Kino ma swoje zalety. Można tu jeść, zwłaszcza, że bary przy wejściu z maszynami pełnymi popcornu, wręcz zachęcają do tego :) . Można tutaj też się spóźnić (pół godziny reklam poprzedzających rozpoczęcie filmu jest wystarczającą zachętą do machnięcia ręką na umówiony czas spotkania.
A ponieważ ludzie notorycznie lubią się spóźniać, więc i kino bardzo lubią odwiedzać.
Jednak nie po to tutaj weszłam, żeby pastwić się nad biednymi kinami. Tym bardziej, że sama też czasem lubię coś sobie tam obejrzeć...
Dziś oglądałam drugą część filmu "Listy do M".
O ile pierwsza część nie miała w sobie zbyt wiele polotu i zaskoczenia, o tyle druga właściwie nie ma go wcale.
Film nie bardzo przypadł mi do gustu.
Brakło tu miejsca na wzruszenie, bo większość scen była aż do bólu przewidywalna. Ciężko się wzruszać i opłakiwać zły los bohaterki, która zobaczywszy mężczyznę rozwala samochód, zostawia samopas owieczkę, krzyczy jak oszalała i jeszcze biegnie za nim, a gdy on wreszcie ją zauważa - ona udaje, że go nie dostrzega. (To może miało być zabawne, ale było dość średnie) I gdy z nim rozmawia okazuje się, że on niedługo bierze ślub. - Może jestem bez serca, ale jak im się kontakt urwał, to dała by sobie spokój, a nie robiła jakąś demolkę i jeszcze zamartwiała się jego ślubem.
Rozstanie dwojga ludzi, którzy planują ślub też jest dziwne. On nawet nie mówi, że zrywa, że jej nie chce, że jednak woli inną, a ona już wie, płacze w łazience, a potem oznajmia rodzicom, że on odchodzi. Jakieś dziwne to. Zupełnie odrealnione.
Zresztą gościu, który wsiada do samochodu, żeby pojechać do ukochanej i siedzi w nim nie ruszając z miejsca przez dłuższy czas (samochód zdążył pokryć się dość grubą warstwą śniegu) też jest dość dziwny.
"Listy do M" to przede wszystkim historia ludzkich niedoskonałości. Tu nie ma miejsca na wyidealizowane postacie, które zawsze wiedzą co i jak powiedzieć. Nawet dziennikarz radiowy, na co dzień potrafiący pięknie i kwieciście się wypowiadać, gdy ma poprosić ukochaną o rękę "zapomina języka w gębie". A reszta bohaterów wcale nie jest lepsza. Kobiety unoszą się dumą i nie dostrzegają przeznaczenia, matki ignorują ojców, chorzy uciekają ze szpitala... Najgorszy jest jednak Mikołaj, który jest wyjątkowo nieidealnym Mikołajem. Zamiast dzieciom dawać prezenty - wyłudza od nich kasę, a na dodatek przyprawia rogi cudzym mężom, a jego własny syn nawet go nie zna.
Niestety w opowiedzianej tu historii nie sposób nie dostrzec aż nazbyt rzucającą się w oczy infantylność. Oto przez Internet kobieta zakochuje się w obcym mężczyźnie by potem dowiedzieć się, że to jest jej były mąż. Biorąc pod uwagę fakt, że on też był bardzo zdziwiony (czyli nie zrobił tego celowo) - taki przypadek jest bardzo mało prawdopodobny.
Film ratuje obsada, bo jest to czołówka rozpoznawalnych w Polsce aktorów. A zatem zobaczymy tu m. in. Karolaka, Małaszyńskiego, Adamczyka, Dygant, M.Sthura, Kożuchowską, Zakościelnego, Trzebiatowską.
Jednak mało tu faktycznego dramatyzmu, miejsca na zrozumienie. Nawet matka, która zamiast przygotować się w szpitalu do ciężkiej operacji ucieka na wigilię do rodziny nie budzi współczucia. Swoim zachowaniem bardziej wzbudza antypatię i niesmak (zwłaszcza, że to córka pomogła zebrać fundusze na jej operację).
Już nawet nie będę opisywać furii w jaką wpadła jedna z bohaterek, gdy dowiedziała się, że pisała w Internecie ze swoim byłym mężem. Rozumiem, że to ją wyprowadziło z równowagi, ale żeby od razu urywać z jego samochodu antenę? Mało to mądre...
Niezbyt odnalazłam się w zaprezentowanym tu obrazku. Już nawet nie będę wspominać o wożeniu samochodem owcy (ten wątek najlepiej zakryjmy płachtą milczenia).
Film, niezbyt mi się podobał. Śmieszny był bardzo mało, a wzruszający - praktycznie wcale.
Dlatego ciężko zaliczyć mi go do komedii.
Jednak nie zniechęcam całkowicie, bo może komuś bardziej przypadnie do gustu niż mi. :roll:
Dobranoc
- Gosieńka 8-)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz