sobota, 31 października 2015

Strachy na lachy

Dziś obchodzimy święto Halloween. Polacy w większości go nie obchodzą (zbyt mocno związani z tradycją, która też kiedyś była nowa i nieznana  ;-) ), ale coraz więcej ludzi o tym świecie słyszy.


To dzień (a właściwie wieczór), w którym dzieci przebierają się za różne potwory, straszą się nawzajem i chodzą po domach ze znanym z filmów zwrotem:

- Albo psikus, albo prezent.


I organizowane są jeszcze bale przebierańców, na których też może być całkiem wesoło (wszak nie każdego przebranego stwora da się rozpoznać  :lol: ).

Jeśli piszemy o dzisiejszym, dość specyficznym święcie, nie sposób pominąć coś na czym polega jego siła.

Tą siłą jest STRACH...

Strach sprawia, że jesteśmy ostrożniejsi, bardziej czujni i gotowi do nieschematycznych działań. To właśnie pokonując drzemiący w nas strach możemy osiągać wspaniałe efekty (lecieć na paralotni, rozwiązać toksyczny związek, albo wejść na wysoki szczyt...)


Ludzie lubią się bać, być trochę straszeni, a jeszcze bardziej straszyć innych. To wydaje się nam śmieszne i zabawne.

Bojąc się zastygamy w napięciu, które po rozładowaniu powoduje dziwne uczucie ulgi, rozluźnienia. Ten mechanizm odpowiedzialny jest za tak dużą popularność wszelkiej maści horrorów, thrillerów, filmów sensacyjnych, a nawet kryminałów.

Dlaczego jednak zachowujemy się tak schematycznie?

Co sprawia, że na strach reagujemy w taki właśnie sposób?

Odpowiedzialna jest za to adrenalina. To ten hormon wyzwalany jest w organizmie podczas reakcji silnego wzburzenia, czyli również strachu.

Co takiego adrenalina z nami robi?

Przyspiesza bicie serca, zwiększa ciśnienie krwi, wzmaga wzrost ciepłoty ciała, rozszerza źrenice (nie bez powodu mówi się, że strach ma wielkie oczy :roll: )... Wszystkie te reakcje mają dwa określone zadania:

Przygotować organizm albo do ucieczki, albo (jeśli ucieczka jest niemożliwa) do walki.

Wytwarzanie adrenaliny nie jest więc złe, podobnie jak odczuwanie strachu.

Do zupełnie innej kategorii należy lęk, czyli paniczne (i przewlekłe) odczuwanie strachu. Takie silne i zbyt częste emocje mogą nas zniszczyć, a na pewno osłabić..

Jednak sam strach jest czymś pozytywnym dla naszego zdrowia.

A dlaczego pozytywnym, a nie neutralnym?

Otóż wzrost adrenaliny ma jeszcze jedną zaletę. Wraz z przyspieszeniem przepływu krwi, wszystkie znajdujące się w niej składniki odżywcze również szybciej dostają się do komórek naszego ciała. Przez to zostaje przyspieszony proces regeneracji i leczenia.

Jeśli zatem czujesz się osłabiony, lub chory - przestrasz się na zdrowie  :-D


Strasznego 8-O  Halloween Wam życzę

- Gosieńka  8-)

piątek, 30 października 2015

Leśna aura

Zdrowie to nie tylko odpowiedni stan naszego ciała. Zdrowie to również harmonia kierująca naszym wnętrzem. Dlatego tak ważne jest, aby chociaż od czasu do czasu przebywać w pobliżu czegoś co nas wycisza i uspokaja.


Niewątpliwie korzystnym do tego otoczeniem jest przyroda. Czy można nie poczuć się lepiej, widząc nieustanną krzątaninę zwierząt? Ptaki wciąż szukają pożywienia w trawie, gołębie kąpią się w kałuży, a za drzewem chowa się wiewiórka. Takie towarzystwo wręcz zmusza do uśmiechu i do spojrzenia nieco przychylniej na własne wady i słabostki, na siebie.

Obcowanie z przyrodą przynosi człowiekowi korzyści zdrowotne.

Nie każdy może dużo czasu spędzać w leśno-wiejskim klimacie. Jednak nawet w całkiem dużym mieście można zobaczyć najrozmaitsze zwierzaki. Ot, niedawno miałam okazję spotkać trzy sarny kąpiące się w Wiśle 8-O . Żeby było ciekawiej było to właściwie już prawie w centrum miasta. Gdyby nie to, że sama je widziałam - nie uwierzyłabym gdyby ktoś mi to opowiadał  :-D.

Innym razem spotkałam (wraz z rodziną) bażanty. Ot siedziały na polu i szukały jakichś robaków w trawie.

O takich zwykłych istotkach jak gołębie, kawki, czy kruki to już nawet nie będę wspominać.

A już wiewiórki w parku to zupełna normalka. Jesienią biegają i zakopują orzechy gdzie popadnie.


To właśnie wiewiórki często przyczyniają się do powiększania zasobów leśnych. Zwariowane istotki chowają sobie nasiona na później, a później zapominają gdzie :lol: . Nasiona tymczasem wypuszczają korzenie i po pewnym czasie dają początek nowemu drzewu.


Oczywiście w odmętach miejskich parków nie sposób nie spotkać kosa. Ten niepozorny czarny ptaszek, z żółtym charakterystycznym dziobem sprawia dość zwyczajne wrażenie. I pewnie nie zwróciłby też mojej uwagi, gdyby nie jego śpiew.


Kosy to istni wirtuozi. Szczególnie mocno śpiewają nad ranem, gdy świt dopiero się zaczyna. Nie znaczy to, że w ciągu dnia milkną. Cały czas można ich usłyszeć i cieszyć się ich wesołymi trelami. Bardzo podobne do nich szpaki mają upierzenie bardziej błyszczące i jest ono czarne z białymi nakropieniami. Ponadto szpaki po ziemi chodzą, a kosy skaczą.

Jeszcze w czasach mojego dzieciństwa wróble należały do ptaków powszechnie spotykanych.


Teraz to się zmieniło. Jednak ostatnio również wróble zaczęłam jakoś częściej spotykać. To pocieszające, bo te małe, drobne zwierzątka są takie sympatyczne i „swojskie”. Myślę, że nie tylko mi się kojarzą z dzieciństwem.

W parkach pojawiają się też pełzacze ogrodowe. Te małe, dość okrągłe ptaszki z długim dziobem bardzo ładnie śpiewają.


A poza tym wydziobując jedzenie z kory drzew wspinają się na drzewa po spirali. To zabawny i bardzo relaksujący widok. Szkoda tylko, że przeważnie siedzą na wyższych gałęziach drzew, więc pozwalają się podziwiać tylko z daleka.

Koegzystencja ze zwierzętami potrafi przynosić bardzo dużo niespodzianek. I nawet gdy wydaje się już, że dane zwierzę bardzo dobrze znamy i nie jest nas w stanie niczym zaskoczyć może stać się coś zupełnie nieobliczanego. I nagle kot zacznie ślizgać się po wypastowanej podłodze wykonując przy tym niesamowite pozy. Albo wejdzie do wanny pełnej wody, by w ułamku sekundy z niej wybiec i przebiec mokrymi łapami po pościeli. Innym razem skoczy z półki na leżącego na łóżku właściciela słusznie myśląc, że w ten sposób go obudzi…


- Takie wypadki nie sposób nie skwitować śmiechem.

Zatem wesołych snów Wam życzę  ;-)

- Gosieńka  8-)

czwartek, 29 października 2015

Kolagen

Kolagen to coś, bez czego nasze ciało nie jest tak sprężyste i elastyczne jak być powinno. To właśnie przez niedobór kolagenu pojawiają się zmarszczki, problemy ze stawami, żyłami, a nawet wzrokiem.

Kolagen nadaje elastyczność, więc jego wysoka zawartość poprawia drożność żył. Samo serce również potrzebuje kolagenu do poprawnego funkcjonowania.

Ponadto kolagen ma ogromny wpływ na stan gałki ocznej. Dlatego jego poziom ma niebagatelne znaczenie.

Jak zwykle - nie będę nikogo namawiać do suplementowania się. Zawsze spożywanie gotowych witamin, soli mineralnych, czy innych składników odżywczych jest pójściem drogą na skrtóty. Owszem, w przypadkach chorobowych, takie podejście może przynieść pożądany efekt, ale jeśli nasz stan nie jest ostry, lepiej wyrównać braki w naturalny sposób.

Kolagen, podobnie jak inne (wszystkie??? :-?) składniki odżywcze możemy dostarczyć do naszego organizmu poprzez pokarm.

Owszem, organizm wytwarza go samodzielnie. Jednak do takiej działalności przydatny jest kolagen pochodzenia zwierzęcego.

Gdzie dokładnie znajduje się ten magiczny i tak pożądany kolagen?

Przede wszystkim jest w zwierzęcych chrząstkach, skórkach i łapkach.


Dlatego, aby dostarczyć go do organizmu dobrze jest gotować rosół na prawdziwych kurzych łapkach, galaretkę na nóżkach wieprzowych, mielone ze skórkami drobiu i zupy z rybich głów. I choć nie brzmi to kusząco, warto zainteresować się tymi potrawami.

Pisząc to przypominam sobie program z cyklu "Wiem co jem", w którym pani Kasia sprawdzała ilość mięsa w parówkach. Mówiła wtedy, że nie należy jeść mięsa MOM (mięsa oddzielonego mechanicznie), bo to już nie jest mięso, ale zmielone resztki ze zwierzaka (skórki, chrząstki, pazurki). Przestrzegała też wtedy, aby sprawdzać ilość prawdziwego mięsa w parówkach. I faktycznie - ja też zaczęłam na to patrzeć...

Tylko, że w obliczu kolagenu, który jest siłą rzeczy również w MOM'ie sprawa zaczyna zupełnie inaczej wyglądać.

Jeśli kolagen jest w mięsie oddzielonym mechanicznie, to chyba warto również takie pseudo-mięso jeść :-? .

Szkoda, tylko, że po nauczeniu się jedzenia parówek z szynki (po które i tak rzadko sięgam) zwykłe parówki przestały mi smakować... :-(

Zatem pozostaje mi częściej jeść słone galaretki, rosołki z łapek, zupy z rybich głów...


Oczywiście spożycie samego kolagenu nic do naszego organizmu nie wniesie. Okazuje się bowiem, że do wytworzenia własnego kolagenu, ludzki organizm potrzebuje nie tylko kolagenu zwierzęcego, ale też witaminę C, krzem i siarkę.

Witaminę C dostarczymy do naszych zasobów poprzez jedzenie owoców i warzyw.

Z kolei krzem jest w soli himalajskiej (albo np. w skrzypie - takiej pospolitej, polnej roślinie).

Natomiast siarka znajduje się w cebuli, czosnku i porze.

I tym oto sposobem widzimy jak niewiele trzeba, aby nasze stawy, kolana, serce, a nawet oczy lepiej się poczuły.

To do zobaczenia

- Gosieńka  8-)

środa, 28 października 2015

Jeśli nie cukier, to co?

Tyle się mówi o złym działaniu cukru.


Wszyscy wiemy, że ma wysoki wskaźnik glikemiczny. Na dodatek wiąże ze sobą wiele ważnych substancji przyczyniając się do ich braków w organizmie. Pisałam o tym zagadnieniu już wcześniej...

Jeśli jednak nie cukier, to co?

Czym zastąpić tą zwykłą białą i rafinowaną sacharozę dostępną niemal zawsze i wszędzie?

Pierwszym i znacznie lepszym wyborem niż zwykły cukier biały jest cukier brązowy.


Tu oczywiście należy zwracać szczególną uwagę, czy faktycznie jego kolor pochodzi z nieoczyszczenia (czyli z zawartości składników mineralnych), czy z zabarwienia słodem jęczmiennym. Dlatego warto sięgać nie tyle po cukier brązowy, co raczej nierafinowany.

Oczywiście cukier brązowy nierafinowany też ma wiele wad i równie wysoki wskaźnik glikemiczny co zwykły cukier. Dlatego warto szukać jeszcze lepszych substancji słodzących.

Do takich specyfików należy stewia.


Stewia to roślina liściasta o słodkich liściach. Bywa uprawiana ze względu na swoją słodycz. Jest całkowicie naturalna, więc nie ma tu mowy o jakimś dodatku chemicznym (który mógłby być szkodliwy dla zdrowia). Jednak stewia była podejrzewana o niebezpieczne dla człowieka działanie (że niby rakotwórcza i destrukcyjna dla płodów). Zarzuty te odparł w 2010 roku Urząd Bezpieczeństwa do Spraw Bezpieczeństwa Żywności. Jednak została ustalona maksymalna dzienna dawka spożycia stewii (4 mg na kg masy ciała).

Tymczasem stewia jest bardzo zdrową substancją. Nie zawiera kalorii, a na dodatek jest ok. 300 razy słodsza od cukru.


Niestety mi osobiście nie zasmakowała (nadawała potrawom specyficzny posmak). Jednak bardzo możliwe, że to nie sama stewia nie przypadła mi do gustu, ale maltodekstryna, która była w jej składzie.

Może jeszcze kiedyś spróbuję kupić stewię, ale jeśli w formie słodzika - z pewnością wcześniej sprawdzę skład (żeby zawierał tylko glikozydy stewiolowe i najwyżej wodę, a nie jakąś maltodekstrynę ;-)  )

Najpewniej jednak zaopatrzę się w całą roślinkę, bo nie ukrywam, że pociąga mnie czerpanie właściwości przyrody wprost ze źródeł.

Innym słodzikiem, równie mocno polecanym jest ksylitol.


Ksylitol, to inaczej cukier z kory brzozy. Jest równie słodki jak zwykły cukier, ale jest o 40% mniej kaloryczny, a jego wskaźnik glikemiczny wynosi zaledwie 9. Jednakże jego naturalne pochodzenie i pozyskiwanie można postawić pod znakiem zapytania.

Dlaczego?

W produkcji ksylitolu wykorzystuje się stężony kwas, (powodujący hydrolizę drewna brzozowego) oraz chemiczną redukcję. Innym sposobem jest zastosowanie kwasu glukonowego, który po dekarboksylacji poprzez utlenianie np. nadtlenkiem wodoru redukuje się chemicznie...

Proces ten nie jest zbyt naturalny, więc ciężko mówić o naturalności ksylitolu. Owszem działa przeciwpróchniczno, nie potrzebuje insuliny do przetworzenia w organizmie i ma zabija grzyby. Jest to też przyczyna, z powodu której ksylitol nie nadaje się do rozrabiania drożdży.


Osobiście smakuje mi ksylitol - bo przypomina cukier biały, do którego jesteśmy przyzwyczajani przez całe życie.

Jednak zważywszy na jego cenę i niezbyt przyjazny dla natury (bo w gruncie rzeczy całkowicie chemiczny) sposób wytwarzania go - pozwolicie, że nie będę go tutaj wychwalać :roll:  .

Jeszcze inną substancją słodzącą - i również słodszą od cukru białego jest miód.


Miód może uczulać, może być niebezpieczny dla alergików. Miód może też być oszukany (czyli z sprzedawany jako naturalny, a będący mieszanką z cukrem białym).

Jednak z mojej strony pozwolę sobie zachować opinię subiektywną i nie napiszę nic złego o tym "nektaru bogów".

Nie tylko jego smak jest wart spróbowania, ale też wartości odżywcze. Nie będę tu jednak wypisywać peanów na jego temat, bo wydaje mi się, że już to robiłam - o tutaj.

Wracając do tematu słodzików nie sposób tu nie wspomnieć o aspartamie.


Jest to chyba najpopularniejszy sztuczny słodzik o najbardziej złej renomie wśród słodzików. Uważany jest za czynnik odpowiedzialny za nadpobudliwość u dzieci i powstawaniu nowotworów.


Niedawne badania (z 2013 r) obaliły te przypuszczenia, ale strach pozostał. Wcześniej bardzo obawiałam się żuć gumy do żucia, jako, że produkty te zwykle zawierają ten środek. Jednak od pewnego czasu inaczej patrzę na to wszytko. Wszak jedną gumą do żucia (i to żutą co kilka, lub kilkanaście dnia) nie przekroczy się zalecanego dziennego spożycia.

Jeszcze innym środkiem używanym do słodzenia jest melasa.


Melasa to płynna, ciemna maź, która pozostaje po oczyszczeniu cukru do postaci białej. Zatem to właśnie w niej znajdują się cenne sole mineralne, których w cukrze już nie ma.

Nigdy nie próbowałam tego specyfiku, ale mam zamiar to zmienić (wszak dla eksperymentu i zdrowotności, czegóż się nie robi? :lol:  )

Do niedawna fruktoza była uważana była za zupełnie bezpieczny cukier.


Owszem, jego owocowe pochodzenie mogłoby wskazywać na duże właściwości zdrowotne. Tak jednak nie jest.  :-(

Organizm człowieka nie jest przystosowany do metabolizmu fruktozy.

Co innego, gdy owoc spożywamy w całości, lub choć w postaci naturalnych, świeżo wyciskanych soków, bo wtedy dostarczamy do organizmu wiele cennych witamin i składników mineralnych.

Jednak spożywanie czystej fruktozy, pozbawionej już witamin i składników mineralnych całkowicie mija się z celem.

... Oczywiście słodzić można też całymi owocami i pewnie jeszcze wieloma produktami, o których tutaj nie wspomniałam.

Jednak w zdrowym odżywianiu ważne jest nie tyle zastąpienie cukru białego innym cukrem, ale odzwyczajenie się od słodkiego smaku, a przynajmniej ograniczenie go.  :lol:

wtorek, 27 października 2015

Stop!!!

Można mówić o odpowiednim planowaniu, osiąganiu wyznaczonych celów. Można tracić czas na studiowanie sposobów zarządzania czasem. Jednak choć wszystko to jest potrzebne – czasem potrzebne jest przecież zatrzymanie się na chwilę.


Po to wymyślono weekendy, święta i wakacje.

Wszystko to pomaga nabrać znowu sił i energii do dalszego działania.

Podobno dobrze jest zmienić na czas wypoczynku swoje środowisko.

I jeśli pracuje się na siedząco – najlepiej wypoczywać w ruchu.

Wszystko to ma sens, bo najlepsza jest przecież odmiana.

Tylko nie każdego stać na wyjazd na wakacje.

I co wtedy, czy trzeba sobie włosy rwać z głowy z umartwienia?



Niekoniecznie…

Wspaniałe wakacje można mieć nawet w swoim domu. Wystarczy w tym czasie wyłączyć telefon, tablet i komputer, przestawić się na tryb: „rodzina” i cieszyć każdą chwilą spędzaną razem.

To niezbyt wiele, a jednocześnie bardzo dużo.

Czy naprawdę już wszystko musimy przeliczać na pieniądze?


Istnieje przecież duża sfera zadowolenia niezbyt zbliżona do warunków ekonomicznych. Oczywiście jeśli jakieś minimum socjalne człowiek nie ma zaspokojone (czyli przymiera głodem i nie ma gdzie mieszkać) to ciężko mu radzić, aby się od tego oderwał. Jednak wielu ludzi przejmuje się aż nazbyt swoimi finansami choć nie są skrajnie biedni. Jeśli mają zbyt wysokie koszty utrzymania telefonu, samochodu, albo telewizji, może powinni je zmienić?

Tak naprawdę bardzo wiele od tego czy mamy pieniądze, czy nie zależy od nas samych. Przecież nikt za naszymi plecami nie podpisze na nas żadnej umowy (również tej niekorzystnej).

Wracając jednak do przerwy w tym całym stresie życia, to warto co jakiś czas do niej wracać.

Oddech od życia i jego szarej codzienności można znaleźć choćby w pochłonięciu się swoją pasją. Jedni ludzie uwielbiają zbierać znaczki, inni obserwować nietoperze, lub sklejać modele samolotów. Cokolwiek jednak się lubi, ważne jest, żeby czasem oddać się temu bez reszty. To wycisza, uspokaja i napełnia pozytywną energią.

Zatem pamiętaj, aby obok poukładania i dokładnego zaplanowania dać też sobie miejsce na mały bałagan i rozgardiasz. Chwile nieprzewidywalności z pewnością pomogą nam cieszyć się wszystkim co nas spotyka…

-Dlatego:

Zaskakującej nocy Wam życzę   ;-)

- Gosieńka  8-)

poniedziałek, 26 października 2015

Morwa - cz.2

Wczoraj pisałam ogólnie o morwie. Dziś chciałam się zająć nieco więcej ich właściwościami zdrowotnymi.


A jest się nad czym pochylić, bo morwa to wprost niesamowita roślinka.  :lol:

Zacznijmy od tego, że znanych jest blisko 150 odmian morwy. Do najpopularniejszych należy morwa czarna, morwa biała, oraz morwa czerwona.


W celach leczniczych wykorzystuje się nie tylko same owoce morw, ale też ich liście, oraz korę.

W liściach morwy białej znajduje się związek (DNJ) obniżający wzrost cukru we krwi po posiłku. Ten i inne alkaloidy zawarte w liściach i korze morwy prawdopodobnie działają też przeciw-wirusowo (łącznie z zahamowanie wirusa HIV).

W morwie jest też kwercetyna hamująca wzrost sorbitolu i chroniąca komórki i DNA PRZED USZKODZENIEM (zatem chroni przed chorobami nowotworowymi 8-O ). Warto przypomnieć, że zbyt wysoki poziom sorbitolu powoduje zaburzenia pracy nerek, oczu, a nawet układu nerwowego.

Herbatka z liści morwy białej korzystnie wpływa na obniżenie masy ciała. Dowiedziono tego podczas badania na myszach. Osobnikom otyłym z powodów żywieniowych podawano przez miesiąc ekstrakt z liści morwy, co korzystnie wpłynęło na obniżenie ich wagi ciała.

Ponadto w liściach morwy białej zawarte są związki antybakteryjne (z grupy flawonoidów), które zwalczają takie bakterie jak: gronkowiec złocisty, Salmonella paratyphi i Shigella dysenteriae.

Wyciąg z morwy białej (z liści i kory) podejrzewany jest również o zmniejszenie rozwoju choroby Alzheimera. Dzieje się to za przyczyną osłabienia przez morwę neurotoksyczności białek b-amyloidu 1-42, która coraz częściej uważana jest za przyczynę powstania i rozwoju choroby Alzheimera.

Warto też wspomnieć o morwowym działaniu przeciwmiażdżycowym.

Zatem nie pozostaje nam nic innego jak włączyć tą roślinę do naszej diety.

Jak to zrobić?

Można jeść świeże lub suszone owoce, choć suszonych szczególnie nie polecam, bo są słodkie jak nieszczęście (wszak po odparowaniu wody ilość cukru w tych słodkich owocach pozostaje taka sama).

Morwę można posadzić w swoim ogródku, lub na działce (pod warunkiem że ma się takie miejsce).

Można też zakupić gotowe liście suszone i popijać z nich herbatkę.


Oczywiście jak wszędzie - i tutaj są chemiczne odpowiedniki, takie jak morwa w tabletkach. Jednak jak zwykle - nie polecam takich oczyszczonych z natury rozwiązań.

Zatem smacznej herbatki Wam życzę  :mrgreen:

Pa

- Gosieńka  8-)

niedziela, 25 października 2015

Morwa

Tego lata odkryłyśmy ją zupełnie przypadkiem. Stanęła nam na drodze i zawołała butnie: Spójrzcie na mnie! Jestem taka słodka!

I tak głośno tupała w ziemię, że w końcu musiałyśmy na  nią zwrócić uwagę.

Pierwsze wrażenie nie było zbyt przychylne. Zielony krzak, jakich wiele, a na dodatek ze zbyt przerośniętym ego. Kto chciałby zadawać się z nim bliżej?


Czy był sens w ogóle podchodzić?

Mimo to podeszłyśmy właśnie. Spojrzałyśmy w jej zielone, przepastne ramiona i dostrzegłyśmy coś.

Pełno na niej było jagód przypominających jerzyny. Nie mogły to jednak być czerwnice, bo krzaki przypominały bardziej drzewo, aniżeli małą roślinkę.

Z mieszanymi uczuciami spróbowałam w końcu tego owocu.

I…

- I dawno nie poczułam się tak lekko. Człowiek mija koło ulicy już drugi rok jakieś krzaki i dopiero teraz przekonuje się jak pyszne tu rosną owoce.

Nie do końca oszołomiona z wrażenia spróbowałam jeszcze i jeszcze…

Aż w końcu słyszę zdenerwowany głosik:

- Mamo, a ja też mogę to jeść?

Byłam niemal pewna że to jest morwa, ale musiałam to sprawdzić w Internecie.

W każdym razie od tej pory nie przegapiłyśmy żadnej okazji, aby przechodzić koło naszej morwy. Ludzie jednak nadal mijali ją obojętnie.

Pod koniec lata krzew został mocno przycięty, ale niemal natychmiast gałęzie zaczęły odrastać.

A teraz kiedy jest jesień i zima lada dzień się u nas rozsiądzie możemy wspominać cudowny smak morwy i wierzyć, że w następne wakacje znów będzie dawać owoce…

sobota, 24 października 2015

Kalaha

Kilka tysięcy lat temu (podobno nawet i siedem tysiecy) w starożytnym Egipcie kwitło życie. Ludzie nie tylko tam pracowali, ale też uprzyjemniali sobie czas wolny różnymi rozrywkami. Z pewnością należały do nich gry kamykowe. Nie wymagały od ludzi wiele, bo wystarczyło tylko wydłubać w ziemi kilka dołków, nazbierać kamyków i już można było grać. Zasady zresztą też były bardzo proste, więc i tutaj nie trzeb się było głowić nad ich przypominaniem.

Gry kamykowe, zwane też mankale to jedne z najstarszych gier towarzyszące ludziom. Jedną z odmian mankali jest kalaha.


Gra ta składa się z dwunastu dołków ułożonych w dwóch rzędach i dwóch większych dołków (zwanych bazami) umieszczonych po obu stronach rzędów.

Zasady są wręcz banalne.

Najpierw we wszystkich 12 dołkach umieszcza się po 4 kamienie. W grę mogą grać dwie osoby. Rząd najbliższy graczowi przyjmuje się za jego pola, a większe pole po prawej jego stronie – jako jego bazę. Jeśli pola któregoś z zawodników zostają puste gra dobiega końca. Wtedy kamienie znajdujące się po stronie przeciwnika dołącza się do bazy przeciwnika i podlicza ilość kamieni w każdej bazie. Gracz, który uzyska najwięcej kamieni jest zwycięzcą.

A jak wykonujemy ruchy:

Prosto: Gracz wybiera dowolne pole ze swojego rzędu i wszystkie kamyki, które się tam znajdują przekłada kolejno po jednym kamyku do najbliższych pól idąc w prawą stronę.

Jeśli natrafi na bazę przeciwnika – omija ją, a swoją traktuje jak kolejne pole.

Jeżeli zawodnik ostatni z układanych kamieni włoży do swojej bazy – zyskuje kolejny ruch.

I jest jeszcze jedna zasada: Jeśli zawodnik kończy ruch na swoim pustym polu, a w polu przeciwnika znajdującym się na wprost są kamienie – zabiera te kamienie i swój własny do swojej bazy.

Poznałam tą grę przypadkiem, dzięki bardzo sympatycznej osobie, która zaręczyła mi, że gra warta jest poznania i zagrania.

I miała rację!  :-D

Nawet moja młoda latorośl przeważnie omijająca gry szerokim łukiem skusiła się na nią i była bardzo zadowolona.

Co takiego ciekawego jest w tej prostej grze, wymagającej tak niewiele elementów i zasad?

Strategia!

Pomimo swej prostoty gra zmusza do zastanowienia się, pewnej kalkulacji. Nie wszystkie ruchy są równie opłacalne, a tu nawet ich kolejność ma znaczenie.

Tak więc, dzisiaj było dla odmiany pisze o grze...

I cieszę się, że mogę radością z niej podzielić się na moim blogu…

-Udanej strategii Wam życzę  :lol:

- Gosieńka  8-)

piątek, 23 października 2015

Nie oceniaj po okładce

Właśnie rozpoczęły się 19 targi książki. Właściwie trwają już od wczoraj. W związku z tym chciałam napisać dziś o czytaniu i czytelnictwie. Najpierw może o słynnym stwierdzeniu, że Polacy średnio czytają jedną książkę rocznie. Szkoda tylko, ze wyliczane jest to na podstawie sprzedaży. Istnieją jeszcze biblioteki i zwyczajne pożyczanie sobie ciekawszych książek wśród znajomych. A nawet można czytać książki w księgarniach (sama w czasach swojej młodości przeczytałam jedną książkę w całości w Empiku, gdzie nawet były świetne fotele dla czytających gości :-)  ) Jednakże gdyby nawet Polacy bardzo mało czytali, czy w istocie jest to tak straszny problem?  :-?


Na czytanie książek patrzę subiektywnie. Lubię czytać, uwielbiam wgłębiać się w ciekawe historie i wiem że dla mnie czytanie jest jak jedzenie czekoladek, oglądanie filmów, czy długa kąpiel w gorącej wodzie… Jest równie przyjemne, co niepotrzebne.  ;-)

I wstyd to przyznać, ale jest to też ogromna strata czasu. Czy nie zdarzyło się Wam zarwać nocy tylko dlatego, że akcja powieści była zbyt mocno wciągająca, aby iść spać?


Wielu ludzi mówi o czytaniu, że nigdy nie jest to strata czasu. Trochę jest w tym racji.

Czasem jednak bywa inaczej...

Jeśli mamy coś ważnego do zrobienia a pomijamy to ze względu na czytanie - to takie czytelnictwo już nie jest bynajmniej godne wychwalania, ani naśladowania. :cry:


Jeśli po jednej książce sięgamy maniakalnie po drugą (zarywając noce i swoje obowiązki) - to już bynajmniej nie jest nic dobrego. To coś, z czego powinno się leczyć, podobnie jak z uzależnienia od alkoholu, czy narkotyków!!!

A wtedy już tylko krok przed abibliofobią, albo innymi równie dziwnymi schorzeniami...  :-(


Owszem książki rozwijają, sprawiają, że człowiek ma większą empatię, bardziej potrafi sobie wyobrazić różne sytuacje, umie oderwać się od codziennego „tu i teraz”.

Jednak gdy za mogą też za bardzo pochłonąć.

I cóż wtedy z tych wszystkich zalet, gdy człowiek zamiast żyć prawdziwie swój czas straci na czytanie?  :-?

czwartek, 22 października 2015

Rumianek

Smak rumiankowej herbatki pamiętam jeszcze z dzieciństwa. Wtedy zrywało się świeże kwiatki, a nie kupowało gotowych herbatek i to jeszcze w torebkach :roll: .


Rumianek zwykle rósł na wyjątkowych nieużytkach. Tam gdzie się chodziło, ziemia była po części zdeptana i nic się nie chciało utrzymać – rumianek właśnie rósł i jakoś dawał radę. Potem trzeba było go ładnie wysuszyć, zwykle na strychu. I dopiero po tych zabiegach można było zrobić wymarzoną herbatkę.

Do tej pory lubię smak takowego naparu. Moje dziecko też go polubiło.  :lol:

Jednak oprócz smaku warto wiedzieć, że rumianek to też zioło bardzo dobre dla zdrowia.

Kiedy mój maluch był jeszcze niemowlakiem i na całej twarzy miał wysypkę, to właśnie okłady z wywaru rumianka pomogły.

No właśnie, rumianek to wspaniałe zioło lecznicze. Ponieważ działa rozkurczowa na mięśnie gładkie jest doskonałym środkiem na bóle brzucha.

Oprócz tego pomaga w gojeniu się ran.

Jest też stosowany przeciwzapalnie i przeciwbakteryjnie. Wspaniale oczyszcza organizm z toksyn bakteryjnych. Ponadto ożywia przemianę materii komórek skóry, a więc nadaje się do użytku przy stanach zapalnych skóry, bakteryjnych infekcjach skórnych, a także owrzodzeniach, wypryskach i oparzeniach.

Rumianek podaje się nie tylko doustnie w formie herbatki, ale też zewnętrznie jako kompresy z wywarem. Pośrednio często możne go też znaleźć w najrozmaitszych pastach do zębów, kremów i kosmetyków do pielęgnacji skóry.

Rumianek to tradycyjne źródło rozjaśniania włosów.

Okłady z wywaru z rumianka są pomocne w przypadku zapalenia spojówek.

Napary są zbawienne w problemach z trawieniem (na zaparcia, gazy, kolki, objawy choroby wrzodowej żołądka, problemy z wątrobą).

Jest też środkiem uspokajającym i nasennym.

W otwartym już sezonie grypowym warto też pamiętać, że rumianek jest również lekarstwem na infekcje górnych dróg oddechowych.  8-)

I czy po tej całej litanii zbawiennego działania można jeszcze nie cenić tego ziółka? 8-)

- Gosieńka ;-)

środa, 21 października 2015

Ciężkie wybory

Już wkrótce kolejne wybory parlamentarne. Właściwie to zostało już tylko pół tygodnia. I teraz dylemat:

Iść na nie czy nie? :-?

Zagłosować, czy dać sobie spokój? :-(

Wielu ludzi (zwłaszcza w starszym wieku) uważa, że obecność na wyborach to obywatelski obowiązek i przejaw patriotyzmu. Poniekąd mają rację. W końcu żeby prawdziwie być obywatelem trzeba interesować się krajem, jego elitą rządzącą, rozwojem...

Tylko, co zrobić gdy kompletnie nie ma się na kogo zagłosować?

Czy głosować na obojętnie kogo, czy już lepiej w ogóle?

To pytanie nie ma już zupełnie pewnej odpowiedzi. Najgorsze jest to, że oddając głos na "kogokolwiek" bynajmniej nie czynimy czegoś dobrego dla Polski (a przynajmniej nie czynimy tego świadomie :-( ).

Na dodatek jeśli partia polityczna przekroczy w wyborach pięcio-procentowe poparcie, otrzymuje z budżetu państwa zwrot kosztów kampanii. W takim razie może lepiej już nie robić nic, niż robić byle co i potem jeszcze się na to składać (wszak na państwowy budżet Polski składają się wszyscy Polacy).

Oczywiście jeśli nie ma się swojego kandydata/partii, zawsze pozostaje wgłębienie się w temat i szersze poszukiwanie.

Tylko, że oglądając kampanię wyborczą ma się wrażenie, że prowadzona jest dla debili, a nie normalnych obywateli. Już coraz mniej ludzi porywa się na kiełbasę wyborczą. Stała się ona mało zjadliwa i z lekka popsuta, od czasów Wałęsy. Wtedy to pewien człowiek pozwał Lecha za brak wypłacenia ludziom stu milionów złotych (teraz to byłoby 10 000 zł, czyli też całkiem niezła kwota!!! 8-O ), choć była o tym mowa w kampanii wyborczej. Sąd nie przyznał odszkodowania, ani racji powodowi, tłumacząc, że obietnic wyborczych nie należy traktować jako wiążącą obietnicę.

- I to zapoczątkowało istną dzicz obiecanek przedwyborczych. Skoro można (zupełnie bez konsekwencji) obiecać wszystko żeby tylko dostać stołek w sejmie lub w senacie, to dlaczego tego nie zrobić?

Obok kręcenia przedwyborczej kiełbasy w Polsce dość mocno rozwinął się nurt polityki grozy. Jej fani uwielbiają horrory, drastyczne posunięcia i straszne scenariusze 8-O . Zwykle w swoich debatach i w każdych innych publicznych wystąpieniach straszą co też się stanie jak wygra konkurująca z nimi partia. W ich wesołej twórczości niewiele brakuje do przepowiadania pojawiania się siedmiu jeźdźców Apokalipsy...  :lol:

Ludzie często przekonują się do takich czarnych scenariuszy i idą na wybory, żeby zagłosować nie "na kogoś", ale "przeciw komuś".

Dlatego może dobrze byłoby wprowadzić na kartach wyborczych drugi rząd pól do zaznaczenia gdy jesteśmy na nie (I np. każdy mógłby oddać głos albo na "tak", albo na "nie")

Przed wyborami pojawia się też ekspercka gorączka. Nagle każdy jest fachowcem w każdej dziedzinie. Nawet jeśli pan Zenek nigdy nie był na budowie z całą pewnością zapewnia, że do asfaltu potrzeba więcej piasku niż dali do budowy ostatniej przelotówki. Ekspercka gorączka charakteryzuje się też stwierdzeniami w stylu: "Mój przedmówca chyba nie obliczył ile będzie potrzebował pieniędzy na to co obiecuje" (podczas gdy obiecanki aktualnego mówcy są równie drogie).

W pędzie wyborczej karuzeli pada też mnóstwo gaf. Wynikają one nie tylko z eksperckiej gorączki, ale też z ogólnego niedouczenia. I tak oto pada wypowiedź o granicy "syryjsko-węgierskiej".


Oczywiście takie stwierdzenia budzą ogólny śmiech. Niestety są też bardzo przerażające, bo pokazują jak ci nasi politycy są oczytani i wykształceni.

Utarło się już, że nie ma kampanii wyborczej bez plakatów przedstawiających kandydatów. Pomysł pewnie i dobry, ale strasznie zmarnowany. Oglądając na bilbordach, ogrodzeniach, samochodach i tablicach ogłoszeniowych podobne, równie bezbarwne plakaty ma się ich serdecznie dość. A co na nich jest?

Zwykle na plakacie jest tylko zdjęcie kandydata, nazwa partii z ramienia której kandyduje, numer listy i numer miejsca na liście oraz jakieś nic nieznaczące hasło. I na tym właściwie zamyka się zestaw informacji zawartych na plakatach. Można je oglądać przez cały dzień, a i tak nie dowiemy się o kandydatach nic poza tym jak wyglądają i z której listy i miejsca na liście startują.

Nie można nie zauważyć, że ten numer listy i miejsca to w istocie najważniejsza informacja jaką kandydat chce nam przekazać. I tak w istocie jest. Kandydaci chcą dostać się do sejmu lub senatu i tylko ten cel ich obchodzi. Jednak nie mogą wyglądać cynicznie, więc udają, że obchodzą ich losy kraju i zwykłych obywateli.

I tu pojawia się kolejny trend, a mianowicie: chwilowa empatia obywatelska. Politycy przed wyborami lubią wypowiadać się o "zwykłych, biednych ludziach". Nagle leży im na sercu los Polaków na umowach śmieciowych, pracowników zbyt długo czekających na emeryturę, pięciolatków w szkołach, lekarzy, nauczycieli...

Wtedy okazuje się, że politycy to jednak są wrażliwi ludzie, którym zależy na innych.

Szkoda tylko, że całe to zależenie zaraz po wyborach ustępuje na rzecz przewlekłej zaćmy uczuciowej...

wtorek, 20 października 2015

Dlaczego pszczoły wymierają?

Od blisko 50 lat obserwujemy masowe wymieranie pszczół.


Przeważnie przebiega ono w następujący sposób: pszczoły wylatują z ula, ale nie umieją do niego wrócić (w jakiś dziwny sposób nagle tracą orientację) i giną :-( . Zachowanie to niektórzy tłumaczą instynktem, który nakazuje chorej pszczole nie wracać do ula, aby nie pozarażała swoją chorobą całego roju. Odwracając w ten sposób problem okazywałoby się, że mamy do czynienia nie z nagłą utratą orientacji, ale z epidemią, której owady zaradzają poprzez odizolowanie osobników chorych. Może to być prawdą. Właściwie wszystko może być prawdą, bo nadal nie wiadomo co sprawia, że pszczoły masowo giną.

A jak bardzo giną?

Dane są zatrważające…

Do roku 2007 populacja pszczół w Stanach Zjednoczonych zmniejszyła się o 60%. Zresztą w krajach europejskich nie jest wcale lepiej. Niestety problem dotyczy całego świata...

Bardzo możliwa jest teza związana z GMO. Dla pszczół szkodliwy jest pyłek z takich roślin. Przeprowadzono nawet badania śmiertelności pszczół w zależności od cukru jakim je dokarmiano. U tych, którym dawano cukier z dodatkiem endoksyny Bt (z roślin GMO) ginęło 40% więcej osobników niż u pozostałych. Pasy wokół upraw roślin genetycznie zmutowanych nie na wiele się zdają.

Dlaczego?

Otóż pyłek z roślin transgenicznych utrzymuje się w powietrzu od godziny do 6 godzin i w tym czasie zapyla inne rośliny na odległość nawet do kilkuset kilometrów (w zależności od wiatru i innych warunków atmosferycznych). Dlatego raz wprowadzona do środowiska roślina transgeniczna właściwie na zawsze w nim zostaje (a przynajmniej pozostają w niej jej geny).

Innym wyjaśnieniem ginięcia pszczół są pasożyty, wirusy i bakterie. Choroby pszczół to głównie nosemoza, wirus zdeformowanych skrzydeł, ostry paraliż, chroniczny niedowład, oraz warroza. Schorzenia te znacznie osłabiają pszczoły, zwłaszcza jeśli kilka dolegliwości zaatakuje owada jednocześnie.

Od pewnego czasu dość głośno jest o imidaklopridzie. Jest to preparat, który służy do zaprawienia nasion buraków trzcinowych przed zasianiem. W glebie utrzymuje się przez trzy lata od zaaplikowania goi tam. Pestycyd ten niekorzystnie działa na owady. Zaburza działanie ich receptorów nikotynowych, co powoduje ich paraliż, albo śmierć. Imidakloprid wykorzystywany jest również do zwalczania szkodników na roślinach, zabezpieczania fundamentów przed termitami, zwalczania szkodników w ogrodach oraz w środkach owadobójczych dla zwierząt.

Jego szerokie wykorzystanie może mieć silny wpływ na wymieranie pszczół.


Masowe wymieranie pszczół to zjawisko niepoznane na tyle, aby można orzec z całą pewnością co jest jego przyczyną. I choć można mówić o winie w pszczelich chorobach, pasożytach, pestycydach, oraz w uprawie roślin transgenicznych to bardzo możliwe, że  może jest to korelacja różnych niekorzystnych czynników.

Oczywiście nigdy nie należy pozostawać biernym!

Możesz założyć własną pasiekę, albo chociaż „hotel” dla dzikich pszczół samotnic (ot, kilka związanych ze sobą patyków z dziurkami w środku).


Możesz nawet „zaadoptować pszczołę” (tzn. wspierać finansowo pszczoły :-) ).

… I jeśli cokolwiek jeszcze możesz zrobić, to nie miaucz, tylko to zrób, bo pszczoły są ogromnym bogactwem Ziemi i nie można (bez walki) pozwolić im odejść...  ;-)


poniedziałek, 19 października 2015

Mleczko pszczele - cz.2

Ostatnio pisałam, że mleczko pszczele ma konsystencję gęstego białego żelu. Tak jednak jest tylko na początku. Z biegiem czasu zmienia się na coraz bardziej gęste i białe :-D .



Smak takiego mleczka jest dość kwaśny, gorzki, a nawet cierpki. Zależy to oczywiście od pewnych czynników, takich jak: rodzaju karmionych larw, oraz rodzaj pyłku, którym pożywiają się pszczoły karmicielki.

Jeśli natomiast jest słodkie możemy być pewni, że jest to produkt oszukany :-( , a nie prawdziwe mleczko pochodzące z ula.

Co znajdziemy w pszczelim mleczku?

Przede wszystkim składa się z wody (ok. 67%), białka (ok. 16%), tłuszczów (ok. 3,6%), cukrowców (ok. 12,4%) i związków mineralnych (ok. 1%). Jednak to nie wszystkie zalety. W pszczelim mleczku znajduje się też istne bogactwo aminokwasów: alaninę, argininę, kwas asparaginowy, cystynę, kwas glutaminowy, glicynę, histydynę, izoleucynę, lizynę, metioninę, fenyloalaninę, prolinę, serynę, treoninę, tyrozynę, tryptofan, tourynę, walinę, a-alaninę, glutaninę, b-alaninę, kwas gamma-aminomasłowy, asparginę.

Oprócz tego specyfik ten zawiera takie witaminy jak: B1,B2,B6,B12, PP, Biotyna, Niacyna, Inozytol, Kwas foliowy. Posiada też enzymy, takie jak: askorbinoksydaza, amylaza, inwertaza, katalaza, salicynaza, proteazy.

Znajdują się w nim też kwasy takie jak: kwas pantotenowy, nikotynowy i inozytol.


O jego zbawiennym działaniu pisałam już wczoraj.

Dziś tylko wspomnę jeszcze jedną ważną rzecz, a mianowicie sposób przyjmowania.

Osobom zdrowym, w ramach profilaktyki odpornościowej zaleca się stosować od 25 mg do 100 mg na dzień. Jeśli pojawiły się już schorzenia, dawkę tą zwiększamy nawet do 250 mg i stosujemy ją już trzy razy dziennie.

Najlepsze działanie przynosi stosowanie mleczka pszczelego na czczo.

