Wincenty Pol (1807 - 1872) pochodził z Lubelszczyzny.
Jednak nie tylko w tym regionie był znany i szanowany. Wsławił się twórczością literacką (owego czasu wychwalany na równi z Mickiewiczem i Słowackim), ale był też znakomitym geografem. Pracował jako wykładowca na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jego prelekcje nierzadko nawiązywały do tematów politycznych, więc pomimo ogromnej popularności (a może raczej - właśnie przez ową popularność) został usunięty z uczelni jako osoba szkodząca zaborcy. Podróżował też po Polsce i opisywał napotykane zjawiska geograficzne.
I właśnie podczas tych podróży trafił również na Żuławy Wiślane. To tutaj w 1840 roku zdarzyła się katastrofa powodziowa. Podczas roztopów na Wiśle pojawił się zator lodowy, który zablokował przepływ wody do Gdańska. W wyniku tego Wisła sama wyżłobiła sobie dojście do Bałtyku. W okolicy GÓREK WSCHODNICH powstało przecięcie Mierzei Wiślanej. Wincenty Pol (który opisywał to zjawisko) utworzony dopływ do morza nazwał Śmiałą Wisłą. Termin ten do dziś funkcjonuje w literaturze naukowej.
W celu uniknięcia kolejnych powodzi wykopano (w latach: 1889 - 1895) nowe ujście Wisły (na rysunku oznaczone nr 2). W ten sposób powstała Wyspa Sobieszewska.
Jakież wielkie było nasze zdziwienie, gdy zwiedzając ten kawałek ziemi natrafiliśmy na wystawę poświęconą Wincentemu Polu. Niesamowite jaki ten świat jest mały :)
A Wyspa Sobieszewska nadal trwa i ma się całkiem dobrze.
Gdy się do niej wjeżdża można doznać wrażenia, że jest to miejsce zaklęte, a na pewno wymarłe. Opustoszałe ulice przywodzą na myśl horrory, w których nieświadomi niczego podróżnicy trafiają w jakieś niebezpieczne miejsce. Obrazu grozy dopełniają miniaturowe, krzywe domki, których tutaj jest mnóstwo. Po paru krokach można dostać palpitacji serca, albo wręcz zawału. Jedynymi żywymi stworzeniami w całej krainie wydają się być psy, które wściekle ujadają na nasz widok...
- To dość ponury obrazek, ale w środku zimy nie może być inny. Ludzie tutaj, albo chowają się w ciepłych pieleszach domów, albo pracują w mieście. Tylko nieliczni pojawiają się na ulicach, ale jest ich na tyle mało, że można przejść całą wioskę nie widząc żywego ducha. To trochę jak szwedzkie, małe wioski rybackie. W zimie też są niemal opuszczone. Niby mieszkają tam ludzie, a rybacy nadal wypływają w morze. Jednak rytm życia znacznie zwalnia. Ludzie okutani w grube kurtki, czapki i rękawice odśnieżają podjazdy, wynoszą jedzenie dla psów i zdrapują szron z szyb samochodów. Wszystko to dzieje się jednak niczym we śnie. Nie ma normalnego w lecie gwaru i bieganiny. W zimie wszystko staje się inne.
Nie wątpię, że w lecie i Sobieszów wygląda inaczej. Świadczą o tym liczne domki letniskowe, pokoje do wynajęcia i hotele. To tutaj życie musi kwitnąć wraz z początkiem sezonu wakacyjnego. To latem tutaj ludzie żyją i żywią się nim jak chlebem.
W zimie wyspa odpoczywa, niczym magiczny, ogromny niedźwiedź. Jednak mimo to, można tu zajrzeć do stacji ornitologicznej, restauracji "Ptasi Raj" i domu kultury o malowniczej nazwie "Wyspa Skarbów".
W stacji ornitologicznej można nie tylko obejrzeć występujące tu ptaki:
Można też dowiedzieć się jak prawidłowo budować budki lęgowe dla ptaków:
O takich rzeczach, jak możliwość zakupienia kubka z rysunkami ptaków, czy też przyłączenia się do akcji obrączkowania nie będę już wspominać (oczywiście obrączkować nikt "z marszu" nie może, bo zajęcie to wymaga dużej wiedzy, popartej zdanymi egzaminami w stacjach ornitologicznych).
Restauracja "Ptasi raj" wzięła swoją nazwę od pobliskiego rezerwatu przyrody. Sam lokal do wybitnych nie należy (zbyt dużo ryb w menu daje podstawy wątpić, czy na pewno są one świeże, kupione tego samego dnia od rybaków).
Natomiast rezerwat jest wart odwiedzenia.
