W moim dzieciństwie świat wydawał się większy, bardziej nieosiągalny i jeszcze mocniej nieograniczony. W czasach tych przekroczenie mrowiska rozciągniętego tuż za progiem domu było porównywalne z pokonaniem nieprzebytej dżungli. Mała kałuża po deszczu, z papierowymi łódkami na swej tafli zastępowała cały ocean, pełen rekinów, sztormów i niebezpieczeństw. A skrzypiąca, stara brama na podwórko, skład starych desek i ogromna (nie do objęcia!) lipa stanowiły imitację wesołego miasteczka. Wystarczyło tylko stanąć na krawędzi bramy, aby zostać wprowadzonym w ruch. Ot zwykłe, samoczynne otwieranie się rzężącego, metalowego skrzydła, ale ile było przy tym radości. Ze stosu desek wystawała jedna. Wyglądała niczym trampolina. I faktycznie, gdy stanęło się na niej, można się było bujać jak na prawdziwej trampolinie. W starą lipę kiedyś trafił piorun. Złamała się wtedy, a jej spadająca część spadła na nasz dom, uszkadzając okna na strychu. Potem jedna z gałęzi pozostała naruszona, choć wciąż trzymała się drzewa. Zwisała jednak na tyle nisko, że można ją było chwycić obiema rękoma, odepchnąć się stopami, zgiąć nogi w kolanach i bujać się w tej niewygodnej pozycji udając, że to prawdziwa huśtawka. Do bardziej emocjonującej rozrywki służyła stodoła. Budynek ten pamiętał jeszcze czasy hrabiów Stadnickich (podobnie zresztą jak mój ówczesny dom, który kiedyś podobno był ich stajnią). Pewnie dlatego był tak duży, zniszczony i posępny. Od ziemi mury zbudowane były z ogromnych kamieni. Dopiero na wysokości ramienia ściany stawały się drewniane. Do stodoły nie można było wchodzić bez powodu, ale w ogromnych, drewnianych wrotach tkwiła mała dziura. Otwór ten stanowił wyjście dla naszego psa, Murzyna. To tutaj był przywiązany łańcuchem, żeby w razie deszczu, lub zimna mógł się schronić w stodole. I właśnie tędy wchodziliśmy do złowróżbnej, trzeszczącej budowli. Uprawiało się w niej skoki na siano. Wystarczyło tylko wspiąć się na murłatę (taką belkę znajdującą się na szczycie murowanej części ściany) i już można było skakać.
Czy było to zdrowe? Pewnie nie. Do tej pory pamiętam jaki wzlatywał wtedy w powietrze kurz. Pyłki niemal zatykały nos.
Czy było to bezpieczne? Też nie... Pod nieokreślonej grubości warstwą siana znajdowały się stare butelki. Gdybyśmy mięli w tamtych czasach choć odrobinę zdroworozsądkowej wyobraźni nie skakalibyśmy na szkło. A jednak nigdy nic się nie stało. I zawsze udawało się kilka razy skoczyć i cieszyć się tym doświadczeniem.
W czasach mojego dzieciństwa wszystkie zabawki mieściły się na wąskiej półce za szafą. A przecież wydawało się, że jest ich tak dużo.
To właśnie w tym dziwnym, pełnym sprzeczności czasie pojawił się w moim domu czarno-biały komiks. Książek zawsze mięliśmy sporo, ale komiksów raczej nie. To były "Fistaszki" Ch.Schulza. Zawierały krótkie opowieści. Historie te były trochę zabawne, a trochę smutne. Do dziś pamiętam stwierdzenie Linusa: "Szczęściem jest ciepły koc".
W ostatnią środę oglądałam ekranizację Fistaszków ("Fistaszki. Wersja kinowa").
I muszę przyznać, że nie rozczarowuje. Bohaterowie występują w podobnej postaci (tylko są bardziej kolorowi), a ścieżka dźwiękowa... Właśnie muzyka jest czymś niesamowitym, odróżniającą ową bajkę na tle innych. W momentach gdy Snoopy przenosił się w świat swoich fantazji i pisał książkę następowała istna magia. Na ekranie pojawiały się obrazki pierwszej wojny światowej: stare samoloty (niemiecki Czerwony Baron i brytyjski Sopwith Camel), niebezpieczeństwo, miłość, odwaga, poświęcenie i ta muzyka, która nieodmiennie kojarzy się z klimatem takich właśnie filmów (np. "Fifi's Theme" Christophe Beck).
Sama natomiast fabuła Fistaszków jest mocno osadzona w całym "fistaszkowym klimacie". Znajduje się tu złośliwa Lucy, pechowy Charlie Brown, psotny Snoopy, przedsiębiorcza Sally Brown, dziecięcy Linus, itd..
A głos dorosłych zastąpiono puzonem, co daje dość ciekawy efekt.
Mojej latorośli bajka podobała się bardzo. Stwierdziła, że nie była smutna, choć przez większość fabuły Charlie'mu nic się nie udawało.
Ze swej strony mogę jedynie zachęcić wszystkich do obejrzenia owej historii. Może jest smutna, może trochę wzruszająca, może miejscami ironiczna. Jednak pozwala człowiekowi uświadomić sobie, że każdy jest trochę jak Charlie Brown i każdy ma swoją Lucy, która umiejętnie i z niezwykłą systematycznością będzie go wdeptywać w mentalną ziemię.
I to tylko od nas zależy czy uwierzymy takiemu mentorowi, że nic nie znaczymy, że jesteśmy nudni, brzydcy, nijacy, nieciekawi i kompletnie do niczego niezdolni. Może warto nie zwracać uwagi na niesprawiedliwe opinie i osądy innych, lecz być zwyczajnie sobą. Trudno jest pozbierać w całość własne poczucie wartości, ale na pewno warto. Nie można przecież całe życie być kimś kogo kreują inni. Czy nie ciekawiej samemu wziąć tą kredkę do ręki?



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz