami.

Również niewskazane jest łączenie herbaty i ciasta. Ciasto drożdżowe zawiera dużo witaminy B1, a garbniki znajdujące się w herbacie wypłukują ją (zresztą nie tylko ją, ale też białka, wapń, magnez, żelazo, cynk i miedź).



Ponadto kawa z mlekiem może powodować problemy trawienne. Dzieje się tak ponieważ kwasy organiczne zawarte w kawie wpływają na białko zawarte w mleku.



Nie polecane jest też picie czerwonego wina jedząc z czerwone mięso. Generalnie chodzi o to, aby produkty z dużą zawartością żelaza (mięso czerwone) nie łączyć nie tylko z czerwonym winem, ale też z kawą, herbatą, żywnością wysokoprzetworzoną, otrębami pszennymi, białkiem sojowym, mlekiem, serem, orzechami, roślinami strączkowymi i czekoladą.

Natomiast jajko i ziemniaki to też nie najszczęśliwsze połączenie, bo szczawiany znajdujące się w ziemniakach wypłukują z organizmu wapń i żelazo zawarte w jajkach.

Nie oznacza to, że powinniśmy z połączeń tych całkowicie rezygnować. Sama piję tylko kawę z mlekiem, a i zdarza mi się zjeść jajko sadzone z ziemniaczkami.

I co? :-?

I nic mi nie jest... 8-)

Dobrze jest jednak wiedzieć, czego nie powinno się łączyć i dlaczego, aby np. tracąc w jakimś połączeniu wartości odżywcze móc nadrobić tą stratę w innym posiłku.

Pamiętasz, że alkohol zaburza wchłanianie witaminy A, D i E? Z tego powodu nie warto wraz z alkoholem spożywać produktów bogatych w te witaminy (czyli np. ryby, masło, mleko).

Również cukier zabiera z organizmu wartościowe składniki, takie jak witaminy z grupy B, magnez, fosfor, chrom i wapń, więc nie jest wskazane jednocześnie spożywanie go z produktami bogatymi w te składniki.

Najgorsze jednak połączenie to tłuszcz i cukier.



I choć tak lubisz bitą śmietanę, ciasto, i latte macchiato to jednak warto wystrzegać się tych przyjemności. Chyba, że wolisz mieć coraz większą oponkę, udka i boczki…   :cry:

sobota, 19 września 2015

Inność

Zdrowie to nie tylko odpowiednie odżywianie, dostateczna dawka ruchu, czy wystarczająca ilość snu. Czynniki te są niewątpliwie ważne i konieczne. Jednak istnieje jeszcze coś. To coś sprawia, że mamy ochotę rano wstać z łóżka, chcemy coś jeść i gna nas by życie brać pełnymi garściami. To coś, napędza nas do życia, tak jak sprężyna maleńkie trybiki w starym, zakurzonym zegarku. To coś, czasem nazywa się komfortem psychicznym, czasem poczuciem bezpieczeństwa, a kiedy indziej po prostu akceptacją otoczenia.



Nie jest łatwo zaakceptować coś co jest inne. Przyzwyczajamy się do określonego stanu rzeczy, niepisanych norm postępowania i schematycznego traktowania spotykanych ludzi. Jednak życie to nie zestaw gotowych instrukcji. Ono lubi zaskakiwać. Wielu ludzi nie dostrzega tego aspektu. Nie chce wychodzić poza strefę własnego komfortu na rzecz głębszej refleksji, zmiany nastawienia, czy przemeblowania własnych priorytetów. Dlatego woli kurczowo trzymać się przesądów, tradycji, albo religii. A tymczasem przed myśleniem nic nas nie uchroni. Wcześniej czy później i tak będziemy musieli zacząć samodzielnie układać swoje wartości.

Tak też jest ze spojrzeniem na drugiego człowieka. Dopóki będziemy patrzeć na niego przez pryzmat jego posady, majątku, pochodzenia, czy języka nie zobaczymy jaki w istocie jest. Jeśli będziemy przy tym słuchać innych, to możemy uznać, że jest zły, bo jego bóg ma inaczej na imię, lub dlatego, że nie został naturalnie poczęty.

Tymczasem dopiero spojrzenie na niego zwyczajnie jak na człowieka, nic mniej ani więcej, może sprawić, że zaakceptujemy go właśnie takim jaki jest.

Po odrzuceniu wszystkich pryzmatów przez które patrzymy na człowieka, okazuje się, że jeśli nie czyni innym krzywdy – jest godny zaakceptowania. Dlatego warto myśleć samodzielnie (choć pozbycie się indywidualizmu na rzecz podążania za tłumem jest zawsze kuszące).

Poczucie bycia akceptowanym, to ważny czynnik w życiu. I choć nie zawsze jest to łatwe, spróbujmy nie oceniać ludzi według stereotypów. Czasem to trudne, ale przecież wszyscy jesteśmy jakoś inni i niestandardowi

piątek, 18 września 2015

Czarna jak diabeł

Jest mocna, czarna i energetyzująca. Swoim zapachem powala i sprawia, że myśli stają się jaśniejsze, a umysł bardziej czysty. Wielu ludzi nie wyobraża sobie bez niej początku dnia. Inni nie zdaliby egzaminów, gdyby nie ona.



Tak, kawa pomaga. I nawet jeśli nie działa na Ciebie pobudzająco warto byś po nią sięgał.

- Jak to nie działa pobudzająco? Kawa to przecież prawdziwy dopalacz! – Może oburzysz się na mnie, nie całkiem bez racji. Owszem, dla większości ludzi kawa jest świetnym napojem „dającym kopa”. Jednak ja zawsze miałam inaczej. Nie tylko nie działała na mnie, ale wręcz sprawiała, że stawałam się jeszcze bardziej śpiąca. Na studiach, gdy dowiedziałam się o egzaminie na dzień przed nim, wiedziałam, że muszę się uczyć i powtarzać materiał najdłużej jak zdołam. Kawa nigdy mnie nie pobudzała. Jednak to była sytuacja ekstremalna. Dlatego wypiłam wtedy najmocniejszą kawę w swoim życiu (pół na pół z wodą). I owszem wytrzymałam aż do drugiej w nocy. Potem serce zaczęło mi tak łomotać, że myślałam, że to koniec jego daty ważności i zaraz zwyczajnie się rozpęknie. Nie mogłam się uczyć, ani spać i tylko picie niewyobrażalnej ilości wody pozwoliło mi przetrwać.

Od tamtej pory nie piję kawy w celach pobudzających. Właściwie to długo jej nie piłam wcale, ale od pewnego czasu przestałam jej unikać. A stało się to z jednej przyczyny. Dowiedziałam się, że kawa jest jednak zdrowa!



Od razu zaznaczę, że jeśli mówię o kawie, to mam na myśli prawdziwą kawę, a nie jakieś chemiczne nie-wiadomo-co typu „3 w 1” . Rozpuszczalna kawa to nie to samo. Przeważnie taki napój z kawą już niewiele ma wspólnego. Wyjątkiem jest kawa liofilizowana, ale ta z kolei jest droższa. Niby jest trochę lepsza od swojego świeżo-mielonego odpowiednika (nie wpływa na zwiększenie problemów z cholesterolem, ani z układem krążenia), ale nie posiada jego tak cudownych właściwości (tzn. możliwe, że nie działa już antynowotworowo).

Ponoć najlepsza kawa to ta parzona w kawiarce. Proces zaparzania w niej jest podobny jak w ekspresie ciśnieniowym, tyle tylko, że jest to znacznie prostsze urządzenie. I mycia też jest znacznie mniej ;-) .

Jeśli mowa o kawie, to warto zanegować jeden z mitów. Od jakiegoś czasu wszędzie się zwykło mówić, że kawa wypłukuje z organizmu magnez. Tymczasem jest dokładnie na odwrót. Kawa to cenne źródło magnezu i dlatego też warto ją pić. Zawiera też inne składniki mineralne (takie jak: wapń, potas, fosfor, żelazo, sód, cynk, kobalt, nikiel, mangan i chrom), kwasy organiczne (octowy, mlekowy, mrówkowy i glikolowy) i  witaminy z grupy B. W kawie znajdziemy też kwasy kawowy i chlorogenowy, które są silnymi antyoksydantami. Jednak najważniejszym składnikiem kawy jest kofeina. To ona dodaje energii i siły.

Ponadto kofeina pobudza krążenie, zabija bakterie i ma działanie przeciwzapalne. Przyspiesza też spalanie tłuszczów i przemianę materii. Ponadto pobudza centralny układ nerwowy dzięki czemu impulsy elektryczne w mózgu przepływają szybciej. Dlatego wzmaga koncentrację, pamięć krótkotrwałą, ułatwia jasne myślenie.

To nie jedyne właściwości kofeiny :-D .

Jej dobroczynny wpływ mogą doświadczyć również alergicy, bo kofeina obniża poziom histaminy, która jest odpowiedzialna za tworzenie się reakcji alergicznych. Nieleczona alergia może prowadzić do astmy. Jednak i tutaj pomocna może okazać się kofeina, która rozszerza oskrzela. Dzięki temu łagodzi napady duszności i zmniejsza ich częstotliwość.

Oczywiście nie należy zapominać, że w kawie znajduje się też błonnik, białko, węglowodany, olejki eteryczne i kwasy tłuszczowe.

Dzięki temu już sam jej zapach wystarcza, aby człowieka pobudzić.

Kawa zawiera kwas chlorogenowy. Jest to związek polifenolowy, który przedłuża żywotność witaminy C.

Dzięki antyoksydantom zawartym w kawie ma ona działanie antynowotworowe. Związki te zwalczają wolne rodniki przy jednoczesnym wypłukaniu z organizmu toksyn i zanieczyszczeń, a ponadto pobudzają system immunologiczny do działania.

Właśnie połączenie kofeiny i antyoksydantów ma też dobroczynny wpływ na profilaktykę innych groźnych chorób, takich jak choroba Alzheimera i Parkinsona.

Dlatego właśnie warto regularnie pić kawę. Jak ze wszystkim i tutaj należy jednak zachować umiar, bo właśnie w umiarze i równowadze tkwi sekret zdrowia  8-) .

czwartek, 17 września 2015

Pełnoziarnista czyli jaka?

Poranna przebieżka do piekarni zachwyca zapachem. Pełne półki uginają się od świeżego, smacznego pieczywka. Są tutaj nie tylko zwykłe chlebki pszenne, czy pszenno-żytnie, ale też z dodatkiem ziaren, naturalnego zakwasu, a nawet ziemniaków. Co tu dużo mówić, kiedy nawet kupno zwykłej małej bułeczki staje się nie lada wyzwaniem. Ciężko wybrać coś w tym gąszczu wzorów i kolorów.



Pytasz ekspedientkę o bułkę pełnoziarnistą.

- Tu mamy takie z ziarenkami. – Odpowiada wskazując ręką odpowiedni asortyment.

- A bez ziaren? – Pytam, bo nie podoba mi się, że kobieta mówi o pełnoziarnistych w kontekście dodatku ziaren, a nie rodzaju mąki :-? .

- Nie ma. Pełnoziarnista musi mieć ziarenka. – Tłumaczy mi coś, co nie jest przecież prawdą 8-O .

- Właśnie nie musi. Pełnoziarnista musi być z mąki pełnoziarnistej. – Mówię nadal spokojnie, choć zaczynam się pomału irytować. W końcu rozmawiam nie z pierwszą lepszą kobieciną, ale ze sprzedawczynią chleba, która powinna mieć choć minimalne pojęcie o tym co sprzedaje :-( …

- A to innych nie mamy. – Odpowiada w końcu.

I co tu się dziwić, że zwykli ludzie nie odróżniają wyrobów pełnoziarnistych od wieloziarnistych, jak nie potrafi tego zrobić nawet ekspedientka piekarni. A rzecz jest całkiem prosta: jeżeli coś jest  WIELOZIARNISTE, to znaczy, że zawiera WIELE ZIAREN. Natomiast to co jest PEŁNOZIARNISTA – zrobione jest z MĄKI PEŁNOZIARNISTEJ.

Teraz kluczowe staje się pytanie:

- Ale co to właściwie jest ta mąka pełnoziarnista?

W skrócie można powiedzieć, że to najbardziej wartościowa odmiana mąki. Ogólnie mąki możemy podzielić ze względu na ilość składników mineralnych. Widoczne na opakowaniach typy (np. 450, lub 600) to ilość popiołu, który wskazuje na zawartość składników mineralnych w danej mące. I tak, jeśli mamy mąkę tortową typu 450, to znaczy, że w jej 100 kg znajduje się 450 g składników mineralnych (czyli popiołu). Tymczasem mąka pełnoziarnista zwykle ma typ ok. 2000, czyli w 100kg znajduje się ok. 2kg składników mineralnych :roll: .

Co wpływa na zawartość odżywczą mąki?

Z pewnością nie bez znaczenia jest jej stopień oczyszczenia i przemielenia ziarna. Im jest ono bardziej drobno zmielone, tym gorzej dla walorów odżywczych. Ponadto 80% ziarna zajmuje sam jego środek, czyli bielmo (z dużą ilością węglowodanów i tylko odrobiną białka). Zatem jeśli ziarno jest pozbawiane wszystkich zewnętrznych warstw i mielone jest samo bielmo, to mąka musi być gorszej jakości.

Tymczasem w przypadku mąki pełnoziarnistej zmielone są pełne ziarna, a więc okrywa owocowa-nasienna (bogata w składniki mineralne i błonnik), warstwa aleuronowa (również zawierająca błonnik, składniki mineralne, ale też witaminy i małe ilości tłuszczu), zarodek i bielmo.

Kolor takiej mąki jest ciemniejszy niż to jest w przypadku mąk białych. Jednakże sugerować się kolorem, przy zakupie pieczywa nie można. Odkąd zapanował trend na zdrowe odżywianie dużo się mówi też o ciemnym pieczywie. Piekarnie więc wprowadziły słód jęczmienny i karmel w celu zabarwiania wypieków na ciemniejszy kolor. I teraz chleb ciemny nie musi już znaczyć chleba pełnoziarnistego.

Dlatego w piekarni, aby dowiedzieć się, czy pieczywo jest w istocie pełnoziarniste, trzeba o to zwyczajnie zapytać (zawsze trzeba mieć nadzieję, że sprzedawca będzie jednak zaznajomiony z tematem i wyedukowany jak się nazywa i dlaczego właśnie tak, to co sprzedaje).

Można spróbować też piec chleb samodzielnie. Nie jest to tak trudne zadanie, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać (ale o tym może napiszę innym razem ;-) ).

Produkty pełnoziarniste, to nie tylko mąki, ale również grube kasze (czyli pęczak, gryczana, jaglana), zbożowe płatki owsiane i jęczmienne, oraz kukurydza prażona beztłuszczowo.



Pamiętając o walorach produktów pełnoziarnistych nie tylko wybierajmy makarony pełnoziarniste, ale też kasze i płatki owsiane. Ponadto stosujmy mąkę pełnoziarnistą zamiast tej zwykłej białej. Owszem, nie jest tak plastyczna i lepka jak jej biały odpowiednik, ale przecież jest dużo bardziej zdrowa i już dla samej tej zdrowotności warto ją stosować  :lol: .

środa, 16 września 2015

Budowanie własnego wizerunku

Dziś nie poruszę tematu witamin, zdrowego odżywiania, ruchu fizycznego, harmonii umysłowej… Dziś nie powiem też ani jednego słowa o kwasach omega–3, amigdalinie, nerwowym układzie jelitowym, ani niczym innym co przewijało się przez ostatnie miesiące przez tegoż bloga.

Dziś poruszę temat inny, ale związany bezpośrednio z ludźmi, a zatem zwyczajnie ludzki.

Czytając wiele postów na FB zauważyłam jedną spójność. Otóż część ludzi nie zastanawia się co udostępnia i jaki to ma wpływ na ich wizerunek  :roll: . Mam kilku znajomych, którzy wciąż dodają posty z wyrazami wulgarnymi, lub niestosownymi. W wieku średnim, z dużym już bagażem życia, często ze swoimi dziećmi u boku, pewne rzeczy już nie przystoją. Nastolatka może pisać, że coś ją „wkurwia”, ona coś innego „pierdoli”, a przeważnie życie i tak jest „zajebiste”. Jednak, czy podobnym słownictwem powinna operować osoba dojrzała, umiejąca posługiwać się znacznie sprawniej swoim językiem ojczystym?

Piszę o tym, bo wielu ludzi nie jest chyba świadomych, że poprzez swoją aktywność w Internecie tworzy określony wizerunek siebie.



A przecież nie tylko rodzina i przyjaciele czytają posty. Może to być np. przyszły (albo raczej: „niedoszły”) pracodawca. Spróbuj przeglądnąć swoje posty okiem zupełnie obcego człowieka.

Co na ich podstawie powiedziałbyś o sobie?

Twoje poczucie humoru uderzające w mniejszości narodowe nie wszystkich może bawić, kogoś może wręcz urazić.



Używanie słów powszechnie uznawanych za obraźliwe lub wulgarne raczej nie przysparza opinii osoby zrównoważonej, spokojnej i taktownej. Nikt też nie uwierzy, że jesteś oczytany.



Ponadto Twoje zdjęcia w zbyt roznegliżowanych pozach nie czynią Cię w oczach innych kimś atrakcyjnym, ale za to mogą sprawić, że będziesz postrzegany/na jako ktoś zbyt lekko traktujący prawo, moralność, panujące zasady.



A zdjęcia z wczasów w Grecji, lub te przed nowym samochodem? Ktoś może uznać Cię za zwykłego pozera, bardziej udającego sukces, niż faktycznie go odnoszącego. Co gorsza, ktoś może faktycznie pomyśleć, że jesteś bardzo bogaty i zwyczajnie Cię okraść.



Lubisz dodawać memy odnoszące się do uwielbienia „piąteczka” i znienawidzenia poniedziałku? To też może zostać źle odebrane, bo przedstawia Cię w złym świetle jako lenia i obiboka.



Wpisy zawierające podteksty seksualne mogą nasuwać komuś skojarzenie, że w tej sferze masz jakiś problem (na siłę coś chcesz sobie rekompensować, lub udowadniać).



I jeszcze te głupawe quizy. Jeśli dodajesz wyniki na swojej tablicy możesz uchodzić za osobę infantylną, niedojrzałą i naiwną.



- To oczywiście tylko luźne przykłady, ale warto zastanowić się nad nimi umieszczając kolejny głupawy tekst na swoim profilu.

Teraz pewnie mi powiesz:

- A co mnie obchodzi, co myśli o mnie ktoś obcy, kto nawet mnie nie zna?

Cóż, to może być w przyszłości Twój pracodawca, przełożony, czy choćby uczeń, albo chłopak/dziewczyna Twojego dziecka. Nie musimy budować o sobie opinii, która nas może kiedyś zdeprymować.

Co mądrzejsi umieją skonfigurować fejsa, tak aby ich aktywności widzieli tylko znajomi. Niby to proste rozwiązanie, ale nie do końca wystarczające. Wszak każdy znajomy ma też swoich znajomych, którym może pokazywać „ciekawsze kwiatki” ze swojej tablicy, a więc i Twoje wpisy.

Nie napisałam tego teksu, aby ktoś poczuł się prześladowany, czy śledzony w Sieci. I nie miałam też na celu wzbudzać paniki, sztucznego wersalu, czy cenzury czyichś wpisów. Chciałam tylko zasygnalizować problem.

A problem istnieje, bo porozumiewanie się w sieci i zamieszczanie tam najróżniejszych informacji stało się niezwykle powszechne.

To co umieścisz w Globalnej Sieci, zależy tylko od Ciebie, ale pamiętaj, że przez tą aktywność budujesz internetowy wizerunek siebie.

Dobrej nocy życzę :-)

- Gośka 8-)

Sounf of Freedom

W swoich wygodnych domkach i małych troskach nawet nie zastanawiamy się nad istnieniem poważnych problemów trawiących ludzkość. Owszem, wiem...