Oczywiście nie zawsze możliwe jest leczenie się świeżym mleczkiem. Takie możemy dostać tylko w miesiącach ciepłych, czyli od maja do sierpnia. Dlatego jeśli chcemy podjąć kurację tym specyfikiem w innym czasie musimy stosować go w innej postaci. To może być mieszanka z miodem, wysuszone mleczko w zimnej temperaturze, pastylka, kapsułka, proszek…

A jeśli bardzo chcesz spróbować mleczka pszczelego, to muszę Twój zapał nieco ostudzić. Otóż 100 g takiego specyfiku kosztuje ok. 200 zł…  :-?

- Miłych snów  :lol:

- Gosieńka  8-)

niedziela, 18 października 2015

Mleczko pszczele

W świecie pszczół najważniejszą rolę odgrywają pszczoły karmicielki. Są to robotnice w drugim tygodniu życia. Ich gruczoły gardzielowe wydzielają wtedy mleczko, którym karmią wszystkich mieszkańców ula. Jednakże nie wszystkich karmią równie długo.

Pszczoły, które mają wyrosnąć na robotnice karmione są tylko przez pierwsze trzy dni życia pszczelim mleczkiem. Natomiast królowa ula cały czas spożywa owy specyfik. W tym właśnie tkwi przyczyna uzyskania tak różnego efektu końcowego z dwóch identycznych larw.


Mleczko pszczele zapewnia królowej płodność (w sezonie może składać do 25000 jaj) i długowieczność (żyje kila lat). Dla porównania: Robotnice, które po trzech dniach przechodzą na pokarm miodowo-pyłkowy żyją najwyżej kilka miesięcy.

I nawet trutnie spożywają mleczko pszczele, które zapewnia im płodność.

Skoro więc tak ciekawy i wartościowym produktem jest pszczele mleczko, warto o nim napisać.

Pszczoły wytwarzają go mało. Zatem pozyskiwanie go nie należy do rzeczy najprostszych. Pamiętając, że długie spożywanie mleczka pszczelego zamienia larwę w królową zabiera się królową z ula i czeka na zwiększone wytwarzanie tego produktu. Pszczoły posiadające larwy pszczół w miseczkach matecznikowych wlewają dużo mleczka do owych miseczek. Z tych miseczek pszczelarz wybiera mleczko pszczele.

Co potem z nim robi?

Może je wymieszać z miodem, albo wysuszyć w niskiej temperaturze.

Połączenie z miodem, to bardzo dobry pomysł, bo w takiej postaci jest dobrze przyswajalne.

Natomiast liofilizowanie (to specjalne wysuszenie) pomoże przekształcić mleczko w proszek, albo tabletkę.

Co zapewnia nam takie mleczko?

Pszczele mleczko to lepsza płodność, samopoczucie i koncentracja.

Stosowane jest w nadciśnieniu tętniczym, nerwicy depresyjnej, zapaleniu dróg żółciowych, arytmii serca, anemii, problemach z krzepliwością krwi, zapaleniu trzustki i żył, a także przy obniżeniu potencji u mężczyzn.

Jak wygląda mleczko?

Jest to gęsty, mleczno-biały płyn przypominający żel. Pszczoły produkują go mało, więc jest niezwykle cenny i dość rzadki...

sobota, 17 października 2015

Najwartościowszy produkt pszczół

Pamiętasz „Efekt motyla”? To był film o człowieku, który mógł zmieniać przeszłość, ale nigdy nie wiedział jakie skutki przyniesie jego zmiana. Tak to już jest, że czasem pozornie mała zmiana doprowadza do niesamowicie innych efektów końcowych. Bywa, że rezultaty nie są drastycznie różne, ale jednak nie takie same.

I tak właśnie jest w przypadku pierzgi.


Na pozór pierzga to po prostu pszczeli pyłek. I tak można by ją traktować. Jednakże pierzga to twór nieco inny, o trochę innym składzie…

Dlaczego tak się dzieje?

Otóż pierzga to pyłek kwiatowy, który pszczoły zakonserwowały, żeby móc go przechowywać w czasie zimy. Nazbierane kulki pyłku ubiły w komórkach plastrów. W trakcie tego procesu rozdrobniły kulki i pomieszały z miodem i swoją śliną. Dzięki temu zabiegowi pyłek zyskał enzymy trawienne produkowane przez pszczoły. Potem pozostawiony w komórkach plastrów sfermentował, przez co sam się zakonserwował kwasem mlekowym. Jego dodatkową konserwacją jest też miód, którym to pszczoły zalały go na zimę plastry.

Tak właśnie powstaje pierzga.


W wyniku fermentacji i wzbogaceniu o enzymy skład pierzgi jest bogatszy niż samego pyłku pszczelego. Jego lecznicze działanie jest też szybsze od działania samego pyłku.

O tym co zawiera pyłek pisałam w przy okazji tematu mu poświęconego. Ponieważ pierzga posiada w sobie to samo i jeszcze coś więcej, dziś napiszę tylko o tym „czymś”.

W pierzdze tym czymś „ekstra” są kwasy organiczne, witaminy B, E i K oraz pszczele enzymy trawienne. Znajduje się w niej też więcej miodu niż w pyłku (w składzie którego może być go śladowa ilość potrzebna do utworzenia pyłkowych kulek, ale też może go tam nie być wcale (jako, że kulki pyłkowe pszczoły mogą zlepiać również własną śliną lub nektarem)).

Wiedząc to wszystko nie sposób zaprzeczyć, że pierzga to najwartościowszy pszczeli produkt.

Cóż więcej mogę rzec?

Chyba jedynie:

Wedle gustu oraz woli – pierzga wszystkich zadowoli  :lol:

- Gosieńka  8-)

piątek, 16 października 2015

Figury woskowe

Kiedy myślisz „romantyczna kolacja”, to o czym właściwie myślisz?

O towarzystwie ukochanej osoby?

- Na pewno, w końcu bycia z kimś szczególnym to najważniejsza idea takich eventów.

O pysznym żarełku, podanym w wykwintny eleganckich talerzach?

- Oczywiście też.

O odświętnym ubraniu, perfekcyjnym makijażu u niej i powalającym z nóg zapachu wody toaletowej u niego?

- Jakżeby inaczej?

Jednak istnieje coś jeszcze, coś bez czego nikt nie wyobraża sobie romantycznej kolacji.

Tak, tym czymś są świece.


Dziś napiszę o świecach szczególnych, bo naturalnych. Rzecz będzie o świecach wytworzonych z wosku pszczelego.

Pierwsza niezbyt szczęśliwa wiadomość, to cena. Niestety takie świece są droższe od swoich syntetycznych odpowiedników :cry: .

Jednak nie możemy takimi rzeczami się przejmować, bo ich walory znacznie przewyższają ten dyskomfort :-D .

Rozróżniamy dwa główne rodzaje świec z wosku pszczelego. Jedne to świece klasyczne wykonane w całości z wosku.



Drugie to świece wykonane z węzy pszczelej, czyli ze zwiniętych plastrów wosku pszczelego.



Nieważne jednak jaki rodzaj świecy z wosku pszczelego zapalimy. Na pewno jej naturalny zapach (z wyczuwalną nutą propolisową i miodową) doskonale nas uspokoi. Na dodatek taka aromatoterapia pozwoli lepiej się zrelaksować. Wpłynie też kojąco na choroby górnych dróg oddechowych, ciśnienia krwi i alergie. Ponadto palenie takich świec wpływa pozytywnie na pamięć, wydolność organizmu i koncentrację. Warto pamiętać, że płomień świecy z wosku pszczelego jonizuje powietrze, dzięki czemu neutralizuje szkodliwe działanie fal elektromagnetycznych (czyli wszechobecnych komórek, tabletów, komputerów i telewizorów). I jeszcze informacja ważna dla palaczy – świece z wosku pszczelego niszczą zapach tytoniu.

Wosk pszczeli nie wykorzystujemy wyłącznie do produkcji świec. Jego innym zastosowaniem są pasty do mebli. Dzięki swoim właściwościom pozwalają meble czyścić i nabłyszczać.

Warto też wspomnieć o przemyśle kosmetycznym, w którym od dawna wykorzystuje się wosk biały. Jest to wybielony wosk pszczeli (albo na Słońcu, albo chemicznie). Wygładza i czyni skórę bardziej elastyczną.

Ponadto wosk pszczeli przydatny jest w pielęgnacji dredów i jako środek polerski w farmacji i cukiernictwie.


Wszechstronne zastosowanie wosku pszczelego wskazuje na jego ogromne możliwości. Jeśli pamiętamy, że jest to środek nie tylko naturalny, ale też zdrowotny  :-) , nie zapomnimy o nim podczas organizowania romantycznej kolacji.

I choć jest już późno (a na dwie godziny przed spaniem jeść już się nie powinno :-? ) życzę Wam udanej kolacji (oczywiście przy woskowych świecach :lol: )

- Gosieńka  8-)

czwartek, 15 października 2015

No bez kitu!!! - cz.3

Już nie będę się rozpisywać na temat propolisu :-P .

Jeśli ktoś zainteresował się tym zagadnieniem, to z pewnością będzie dalej temat drążył (a może i sam zacznie stosować nalewkę propolisową :mrgreen: ), a jeśli nie - to ja już bardziej zaciekawić tematyką nie umiem :-| .

Dziś tylko chciałam dopisać rzecz następującą:

Otóż po dwóch tygodniach od zalania kitu spirytusem wcale nie trzeba tak wytworzonego eliksiru przecedzać. Lepiej zostawić wszystko w butelce (samo osiądzie na dnie), żeby miało możliwość cały czas jeszcze "naciągać". Uświadomił mi to dopiero dziś pszczelarz na bazarze ;-) . W sumie sama powinnam na to wpaść, ale właściwie nie zastanawiałam się nad tym. Jednak gdy to usłyszałam dotarło do mnie, że to ma sens ;-) .

Dlatego polecam jednak nic nie cedzić, nie czyścić, nie bawić się w ładny płyn bez "zanieczyszczeń", ale właśnie pozwolić działać owym drobinkom małym i całkiem dużym jak najdłużej.


Acha, i mogę jeszcze dorzucić taką praktyczną informację, a mianowicie cenę. Za 50 gram propolisu zapłaciłam 17 złotych. Pewnie nie jest to tanio (zważywszy, że do wytworzenia lekarstwa/środka profilaktycznego potrzeba jeszcze kupić małą buteleczkę spirytusu), ale myślę, że warto.

I jeszcze jedna rzecz:

Propolis można żuć jak gumę do żucia!

Szczególnie jest to polecane przy chorobach z dziąsłami i szkliwem (3 razy dziennie po ok. pół godziny).

Jednakże możemy żuć propolis również profilaktycznie na problemy z jamą ustną, szkliwem i górnymi drogami oddechowymi (np. przed snem, nie myjąc już oczywiście potem zębów).

Wszak lepiej się uodparniać niż chorować!

A jeśli już nawet chorować, to czy nie lepiej leczyć się domowymi, własnoręcznie wytworzonymi środkami?

Pa :-)

- Gosieńka  8-)

środa, 14 października 2015

No bez kitu!!! - cz.2

Dziś chciałam dokończyć wczorajsze zagadnienie.

Propolis jest na tyle ważnym środkiem leczniczym, że nie sposób tego pominąć (lub zawrzeć w jednej linijce).

Wróćmy zatem do tematu leczniczych nalewek.

Jak już wcześniej o tym wspomniałam można wyprodukować lekarstwo na choroby górnych dróg oddechowych.


Jednak można również wytworzyć uniwersalną nalewkę propolisową (tylko 50g kitu pszczelego i 250 ml spirytusu etylowego już bez wody).

Jak taki specyfik zrobić?

Ot usuwamy z kitu pszczelego większe zabrudzenia i rozdrabniamy go. Następnie zalewamy go z 250 ml spirytusu. Zamykamy szczelnie tą mieszaninę na dwa tygodnie i zostawiamy w ciemny i chłodnym miejscu. W tym czasie dwa razy dziennie wstrząsamy mieszaniną. Po 14 dniach w zawiesinie powinien wytrącić się osad. Dlatego, aby uzyskać jednolity płyn przelewamy go przez gazę.

Osad nie jest resztką do wyrzucenia  :-) . Również możemy go wykorzystać w celach leczniczych. Wspaniale się sprawdzi jako okład na bolące kości i stawy (oczywiście miejsce, na które go przyłożymy dobrze jest wcześniej zabezpieczyć tłustym kremem, aby uniknąć podrażnień od alkoholu).

Samą nalewkę propolisową przechowujemy w szczelnym, ciemnym pojemniku (np. w szklanej butelce).

Tak otrzymane lekarstwo możemy stosować w bardzo różnych schorzeniach :lol: .

Na paradontozę (oraz ból zębów) zaleca się stosowanie okładów z wacika nasączonego nalewką.

Aby zwiększyć odporność organizmu należy pić trzy razy dziennie szklankę letniej wody z łyżką miodu i 30 kroplami nalewki.

W przypadku angin, kaszlów i wszelkich chorób górnych dróg oddechowych zaleca się przyjmować 15 kropli nalewki z łyżką cukru (lub miodu). Ważne jest, aby lekarstwo to potrzymać trochę w ustach przed połknięciem! W schorzeniach tych gardło należy też płukać roztworem szklanki wody i 50 kropel nalewki.

Nalewka jest też przydatna w zapaleniach układu moczowego. Wtedy stosuje się dwa razy dziennie mieszankę szklanki wody, 50 kropel nalewki, łyżki miodu i łyżeczki pyłku.

Również w przypadku nadciśnienia tętniczego pomocna jest nalewka propolisowa. Wtedy pije się 40 kropel na pół szklanki wody (lub mleka).

W chorobie wrzodowej i problemach z dwunastnicą dwa razy dziennie pije się 30 kropel nalewki z połową szklanki ciepłego mleka. Dodatkowo w przypadku wrzodów żołądka zaleca się pić między posiłkami pół szklanki wywaru z siemienia lnianego i nalewki (na 30 kropli nalewki miesza się szklankę wywaru z siemienia).

Również przy wirusowym zapaleniu wątroby przydatna jest nalewka. Wtedy pije się dwa razy dziennie po połowie szklanki letniej wody z 50 kroplami nalewki.

W przypadku zapalenia gruczołu krokowego stosuje się raz dziennie, godzinę przed posiłkiem roztwór połowy szklanki soku z marchewki, połowy szklanki letniej wody, łyżki pyłku, łyżki miodu i 50 kropel nalewki.

Natomiast na odleżyny, oparzenia, owrzodzenia, zranienia i grzybice nalewkę stosuje się zewnętrznie. Do przemywania chorych miejsc należy 4 krople nalewki rozpuścić w połowie szklanki wody.


Wszechstronność nalewki z kitu pszczelego ma jednak pewną wadę :-( .

Jej działanie często nie jest tak szybkie i spektakularne jak antybiotyków. Dlatego nierzadko na efekty trzeba czekać miesiąc, albo i dłużej :-? .


Dobranoc, bez kitu  :lol:

- Gosieńka  8-)

Sounf of Freedom

W swoich wygodnych domkach i małych troskach nawet nie zastanawiamy się nad istnieniem poważnych problemów trawiących ludzkość. Owszem, wiem...