niedziela, 31 stycznia 2016

Obraz w szkle schowany

Jest takie miejsce w Krakowie, gdzie światło mieni się przeróżnymi kolorami. To tutaj różne szkiełka i kształty sprawiają, że na pozór zwykłe południe przestaje być takie całkiem zwyczajne. W życiu nie domyśliłabym się, że tak blisko się znajduje, gdyby nie konkurs portalu CzasDzieci.pl. Moje dzieciątko wygrało w nim wejściówkę do Pracowni i Muzeum Witrażu.

W muzeum tym dzieci mogą empirycznie zbadać czym są witraże, jak powstają i na co zwracać uwagę przy ich tworzeniu.

O ustalonej godzinie pani przewodnik zabiera dzieci na zwiedzanie.

Czas ten rodzice spędzają w kawiarni.


Co to za miejsce?
Bardzo klimatyczne. W kawiarni pieką się świeże croissanty, pachnie parzoną właśnie kawą, biała herbata gruszkowa smakuje wyśmienicie, a do uszów sączy się spokojna, melodyjna muzyka jazzowa.

W tym czasie dorośli czytają lub cicho rozmawiają.

Mogą też oglądać powieszone tutaj obrazy, lampy i prace wystawione na sprzedaż.

Po godzinie lekcyjnej dzieciaki wracają. Są zadowolone z wycieczki, opowiadają o nożyku z prawdziwym diamentem, o tym jak powstają witraże, jak ważne jest odpowiednie ułożenie się względem Słońca przy pracą nad nimi i że widziały nawet osobę wykonującą witraż na ich oczach...

To jednak nie koniec wycieczki, bo ostatnią atrakcją jest malowanie własnego witrażu. Maluchy dostają wydrukowane wzory, które mają za zadanie ładnie pokolorować.

Sama pracownia trwa od 1902 roku. Pomimo, że liczy sobie już ponad sto lat, nadal działa i  jej ponad stuletniego

sobota, 30 stycznia 2016

Ringiem aż do Gdańska

Dawno, dawno temu... - Tak powinna zaczynać się ta opowieść, bo w istocie rok 1930 dziś jest datą niemal "prehistoryczną". A właśnie w tym roku w Gdańskiej Fabryce Wagonów (Danziger Waggon Fabrik) powstały wagony tramwajowe z serii Tw269.


Fabryki już dawno nie ma. Na jej miejscu znajduje się gdańska stocznia. A tramwajów Tw269 zostało wyprodukowanych zaledwie sześć. Jeździły one na nowej wówczas trasie. Kurs utworzonej tam linii nr 5 odpowiadał następującym dzisiejszym przystankom: ulica Łąkowa - Długi Targ - Dworzec Główny - Zwycięstwa - Opera Bałtycka - Hallera - Mickiewicza - Legionów. Ponieważ trasa kończyła się (albo zaczynała :) ) na skrzyżowaniu z ulicą Kościuszki (nazywaną wówczas Ringstrasse), to jeżdżące po niej tabory serii Tw269 nazywano potocznie  Ringstrassenbahnwagen, a w skrócie Ring.

Jasny kolor Ringów nie był przypadkowy. Właśnie w roku ich produkcji gdańska komunikacja miejsca zrezygnowała z ciemnoczerwonego ubarwienia tramwajów na rzecz koloru kości słoniowej.

Same Ringi jeździły po Gdańsku jeszcze po wojnie (do końca lat 50-tych). Później służyły jako wagony gospodarcze. Cztery z nich zostały zezłomowane.

A co się stało z pozostałymi dwoma?

... I tutaj będzie niespodzianka: PRZETRWAŁY!!!!  :lol:

A na dodatek trafiły do naszego pięknego Krakowa (w latach 80'-tych i 90'-tych) w ramach tworzenia Muzeum Komunikacji Miejskiej. Niestety obiekt ten ostatecznie nie powstał (jak zwykle - brak funduszy... :-?  ), a eksponaty umieszczono w Muzeum Inżynierii Miejskiej w Krakowie.

I tam sobie stały w nienaruszonym, nieodświeżonym stanie. Jednak w 2014 roku Gdańszczanie przypomnieli sobie o nich i zapragnęli je odzyskać. (I tu mieli dużo szczęścia, bo gdyby nie projekt tworzenia muzeum pewnie i te dwie ostatnie sztuki sami by zezłomowali już dawno temu :) ) Na ich zlecenie Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne w Krakowie wyremontowało jednego z Ringów. Koszt takiej inwestycji dla Gdańska to ok. 920 000 zł, :roll:  ale czymże są pieniądze jeśli chodzi o własną historię i tożsamość kulturową.  :-D

Naprawa trochę trwała, bo i tabor nie był w najlepszym stanie. Jego ostatnia rola (pojazdu gospodarczego) znacząco przyczyniła się dewastacji i deformacji oryginalnego wyglądu. I tu przydała się wprawa Stacji Obsługi i Remontów MPK w Krakowie w naprawianiu i renowacji wagonów tramwajowych.

Zwykle w takich wypadkach korzysta się z zachowanych zdjęć i dokumentacji. Jednak tego było (jak na złość) bardzo mało. Wagon techniczny niewątpliwie wiele razy był przerabiany, więc nie można było sugerować się jego obecnym wyglądem. Rozwiązaniem było więc studiowanie ówczesnych rozwiązań konstrukcyjnych i wykończeniowych Gdańskiej Fabryki Wagonów. Naprawie podlegał nie tylko cały wózek wagonu (z układem hamulcowym, przekładniami i silnikami), ale też nadwozie (regeneracja i konserwacja nie tylko elementów drewnianych, ale też konstrukcji znajdującej się pod nimi). Ponadto należało odbudować dach (co wymagało nie tylko renowacji elementów drewnianych, ale też zastosowanie specjalnego płótna, blach i czterech warstw nieprzepuszczającej, ale elastycznej farby), odtworzyć drzwi zewnętrzne, oraz odtworzenie oryginalnego wyglądu wnętrza.

 A jak wygląda to cudo?

Krakowianie sami mogą to sprawdzić, bo przez najbliższe trzy weekendy tramwaj ten będzie jeździć trasą: Salwator - Wieczysta (czyli ostatni raz w walentynki). Potem powróci do Gdańska, gdzie planowane już jest jego uroczyste powitanie.

Ring to tramwaj dwukierunkowy. Jest konstrukcji metalowo-drewnianej. Drewniane wykończenie jest w kolorze wiśniowym.


Posiada też mosiężne elementy.


Nie sposób też nie zauważyć doskonale odtworzonych drzwi tylnych, które na dodatek są teleskopowe (czyli ich obie części zawsze otwierają się równocześnie :-D  ). Sama maszynownia drewnianym wykończeniem i prostotą budowy wygląda wprost imponująco.


Można tramwaje lubić, lub nie lubić, ale koło Ringa ciężko przejść obojętnie.


Zwłaszcza, że w krakowskiej kolorystyce wszystko ginie w niebieskościach, albo w reklamach...


Obecne przejazdy taborem Tw269 połączone są z promocją Gdańska. Po wejściu do tego malutkiego, ale klimatycznego tramwaju można natknąć się na mnóstwo baloników, cukierków, smyczek, konkursów i najróżniejszych atrakcji. Wszystko ma nam - ludziom z Krakowa, przypomnieć jak wspaniały jest Gdańsk i jak ciekawe jest to miasto...

Siedzi się w takim drewnianym pudełku, ogląda te baloniki, czyta rozłożone ulotki, wymyśla odległość do Gdańska w linii prostej, spogląda na stojących na ulicach i uśmiechających się ludzi, zgłębia informacje o bursztynach i...


... I jak tu nie tęsknić do morza, gdy nawet tramwaj o nim przypomina?

Gosieńka  8-)

czwartek, 28 stycznia 2016

Kocia kawiarnia

Niektórzy lubią rybki i całymi dniami mogliby oglądać ich zwinne pląsy. Dla innych najważniejsze są chomiki. A jeszcze inni nie widzą świata poza psami. Jest też ogromna rzesza zwolenników kotów, dla których rybki, ptaszki i chomiki to odmiana żywej karmy dla kotów, a psy - szczekające stworzenia z ADHD.  :lol:

I właśnie dla ulubieńców kotów powstała Kociarnia, czyli kocia kawiarnia.


Miejsce to ma przytulny, wręcz domowy wystrój. Już samo wejście jest niezwykłe, bo przypomina szafę. Podobieństwo to bynajmniej nie jest przypadkowe. Nie bez powodu synonimem drzwi do części z kotami nazywa się "szafą".

Jednak na te magiczne drzwi nie są pierwszymi jakie należy pokonać, by wejść w to niezwykłe, pomysłowe miejsce.

Po przekroczeniu drzwi zewnętrznych naszym oczom ukazuje się mała lada i człowiek za nią stojący. Oprócz tych normalnych dla kawiarni elementów widać tutaj też mnóstwo odwołań do kota. Jest więc obrazek przedstawiający kota, bryloczki z kotami, miniaturowe figurki kotów, oraz kolorowanki z kotami i kubki z nazwą kawiarni. W miejscu tym można nie tylko zakupić te gadżety, ale też złożyć zamówienie do stolika.

Następnie przekracza się magiczną szafę (której drzwi trzeba dokładnie zamykać, aby żaden kot nie wyszedł na zewnątrz) i zajmuje wybrany stolik. Ciekawsze miejsca można rezerwować przez Internet. Tak też zrobiłyśmy to my.

Na stronie http://kociakawiarniakrakow.pl/ dzień wcześniej zarezerwowałam dwa miejsca w antresoli. Gdy przyszłyśmy, okazało się, że to dość specyficzne miejsce (najwyżej położone, z bardzo niskim sufitem i wieloma kocimi legowiskami).


Moja Pociecha nie wiedziała gdzie idziemy. Jednak gdy zobaczyła szyld kawiarni to aż podskoczyła z radości (wszak kotki ona uwielbia).

Potem nie było już tak różowo jak to w pierwszej chwili sobie wyobraziła, bo tylko trzy koty się pokazywały, a z tego i tak dwa cały czas spały. Ponoć wszystkich kotów w kawiarni jest 12, ale najwyraźniej większość z nich wolała odpoczywać w części niedostępnej dla klientów. W sumie jest to jakieś rozwiązanie, żeby zwierzaki te miały możliwość relaksu poza widokiem obcych osób. Jeden kot trochę się pobawił, ale też nie miał do tego zbyt wiele zapału. Moje Maleństwo narysowało kota, pogłaskało leżącego na sofie śpiocha, a potem zaczęło się nudzić. Na naszą antresolę tylko dwa razy wszedł kot i tylko po to by zaraz stamtąd zejść. Nie chcąc łamać regulaminu faktycznie nie bardzo było jak się bawić z tymi kotami.   


Co do menu, to nie mogę się rozpływać w "ochach" i "achach". Owszem lody były dobre, ale nie dodawali do pucharka łyżeczek (dziwne, prawda?) tylko dwie wafelkowe rureczki. Kawa latte miała ładny wizerunek kota narysowany mleczkiem.


Tylko, że to nie była latte (którą zwykle podaje się w wysokich szklankach, z dużo ilością mleczka). Tutaj była to tylko filiżanka. Owszem, filiżanka była nieco większa niż te najmniejsze, ale nadal była to tylko filiżanka. Jedynie herbatka była taka jak być powinna: aromatyczna i gorąca.  :-D


Moje dzieciątko miło spędziło czas w tym miejscu. Jednak na koniec stwierdziło, że i tak nasz kot jest najlepszy, bo zawsze do nas przychodzi, siada nam na kolanach, bawi się wędką i jest fajniejszy niż te wszystkie koty w Kociarni. I faktycznie, nie ma dwóch zdań - własne zwierzątko, jest sto razy bardziej fascynujące i zabawne niż te spotkane przypadkowo i jednorazowo.

Tu muszę też przyznać rację jednej rzeczy (o której niedawno czytałam). Otóż kojący wpływ na zdrowie człowieka najbardziej mają te zwierzęta, które są z nim zżyte (a więc te zaprzyjaźnione, a nie obce, terapeutycznie wynajmowane na chwilę). Po wizycie w kociej kawiarni nie sposób się z tym nie zgodzić. Inna relacja jest ze zwierzęciem zaprzyjaźnionym, a więc i inna droga terapeutyczna...

Dobranoc

- Pchły na noc, karaluchy pod poduchy, a kotusie pod podusie ...

- Gosieńka  8-)

środa, 27 stycznia 2016

Wiewiórcze szaleństwo

Tradycyjnie (jak to w środę :) ) warto zastanowić się nad wyjściem do kina. W ferie to powinna być bajka, żeby dzieciątko było zadowolone. Do wyboru miało kilka. Najtrudniejsza okazała się decyzja, czy ma to być kolejna część Alvina i wiewiórek, czy raczej Barbie: Tajne Agentki. Ostatecznie wygrał jednak Alvin i wiewiórki - Wielka wyprawa.


Tym razem wiewiórki obawiają się odrzucenia ze strony swojego przyszywanego ojca - Dave'a (Jason Lee). Widzą, że ich opiekun spotyka się z kobietą, a potem wyjeżdża z nią do Mayami. Przypadkowo znajdują też pierścionek zaręczynowy. Stąd nabierają podejrzeń, że Dave chce ułożyć sobie życie z Samanthą (Kimberly Williams-Paisley). Kobieta ta nawet jest dość miła, ale ma nieznośnego syna Milesa (Josh Green), który od samego początku znajomości daje się wiewiórkom we znaki. Jednak w obliczu możliwych zaręczyn Dave'a z Samanthą wiewiórki i Miles zostają sprzymierzeńcami. Razem wyruszają w podróż mającą na celu zapobiegnięcie oświadczynom i wynikłej z tego katastrofie...

Film ten jest już kolejną produkcją o rozśpiewanych wiewiórkach. Jak na rozśpiewane wiewiórki przystało - pełno tu zmiksowanej przyspieszonymi głosikami popularnych piosenek. To jeden z głównych walorów produkcji.

Minusem jest tutaj stosowanie dość prymitywnych żartów (polegających na oblaniu piciem, bekaniu, puszczaniu bąków, a także zrobieniu kupy przez papugę na koszuli "czarnego charakteru").

Żart jest też dość słaby w odniesieniu do nieszczęść jakie spotykają owy "czarny charakter". Liczne urazy i uderzenia są bardziej przykre niż zabawne. W każdej części znajduje się ktoś "zły", kto przez cały film obrywa. Nigdy nie wydawało mi się to zbyt śmieszne...

Plusem filmu jest silne, uczuciowe podejście do ojca/dzieci. To sprawia, że film ze zwykłej, prostej bajeczki staje się opowieścią o miłości rodzicielskiej i o uczuciach dotykających rodzinę. Dave jest tak dobrym ojcem dla wiewiórek, że nawet Miles żałuje, że nie jest jego synem.

Bajka jest ciekawa. Jak zwykle - trochę zwariowana, pełna niesamowitych akrobacji i (oczywiście!) z happy end'em.

Czy mogę ją polecić?

Zasadniczo tak, ale jeśli szukasz bajki grzecznej, miłej, pełnej czarów i dobrych wróżek - to musisz szukać dalej.  :lol:

Alvin, Szymon, Teodor i Miles to czwórka ancymonków, które potrafią porządnie namieszać. :roll:  Nie zawsze słuchają rodziców, nie wszędzie przestrzegają zasad. Na dodatek głód stanowi dla nich większą motywację niż zdrowy rozsądek. 8-O  Lubię być egoistami i (do czasu ;-)  ) dobrze się z tym czują.

... Jednak w całym tym swoim wariowaniu są też niezwykle ludzcy, pełni oddania za siebie nawzajem i niezwykle zgrani.  :lol:

Dlatego jeśli szukasz bajki lekkiej, z elementami emocjonalnymi i niezbyt wyszukanymi żartami (tylko kilka było naprawdę dobrych), to jest to bajka dla Ciebie.

Mojej córeczce bardzo się podobała, ale ona tak do końca obiektywna nie jest, bo od drugiej części śledzi Alvina i Wiewiórki w kinie (a pierwszą oglądała na kompiku), ma maskotkę Alvina i w ogóle jest jego wierną fanką...

- Śpijcie spokojnie i nie chorujcie na grypy i przeziębienia, bo wszak wiosna idzie (albo i już przyszła :) ).

- Gosieńka  8-)

wtorek, 26 stycznia 2016

Torcik Gdański

To dziwne zjawisko - jesteś w Gdańsku i nie możesz znaleźć tutejszych wyrobów. O ile ze zdobyciem goldwassera nie ma trudności (w większości sklepów z alkoholem jest do dostania), to już z Tortem Gdańskim są i to znaczne.

Goldwasser to regionalny likier ziołowo-korzenny z malutkimi drobinkami złota. Szkoda tylko, że ten polski produkt obecnie produkowany jest tylko w Niemczech.


Inne specjały gdańskie znacznie trudniej znaleźć.

Dlatego (nieco zniecierpliwiona nieskutecznym szukaniem gotowego produktu) sama postanowiłam Torcik Gdański upiec.


Okazało się to dość prostym zajęciem.

Ot, piecze się biszkopta (takiego cytrynowego) i przekłada masą migdałową. :)

Jednak napiszę o tym w nieco mniejszym skrócie :lol:  :

Składniki:

Na ciasto:

3 jajka

pół szklanki mąki pszennej

pół szklanki mąki ziemniaczanej

starta skórka z 1 cytryny

1 łyżka soku z cytryny

4 łyżki wody

1 łyżeczka proszku do pieczenia

3/4 szklanki cukru

Na masę:

1 jajko

kostka masła

6 łyżek cukru

1 tabliczka czekolady

300 g zmielonych migdałów


Na ciasto najpierw należy ubić żółtka, z cytryną, cukrem i wodą. Potem dodajemy do tego proszek do pieczenia, oba rodzaje mąk i mieszamy. Na końcu łączymy to z ubitą na sztywno pianą z białek.

Wszystko pieczemy tak jak normalny biszkopt.

U mnie to jest 45 minut w 220^o, ale mój piecyk słabo grzeje, więc w normalnych warunkach to mogłoby być 180^o w krótszym czasie :)

Masę robi się jeszcze prościej.

Jajko i cukier ucieramy na puszystą pianę. Następnie dodajemy do tego migdały i startą czekoladę. Na koniec wszystko łączymy z utartym masłem.

I to już wszystko :)


U mnie tylko z tymi migdałami trochę zeszło, bo moje mężisko kupiło je w całości (zatem trzeba je było wcześniej sparzyć, obrać, a potem zmielić - trochę zabawy przy tym było).

Cukier w masie nie od razu chciał się rozpuścić. Dlatego część ubijania wykonałam na parze, żeby wysoka temperatura pomogła w wymieszaniu tej słodyczy.

/Takie  ubijanie też jest proste - ot wystarczy miskę z masą (ale jeszcze bez masła!!!) umieścić na garnku z gotującą się wodą i oczywiście cały czas mieszać./

Torcik jest prosty, niemal banalnie, ale i tak smakuje SUPER...


Jak zwykle - polecam spróbować go upichcić i skosztować...


Dobrej nocki Wam życzę :)

- Gosieńka  8-)

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Naleśniki Strudzonego Żeglarza

Dziś w planie na obiad był łosoś ugotowany na parze (z ziemniaczkami i sałatą z kefirem). Jednakże w sklepie natchnęło nas na rybkę bardziej związaną z ostatnim naszym wyjazdem - czyli na dorsza bałtyckiego. Potem moje maleństwo zauważyło tortille i zaczęło się nimi zachwycać - że też chce je zjeść.

- Nie stresuj się, w domu zrobię ci nasze tortille. - Odrzekłam radośnie.

I tak, zrobiłyśmy dziś naleśniki :)

Ale to nie były takie zwykłe naleśniki z dżemem, albo rybką z puszki. Tym razem nasze naleśniki były prawdziwym samodzielnym daniem.

Zresztą nie mogło być inaczej, skoro ta świeża bazylia, suszone pomidorki, pieczarki i rybki tak kusiły i nęciły.


Tak oto powstały Naleśniki Strudzonego Żeglarza

Potrawa do trudnych nie należy, ale (coby nie zapomnieć co do niej dodałam :) ) napiszę teraz pokrótce jak ją przygotować.

Zacznijmy od składników...

A zatem będą potrzebne:

200 g pieczarek,

400 g dorsza bałtyckiego,

5 suszonych pomidorów

3 cebule dymki (całe)

6 orzechów włoskich

6 rzodkiewek,

1 mała cukinia,

200 g kefiru naturalnego,

kilka listków bazylii.


Kroimy wszystko w kostkę. Na patelni podsmażamy pokrojoną rybkę, a potem dodajemy pieczarki, cukinię, 1 dymkę i 3 pomidory suszone. Kiedy tłuszcz wchłonie potrawa, podlewamy wszystko wodą, przykrywamy i jeszcze dusimy.

W ten sposób mamy już przygotowany farsz do naleśników.

Teraz zajmujemy się zrobieniem takiego dipu na wierzch.

W tym celu mieszamy kefir z pokrojonymi pomidorami, rzodkiewkami, orzechami, kilkoma listkami świeżej bazylii i dymką. Doprawienie solą i pieprzem wystarcza do dopełnienia smaku.

I oczywiście potrzebne też są same naleśniki. Przepis pewnie każdy ma swój najlepszy. U mnie sprawdza się miska jako miarka. Nasypuję mąki pół miski, dodaję 2 jajka i pół litra mleka i wszystko mieszam. Jeśli konsystencja jest za gęsta - dolewam jeszcze mleka lub wody. Na końcu dodaję sól i ciasto już jest gotowe. Dziś wyjątkowo dodałam do ciasta jeszcze pieprz, pokrojone liście bazylii i natkę z cebulki dymki. W ten sposób już same naleśniki były pełne życia :).


Mi smakowało takie jedzonko, a i mojej rodzinie również.

Dlatego polecam innym takie eksperymenty.

 Pa :)

- Gosieńka 8-)

sobota, 23 stycznia 2016

Śladami Wincentego Pola

Wincenty Pol (1807 - 1872) pochodził z Lubelszczyzny.


Jednak nie tylko w tym regionie był znany i szanowany. Wsławił się twórczością literacką (owego czasu wychwalany na równi z Mickiewiczem i Słowackim), ale był też znakomitym geografem. Pracował jako wykładowca na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jego prelekcje nierzadko nawiązywały do tematów politycznych, więc pomimo ogromnej popularności (a może raczej - właśnie przez ową popularność) został usunięty z uczelni jako osoba szkodząca zaborcy. Podróżował też po Polsce i opisywał napotykane zjawiska geograficzne.

I właśnie podczas tych podróży trafił również na Żuławy Wiślane. To tutaj w 1840 roku zdarzyła się katastrofa powodziowa. Podczas roztopów na Wiśle pojawił się zator lodowy, który zablokował przepływ wody do Gdańska. W wyniku tego Wisła sama wyżłobiła sobie dojście do Bałtyku. W okolicy GÓREK WSCHODNICH powstało przecięcie Mierzei Wiślanej. Wincenty Pol (który opisywał to zjawisko) utworzony dopływ do morza nazwał Śmiałą Wisłą. Termin ten do dziś funkcjonuje w literaturze naukowej.

W celu uniknięcia kolejnych powodzi wykopano (w latach: 1889 - 1895) nowe ujście Wisły (na rysunku oznaczone nr 2). W ten sposób powstała Wyspa Sobieszewska.


Jakież wielkie było nasze zdziwienie, gdy zwiedzając ten kawałek ziemi natrafiliśmy na wystawę poświęconą Wincentemu Polu. Niesamowite jaki ten świat jest mały :)

A Wyspa Sobieszewska nadal trwa i ma się całkiem dobrze.


Gdy się do niej wjeżdża można doznać wrażenia, że jest to miejsce zaklęte, a na pewno wymarłe. Opustoszałe ulice przywodzą na myśl horrory, w których nieświadomi niczego podróżnicy trafiają w jakieś niebezpieczne miejsce. Obrazu grozy dopełniają miniaturowe, krzywe domki, których tutaj jest mnóstwo. Po paru krokach można dostać palpitacji serca, albo wręcz zawału. Jedynymi żywymi stworzeniami w całej krainie wydają się być psy, które wściekle ujadają na nasz widok...

- To dość ponury obrazek, ale w środku zimy nie może być inny. Ludzie tutaj, albo chowają się w ciepłych pieleszach domów, albo pracują w mieście. Tylko nieliczni pojawiają się na ulicach, ale jest ich na tyle mało, że można przejść całą wioskę nie widząc żywego ducha. To trochę jak szwedzkie, małe wioski rybackie. W zimie też są niemal opuszczone. Niby mieszkają tam ludzie, a rybacy nadal wypływają w morze. Jednak rytm życia znacznie zwalnia. Ludzie okutani w grube kurtki, czapki i rękawice odśnieżają podjazdy, wynoszą jedzenie dla psów i zdrapują szron z szyb samochodów. Wszystko to dzieje się jednak niczym we śnie. Nie ma normalnego w lecie gwaru i bieganiny. W zimie wszystko staje się inne.

Nie wątpię, że w lecie i Sobieszów wygląda inaczej. Świadczą o tym liczne domki letniskowe, pokoje do wynajęcia i hotele. To tutaj życie musi kwitnąć wraz z początkiem sezonu wakacyjnego. To latem tutaj ludzie żyją i żywią się nim jak chlebem.

W zimie wyspa odpoczywa, niczym magiczny, ogromny niedźwiedź. Jednak mimo to, można tu zajrzeć do stacji ornitologicznej, restauracji "Ptasi Raj" i domu kultury o malowniczej nazwie "Wyspa Skarbów".

W stacji ornitologicznej można nie tylko obejrzeć występujące tu ptaki:



Można też dowiedzieć się jak prawidłowo budować budki lęgowe dla ptaków:


O takich rzeczach, jak możliwość zakupienia kubka z rysunkami ptaków, czy też przyłączenia się do akcji obrączkowania nie będę już wspominać (oczywiście obrączkować nikt "z marszu" nie może, bo zajęcie to wymaga dużej wiedzy, popartej zdanymi egzaminami w stacjach ornitologicznych).

Restauracja "Ptasi raj" wzięła swoją nazwę od pobliskiego rezerwatu przyrody. Sam lokal do wybitnych nie należy (zbyt dużo ryb w menu daje podstawy wątpić, czy na pewno są one świeże, kupione tego samego dnia od rybaków).

Natomiast rezerwat jest wart odwiedzenia.


Pewnie na wiosnę więcej można tu spotkać gatunków ptaków. Jednak nawet zimą udało się nam zobaczyć dzięcioła dużego, czy najzwyklejszą w świecie bogatkę.


Oczywiście mewy, rybitwy, kaczki i łabędzie też tutaj są (jak to często bywa w pobliżu akwenów wodnych :) ).

Wybudowane są w nim wieże do obserwowania przyrody.


W środku nie tylko można oglądać okazy w rezerwacie, ale też poczytać o nich na specjalnych makietach informacyjnych.

Widok z takich wież jest nie do podrobienia:


Jednak i tu odcisnęła się twórcza, choć spontaniczna działalność człowieka.


Grobla jest w remoncie.


Może w jesieni ją otworzą, a może na zawsze zamkną. Są petycje, aby była otwarta dla turystów, ale co z tego wyjdzie - póki co, nie wiadomo.


W ciekawym domu kultury o nazwie "Wyspa Skarbów" znaleźliśmy wystawę poświęconą pamięci Wincentego Pola. I tam też obejrzeliśmy wystawę fotograficzną, dziewiętnastowieczny folder reklamowy kwater wypoczynkowych na wyspie Sobieszewskiej.

Tutaj też mogliśmy podziwiać krzyżownicę wiatrów stworzoną przez Wincentego Pola


Dowiedzieliśmy się również jak górale i chłopi nazywali godziny.


Człowiek oprowadzający nas po wystawie stwierdził, że gdyby Wincenty Pol żył dzisiaj, to z pewnością miałby swój program podróżniczy niczym Wojciech Cejrowski, czy Beata Pawlikowska.

Jednak nie dla wystaw i muzeów przyjeżdża się na Wyspę Sobieszewską. Bliskość morza to największy walor tej miejscowości. Sami to odczuliśmy, bo do Bałtyku mieliśmy jakieś 20 minut spacerkiem (czyli odległość była nieco większa niż 1 kilometr). Po drodze musieliśmy pokonać małą górkę, ale to była w istocie bardzo mała "górecka". Z przekory nazywaliśmy ją naszym Mount Everestem. Wiadomo - jakie góry, taki Everest :)


Po pokonaniu miniaturowego wzgórza należało przejść dość przyjemną, leśną trasą.


Gdy popadało śniegiem przedzieraliśmy się przez tą ścieżkę niczym traperzy szukający zwierzyny. Wtedy mogliśmy chodzić po swoich śladach i udawać, że idziemy jako jedna osoba.


A po przebyciu śmiesznej górecki i przeważnie rekreacyjnej dróżki leśniej można było zobaczyć to, na co się tak długo czekało...


O tej porze roku ludzie nie wypełniają plaż. Samotne fale uderzają majestatycznie o brzeg. Woda gdzieś w oddali łączy się niepostrzeżenie z morzem. Tylko na piasku pozostają ślady niegdysiejszej działalności ludzkiej.




Pomimo piasku, wiatru i wody i tutaj pojawia się życie. Na przekór wszystkim przeszkodom małe roślinki postanawiają jednak tu zapuścić korzenie.



Silny wiatr i piaszczysta gleba odciskają się niemiłosiernie również na większych organizmach roślinnych.


Sama woda jak zwykle jest zimna. Jednak o tej porze roku jej temperatura jest znacznie niższa niż zazwyczaj. Mimo to niezmiennie przyciąga i zachwyca swoim pięknem, ogromem i barwą.



Na północy naszego kraju widać wiele drzew obrośniętych jemiołą.


Najwidoczniej ludzie tu muszą być bardziej skorzy do czułości i pocałunków, skoro pod co drugim krzakiem rośnie ku temu pretekst :) .

Sama Wyspa Sobieszewska to też ciekawe miejsce. Gdy nasypie śniegiem nie ma możliwości przemieszczać się poboczem (niby niektórzy odśnieżają swój kawałek chodnika, ale zdecydowana większość zwyczajnie tego nie robi). Życie to mija powoli. Nie ma miejsca na codzienną bieganinę, stres, czy zdenerwowanie. Co dzień, pomimo śniegu, mrozu i chłodu rybacy wysiadują przy przeręblach łowiąc ryby.


Do Gdańska prowadzi most, który podczas silnych wiatrów, burz i sztormów jest nieczynny.


Jednak nikt się tym nie przejmuje. Przecież nie po to się jest, żeby się przejmować. Życie jest zbyt krótkie by przejmować się nim za bardzo i brać je całkowicie na serio.


W końcu i tak niewiele po nas tu pozostanie, a wszelki ślad, pamięć, czy choćby cień pamięci i tak wcześniej czy później zatrze się jak odcisk stopy na piasku...


Sounf of Freedom

W swoich wygodnych domkach i małych troskach nawet nie zastanawiamy się nad istnieniem poważnych problemów trawiących ludzkość. Owszem, wiem...