Pewnie na wiosnę więcej można tu spotkać gatunków ptaków. Jednak nawet zimą udało się nam zobaczyć dzięcioła dużego, czy najzwyklejszą w świecie bogatkę.
Oczywiście mewy, rybitwy, kaczki i łabędzie też tutaj są (jak to często bywa w pobliżu akwenów wodnych :) ).
Wybudowane są w nim wieże do obserwowania przyrody.
W środku nie tylko można oglądać okazy w rezerwacie, ale też poczytać o nich na specjalnych makietach informacyjnych.
Widok z takich wież jest nie do podrobienia:
Jednak i tu odcisnęła się twórcza, choć spontaniczna działalność człowieka.
Grobla jest w remoncie.
Może w jesieni ją otworzą, a może na zawsze zamkną. Są petycje, aby była otwarta dla turystów, ale co z tego wyjdzie - póki co, nie wiadomo.
W ciekawym domu kultury o nazwie "Wyspa Skarbów" znaleźliśmy wystawę poświęconą pamięci Wincentego Pola. I tam też obejrzeliśmy wystawę fotograficzną, dziewiętnastowieczny folder reklamowy kwater wypoczynkowych na wyspie Sobieszewskiej.
Tutaj też mogliśmy podziwiać krzyżownicę wiatrów stworzoną przez Wincentego Pola
Dowiedzieliśmy się również jak górale i chłopi nazywali godziny.
Człowiek oprowadzający nas po wystawie stwierdził, że gdyby Wincenty Pol żył dzisiaj, to z pewnością miałby swój program podróżniczy niczym Wojciech Cejrowski, czy Beata Pawlikowska.
Jednak nie dla wystaw i muzeów przyjeżdża się na Wyspę Sobieszewską. Bliskość morza to największy walor tej miejscowości. Sami to odczuliśmy, bo do Bałtyku mieliśmy jakieś 20 minut spacerkiem (czyli odległość była nieco większa niż 1 kilometr). Po drodze musieliśmy pokonać małą górkę, ale to była w istocie bardzo mała "górecka". Z przekory nazywaliśmy ją naszym Mount Everestem. Wiadomo - jakie góry, taki Everest :)
Po pokonaniu miniaturowego wzgórza należało przejść dość przyjemną, leśną trasą.
Gdy popadało śniegiem przedzieraliśmy się przez tą ścieżkę niczym traperzy szukający zwierzyny. Wtedy mogliśmy chodzić po swoich śladach i udawać, że idziemy jako jedna osoba.
A po przebyciu śmiesznej górecki i przeważnie rekreacyjnej dróżki leśniej można było zobaczyć to, na co się tak długo czekało...
O tej porze roku ludzie nie wypełniają plaż. Samotne fale uderzają majestatycznie o brzeg. Woda gdzieś w oddali łączy się niepostrzeżenie z morzem. Tylko na piasku pozostają ślady niegdysiejszej działalności ludzkiej.
Pomimo piasku, wiatru i wody i tutaj pojawia się życie. Na przekór wszystkim przeszkodom małe roślinki postanawiają jednak tu zapuścić korzenie.
Silny wiatr i piaszczysta gleba odciskają się niemiłosiernie również na większych organizmach roślinnych.
Sama woda jak zwykle jest zimna. Jednak o tej porze roku jej temperatura jest znacznie niższa niż zazwyczaj. Mimo to niezmiennie przyciąga i zachwyca swoim pięknem, ogromem i barwą.
Na północy naszego kraju widać wiele drzew obrośniętych jemiołą.
Najwidoczniej ludzie tu muszą być bardziej skorzy do czułości i pocałunków, skoro pod co drugim krzakiem rośnie ku temu pretekst :) .
Sama Wyspa Sobieszewska to też ciekawe miejsce. Gdy nasypie śniegiem nie ma możliwości przemieszczać się poboczem (niby niektórzy odśnieżają swój kawałek chodnika, ale zdecydowana większość zwyczajnie tego nie robi). Życie to mija powoli. Nie ma miejsca na codzienną bieganinę, stres, czy zdenerwowanie. Co dzień, pomimo śniegu, mrozu i chłodu rybacy wysiadują przy przeręblach łowiąc ryby.
Do Gdańska prowadzi most, który podczas silnych wiatrów, burz i sztormów jest nieczynny.
Jednak nikt się tym nie przejmuje. Przecież nie po to się jest, żeby się przejmować. Życie jest zbyt krótkie by przejmować się nim za bardzo i brać je całkowicie na serio.
W końcu i tak niewiele po nas tu pozostanie, a wszelki ślad, pamięć, czy choćby cień pamięci i tak wcześniej czy później zatrze się jak odcisk stopy na piasku...































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz