sobota, 28 listopada 2015

Wychowanka

"Wychowanka" to nie jest sztuka zabawna. I choć twórczość Fredry w mniejszym lub większym stopniu wszyscy jakoś znamy - nie jest to też komedia. To smutna opowieść o biednej dziewczynie, względem której inni knują podstępne intrygi.


Jednak Fredro nie byłby sobą jakby na końcu nie rozwiązał wszystkich problemów Zosi i pozwolił zostawić widzów z przygnębiającym zakończeniem.

W interpretacji zaprezentowanej przez Teatr Ludowy oprócz wspaniałej gry aktorskiej (zresztą jak zwykle) na szczególne uznanie zasługuje niecodzienna scenografia. Przez scenę w sposób obrotowy przewijało się pięć pokoi. Zależnie od dynamiki akcji owa zmiana pomieszczeń była wolna, szybka lub wręcz błyskawiczna. Pomagało to dostroić się widzom do charakteru i emocji towarzyszącym konkretnym scenom.

Pisząc o "Wychowance" nie sposób nie wspomnieć o niesamowitej grze Pawła Kumięgi. Nikt chyba nie potrafi tak wiarygodnie udawać pijanego. Co oczywiście nie obyło się bez śmiechu rozbawionej publiczności.

Tuż przed spektaklem była transmisja z rozstrzygnięcia konkursu "Klasyka żywa". Niestety omawiana przeze mnie "Wychowanka" nie otrzymała żadnej nagrody. Bardzo to niesprawiedliwe, zwłaszcza, że niektóre sztuki dostawały nawet po kilka nagród (o tym, że został doceniony tylko folklor kaszubski, tematyka polsko-ruska i kontrowersyjna interpretacja "Dziadów" z krwią lejącą się litrami chyba nie ma nawet sensu pisać...) Faktem jest, że przy wnikliwszym przyjrzeniu się sztukom aż połowa z wybranych do konkursu mogła otrzymać nagrody.

Wracając jednak do "Wychowanki" podobała się moim dwom skarbom. Mniejszy skarbik był co prawda już trochę zmęczony, ale dzielnie wytrwał i nawet orientował się w fabule oglądanej sztuki. Na "dorosłe przedstawienia" pewnie szybko już nie pójdzie, bo tylko w listopadzie była w Teatrze Ludowym promocja na bilety z okazji jego 60-lecia.

Tak czy siak - polecam sztukę do obejrzenia, bo z pewnością warto. Pewnie nie jest to klasyczna komedia, ale posiada kilka zabawnych momentów, podczas których cała sala wybuchała śmiechem.

Dobranoc

- Gosieńka  8-)

poniedziałek, 16 listopada 2015

Listy do M: 2

Kino ma swoje zalety. Można tu jeść, zwłaszcza, że bary przy wejściu z maszynami pełnymi popcornu, wręcz zachęcają do tego :) . Można tutaj też się spóźnić (pół godziny reklam poprzedzających rozpoczęcie filmu jest wystarczającą zachętą do machnięcia ręką na umówiony czas spotkania.

A ponieważ ludzie notorycznie lubią się spóźniać, więc i kino bardzo lubią odwiedzać.

Jednak nie po to tutaj weszłam, żeby pastwić się nad biednymi kinami. Tym bardziej, że sama też czasem lubię coś sobie tam obejrzeć...

Dziś oglądałam drugą część filmu "Listy do M".


O ile pierwsza część nie miała w sobie zbyt wiele polotu i zaskoczenia, o tyle druga właściwie nie ma go wcale.

Film nie bardzo przypadł mi do gustu.

Brakło tu miejsca na wzruszenie, bo większość scen była aż do bólu przewidywalna. Ciężko się wzruszać i opłakiwać zły los bohaterki, która zobaczywszy mężczyznę rozwala samochód, zostawia samopas owieczkę, krzyczy jak oszalała i jeszcze biegnie za nim, a gdy on wreszcie ją zauważa - ona udaje, że go nie dostrzega. (To może miało być zabawne, ale było dość średnie) I gdy z nim rozmawia okazuje się, że on niedługo bierze ślub. - Może jestem bez serca, ale jak im się kontakt urwał, to dała by sobie spokój, a nie robiła jakąś demolkę i jeszcze zamartwiała się jego ślubem.

Rozstanie dwojga ludzi, którzy planują ślub też jest dziwne. On nawet nie mówi, że zrywa, że jej nie chce, że jednak woli inną, a ona już wie, płacze w łazience, a potem oznajmia rodzicom, że on odchodzi. Jakieś dziwne to. Zupełnie odrealnione.

Zresztą gościu, który wsiada do samochodu, żeby pojechać do ukochanej i siedzi w nim nie ruszając z miejsca przez dłuższy czas (samochód zdążył pokryć się dość grubą warstwą śniegu) też jest dość dziwny.

"Listy do M" to przede wszystkim historia ludzkich niedoskonałości. Tu nie ma miejsca na wyidealizowane postacie, które zawsze wiedzą co i jak powiedzieć. Nawet dziennikarz radiowy, na co dzień potrafiący pięknie i kwieciście się wypowiadać, gdy ma poprosić ukochaną o rękę "zapomina języka w gębie". A reszta bohaterów wcale nie jest lepsza. Kobiety unoszą się dumą i nie dostrzegają przeznaczenia, matki ignorują ojców, chorzy uciekają ze szpitala... Najgorszy jest jednak Mikołaj, który jest wyjątkowo nieidealnym Mikołajem. Zamiast dzieciom dawać prezenty - wyłudza od nich kasę, a na dodatek przyprawia rogi cudzym mężom, a jego własny syn nawet go nie zna.

Niestety w opowiedzianej tu historii nie sposób nie dostrzec aż nazbyt rzucającą się w oczy infantylność. Oto przez Internet kobieta zakochuje się w obcym mężczyźnie by potem dowiedzieć się, że to jest jej były mąż. Biorąc pod uwagę fakt, że on też był bardzo zdziwiony (czyli nie zrobił tego celowo) - taki przypadek jest bardzo mało prawdopodobny.

Film ratuje obsada, bo jest to czołówka rozpoznawalnych w Polsce aktorów. A zatem zobaczymy tu m. in. Karolaka, Małaszyńskiego, Adamczyka, Dygant, M.Sthura, Kożuchowską, Zakościelnego, Trzebiatowską.

Jednak mało tu faktycznego dramatyzmu, miejsca na zrozumienie. Nawet matka, która zamiast przygotować się w szpitalu do ciężkiej operacji ucieka na wigilię do rodziny nie budzi współczucia. Swoim zachowaniem bardziej wzbudza antypatię i niesmak (zwłaszcza, że to córka pomogła zebrać fundusze na jej operację).

Już nawet nie będę opisywać furii w jaką wpadła jedna z bohaterek, gdy dowiedziała się, że pisała w Internecie ze swoim byłym mężem. Rozumiem, że to ją wyprowadziło z równowagi, ale żeby od razu urywać z jego samochodu antenę? Mało to mądre...

Niezbyt odnalazłam się w zaprezentowanym tu obrazku. Już nawet nie będę wspominać o wożeniu samochodem owcy (ten wątek najlepiej zakryjmy płachtą milczenia).

Film, niezbyt mi się podobał. Śmieszny był bardzo mało, a wzruszający - praktycznie wcale.

Dlatego ciężko zaliczyć mi go do komedii.

Jednak nie zniechęcam całkowicie, bo może komuś bardziej przypadnie do gustu niż mi.  :roll:

Dobranoc

- Gosieńka  8-)

niedziela, 15 listopada 2015

Królik, królik

Sztuka nie powinna być przewidywalna. Jej zachowawczość wprowadzałaby nudę. Jej zbyt sztampowe podejście do tematu - mogłoby zaszkodzić świeżemu spojrzeniu na stare kwestie...

Na szczęście sztuka "Królik, królik" bynajmniej przewidywalna nie jest.


Pojawia się tu obraz rodziny zwariowanej, niezbyt dobrze radzącej sobie z przytłaczającą rzeczywistością. Na pozór to dramat, bo spotykamy tu życiowe problemy, takie jak rozwód, brak pracy, problemy w szkole, a nawet więzienie. Jednak wszystko okraszone jest gorzkim poczuciem humoru, tak lekkim i nienachalnym, że aż rozbrajającym.

Początek sztuki jest bardziej humorystyczny. Jednak wraz z rozwojem akcji staje się jasne, że przedstawiona tu rodzina ma poważne problemy, a jej historia staje się coraz bardziej smutna. Na szczęście sposób przedstawienia jest na tyle niesztampowy, że smutek i rozżalenie wypiera ciekawość i zadziwienie.

Nie sposób nie wspomnieć tu o wątku terroryzmu, który przewija się przez ukazaną tu fabułę opowieści. Już na początku poznajemy jednego z synów pani Królik, którego poszukuje policja. Wraz z rozwojem wydarzeń dowiadujemy się, że motyw pomocy terrorystom, sprzedaży broni i podrabiania dokumentów dla zamachowców - przewija się tu niemal nieustannie. To trochę znamienite, po ostatnich zamachach terrorystycznych we Francji. Akcja sztuki też rozgrywa w tym właśnie kraju...

Całość opowieści skupiona jest wokół rodziny. I pokazuje, że pomimo biedy, problemów z prawem, czy rozterek miłosnych najważniejsze to trzymać się razem. To podejście sprawia, że główni bohaterowie nie popadają w czarną rozpacz, ale starają się radzić sobie i działać w dobrym kierunku.

Siła rodziny oraz niezłomność matki, to główne filary tej jakże dziwacznej, ale też ciepłej opowieści.

Niewątpliwie to zabawnych scen należy zaliczyć tą, gdy ktoś dobija się do drzwi. Mama każe sprawdzić synowi kto to, mówiąc, że może to być komornik. Syn patrzy przez judasza i z radosny uśmiechem mówi, że tak, to komornik...

Są też sceny tragiczne, gdy wybucha bomba, czy następuje aresztowanie jednego z synów.

A przedstawienie podobało się nie tylko mojemu mężczyźnie życia, ale również nieletniej latorośli. Nie była to sztuka dla dzieci, więc trochę się obawiałam jej reakcji. Jednak niepotrzebnie. Dziecko siedziało i oglądało (jak wszyscy inni widzowie), a na dodatek bardzo się ucieszyło, gdy spadła na nią serpentyna, a potem jeszcze gwizdek :) .

Szkoda, że było to pożegnanie tejże sztuki, bo niewątpliwie warto ją obejrzeć.

wtorek, 10 listopada 2015

Poczuj miętę

Gdy czyjeś towarzystwo jest dla nas szczególnie miłe, gdy zasypiamy myśląc o tej osobie, budzimy się również z myślą o niej i zaczyna na niej coraz bardziej zależeć - mówimy, że czujemy do tej osoby miętę.

I dziś właśnie pochylę się nad tym oto ziołem. Nie trzeba być zakochanym, czy zauroczonym, aby zachwycić się miętą i jej działaniem.


Mięta jest ziołem od dawna stosowanym w ziołolecznictwie.

Co w niej jest takiego dobrego?

W mięcie pieprzowej znajdują się flawonoidy i mentol, które działają przeciwskurczowo. Dlatego zaleca się stosować miętę na ból żołądka i inne dolegliwości trawienne (czyli w kolkach, niestrawności, wzdęciach, braku apetytu), bo rozkurcza mięśnie gładkie.


Na tym dobroczynne właściwości mięty się oczywiście nie kończą.

Zioło to jest doskonałym środkiem odświeżający. Nie bez powodu większość pastylek na poprawę oddechu i gum do żucia jest właśnie o smaku miętowym.

Mięta (a dokładnie olejek z niej) jest też lekarstwem na kaszel.

W przypadku problemów z wątrobą i woreczkiem żółciowym również jest przydatna. Jej stosowanie pobudza wydzielania żółci. Przydatna jest jako środek wspomagającym podczas leczenia kamicy i zapalenia wątroby.

Zmiany skórne i uczulenia są niwelowane przez liście mięty. Liście te działają nie tylko przeciw-świądowo i przeciwzapalnie, ale też miejscowo znieczulająco. Okazuje się, że mięta dzieła skutecznie na objawy opryszczki przyspieszając proces gojenia.

Mięta działa więc na układ pokarmowy, uczulenia i problemy z wątrobą.

Skoro działa na żołądek, może też leczy te słynne motylki w brzuchu, skoro się zwykło mówić o czuci mięty, gdy jest się zakochanym. :)

A wszystkim samotnym, do których nikt nie czuje mięty - polecam wypicie naparu z mięty. Mała to pociecha, ale jednak zawsze...

poniedziałek, 9 listopada 2015

Jesienny smutek

Wielu ludzi jest wrażliwych na zmiany pogody, wahania ciśnienia atmosferycznego, siłę wiatru... Nie wszyscy równie mocno je odczuwają. Jednak jesień (i początek zimnej i mokrej wiosny) jest czasem, gdy te czynniki są szczególnie wyraźnie odczuwalne.


Krótsze dni, zmiana czasu, deszcze, watry i zachmurzenia - to musi przynosić swoje plony.

Brak Słońca (a przynajmniej znaczne jego ograniczenie) jest destrukcyjne na poziom serotoniny w ludzkim organizmie. A to przecież ten hormon pobudza nas do radości.

Wiatry i deszcze wyziębiają organizm. Niby może się ogrzać wytwarzając potrzebną do tego energię. Tylko, że i ruchu jest mało i ochoty do jedzenia też. W takim nastawieniu ciężko zdobyć budulec do wytworzenia energii.

Inni zajadają smutek, ale ta droga prowadzi do donikąd (albo raczej prowadzi gdzieś: gdzie panuje przerost tkanki tłuszczowej, niszczący resztki dobrej samooceny i zaufania ludziom).

W takim jesiennym klimacie można próbować ocalić się na różne sposoby.


Jednym z nich jest spożywanie właściwej diety. Oczywiście właściwiej dla siebie, bo każdy człowiek ma nieco inne wyznaczniki zdrowotne. Jednak można przyjąć (jako, że jest to często punkt wspólny zdrowego odżywiania), że dobrze jest jeść wiele owoców i warzyw, a mało białego cukru.

Na smuteczek może też pomóc wysiłek fizyczny - ćwiczenia zamierzone, lub zwyczajne porządki na podwórku.

Dobrym sposobem jest też zaczytanie nostalgii w ciekawej książce, lub zaaoglądanie jej na śmierć filmami. Można też zasłuchać się ulubioną muzyką, lub zwyczajnie zrobić coś innego, co sprawia nam przyjemność.

Korzystnym sposobem jest też spotkanie z przyjaciółmi. Można wtedy nie tylko się rozluźnić i poczuć miło, ale też nawiązać z kimś silniejszą więź porozumienia i wzajemnego zrozumienia.

To wspaniały sposób, bo działa na dłużej - pozwalając odkryć unoszące nas skrzydła. Na dodatek towarzyszy mu tyle pozytywnych emocji, tyle podekscytowania, rozemocjonowania, radości, że nawet nie mamy czasu pomyśleć o czymś co nas martwi.


A to bardzo wskazane, bo przecież najważniejsze jest pozbycie się jesiennego smutku...

niedziela, 8 listopada 2015

W proch się obrócisz

Listopad, to miesiąc ponury. Słońce mniej świeci, dni są bardziej ciemne, a na dodatek atakuje nas coraz większy chłód i ziąb. Zresztą początek listopada to też święta: wszystkich świętych oraz wszystkich zmarłych W takim klimacie nie trudno o myśli nostalgiczne o tym co nas czeka po śmierci...


Dziś również i mnie dopadło myślenie na te ostateczne tematy. Nie ukrywam, że przyczyniły się do tego dwie osoby, które poruszyły ten temat na FB.

Dlatego i tutaj napiszę kilka słów.

O czym dokładnie?

- O różnych sposobach przygotowania zwłok do pogrzebu.

Nie mam tu bynajmniej na myśli ładnego makijażu, fryzury, ubrania, lub dogipsowania kawałka urwanej twarzy. Umówmy się, że oglądanie nieboszczyka w trumnie jest ostatnią rzeczą, o jakiej by ten nieboszczyk marzył.

Bardziej interesujące jest zastanowienie się, czy ciało lepiej skremować, czy zwyczajnie pochować w sposób tradycyjny.

Na dodatek nawet to zwykłe pochowanie może być inne niż wszystkim się wydaje. Zawsze można przecież zatrudnić osobę zajmującą się balsamowaniem zwłok.


Nie robi tego na sposób egipski (nie owija w żadne prześcieradła, czy jakieś twarde gipsy). Natomiast wypuszcza z ciała naturalne płyny, a na ich miejsce wprowadza środki konserwujące. W ten sposób ciało ani się nie psuje, ani nie jest jedzone przez robaki. Co ciekawe, takie środki konserwujące mogą być pachnące, więc osoba zmarła leżąca w trumnie może pachnieć np. różami... - Brzmi dość sympatycznie. Jak do tego jeszcze się doda, że ciało zabalsamowane nie podlega psuciu, gniciu, ale powolnemu wysuszaniu - od razu metoda ta staje się ciekawsza. Czytałam gdzieś, że usługi tego typu kosztują już od 500zł. Jak na cennik innych "przyjemności" związanych z pogrzebem, nie wydaje się to zbyt wygórowanym kosztem.

Samo skremowanie ciała zawsze brzmiało dla mnie atrakcyjnie, bo pamiętałam te filmy z dzieciństwa, gdzie jakaś ciotka, lub wujek leżeli w urnie na komodzie w salonie, albo rozsypywali ich prochy nad morzem...


Tylko, że w polskich realiach takie obrazki są niemożliwe. Na samodzielne przechowywanie ludzkich prochów (w domu, lub w w ziemi koło domy, czy też rozsypywanie ich gdzieś w przyrodzie) nie zezwala sanepid.  8-O

Dlaczego?

Otóż po zwykłym skremowaniu w prochach pozostają metale ciężkie, które mogą być niebezpieczne dla środowiska. (Znając życie, to pewnie ich stężenie nie jest aż tak duże, aby było faktycznie niebezpieczne, ale znając też sposób działania polskiego prawa - wiadomo, że każdą rzecz chce regulować, a najlepiej jeszcze zabronić...). Dlatego w naszym pięknym kraju po skremowaniu można tylko pochować prochy na cmentarzu.

Piszę o tym, że to pewnie kolejna bzdura naszego prawa, bo już w innych krajach prawo jest zupełnie inne, a prochy przecież takie same...

W takiej Danii poza cmentarzem prochy można też wrzucać do morza (po wcześniejszej deklaracji zmarłego - brzmi jakby zmarły miał coś deklarować ;-) , a przecież chodzi o pisemną wolę, którą składa się jeszcze za życia :lol:  ), lub też pochować na własnej posesji.

W Belgii też można prochy rozsypywać w morzu, lub przechowywać w innym miejscu (nie tylko na cmentarzu).

Również w Czechach, Bułgarii, Estonii, Hiszpanii, Holandii, Litwie, Irlandii, Łotwie, Portugalii i Wielkiej Brytanii prochy można przechowywać nie tylko na cmentarzach...

Na Litwie skremowane prochy można rozrzucać na cmentarzu.

We Włoszech regulacje dotyczące przechowywania prochów wydają władze lokalne. W wyniku tego w większości regionów jest możliwe prywatne przechowywanie ludzkich prochów. Jednak w niektórych regionach istnieje zakaz rozsypywania prochów w przestrzeni publicznej.

W Słowenii również przede wszystkim cmentarz. Jeśli jednak rodzina wybiera inne miejsce pochówku musi otrzymać zgodę władz lokalnych i również taki pogrzeb musi przeprowadzić zakład pogrzebowy.

W Szwecji można tylko rozsypywać prochy w innym miejscu niż cmentarz - po wcześniejszej zgodzie urzędowej.

Francja zgadza się na przechowywanie prochów w innych miejscach niż cmentarze, ale z zaznaczeniem, że musi być to przestrzeń publiczna (gdyż przyjmuje się, że ludzkie prochy nie mogą być niczyją własnością i nikt nie może mieć do nich utrudnionego dostępu).

W takiej Bułgarii można przechowywać urny w domu, z powodu braku regulacji prawnych w tym temacie.

Co do kremowania, to znacznie gorzej wygląda sytuacja w Grecji. Tam nawet nie ma żadnego krematorium, bo sprzeciw środowisk kościelnych jest zbyt silny. Jednak - żeby było śmiesznie - już możliwość wrzucenia urny do morza istnieje (po skremowaniu w kraju sąsiednim). 

W Niemczech, podobnie jak i u nas - nie ma możliwości składania prochów poza cmentarzem.

Oczywiście istnieje jeszcze inny (obok kremacji) sposób otrzymywania ludzkich prochów. Jest to promesja. To liofilizacja ludzkich zwłok. Używa się tu niskich temperatur, wibracji i granulacji. Jest to metoda uważana za ekologiczną, bo nie wymaga stosowania spalania, a w jej wyniku nie otrzymuje się metalów ciężkich. Jednak promatorium długo nie zastąpi krematorium, bo (jak na razie) nie ma zgody prawnej w większości krajów na taki sposób uzyskania prochów.

W każdym razie - w naszym kraju - i tak nie mamy innej możliwości jak zakończenia swojego żywota w cmentarnej scenerii.

Możemy tam spocząć, w nagrobku,


lub w grobowcu.


To trwała forma oznaczania miejsca spoczynku.

Często leżą tam całe rodziny. Również urny z prochami mogą być tam umieszczone.

Oczywiście urny mogą spoczywać też w kolumbariach.


To trochę jakby mieszkać w bloku również po śmierci...

Tak, czy siak - kiedyś i tak będziemy wąchać kwiatki od spodu. ;-)

sobota, 7 listopada 2015

Niesłowność - cz.2

Wiem, że o dzisiejszym podejściu do obietnic już pisałam. I wcale nawet nie miałam tam na myśli wielkich przyrzeczeń obejmujących przysięgi komplikujące całe życie.

Bardziej chodziło o niestawienie się na umówione spotkanie, niedotrzymanie terminu czy "zapomnienie" spełnienia obiecanej, a drobnej rzeczy...


Nie rozumiem dlaczego niesłowność staje się tak gruntownie związana ze współczesnymi czasami.

Teraz można się umówić na spotkanie, film, korepetycje, czy kolację i dowiedzieć się w trakcie dojazdu, że ktoś odwołuje spotkanie...

Zdarzają się jednak jeszcze inne sytuacje - gdy ktoś obiecuje, że na spotkaniu będzie, lecz nie pojawia się wcale o tym nie informując.

Wszystkie takie sytuacje są nieprzyjemne dla osoby, która okazała się słowna i przyszła na spotkanie (lub była w trakcie drogi na nie).

Do innej beczki należy wrzucić zdanie słyszane nagminnie na rozmowach o pracę: "Odezwiemy się".

Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie bierze jako obietnicę telefonu takiego zwrotu. Zbyt wielu ludzi traktuje to jako grzecznościowe zakończenie rozmowy.

Jednak, jeśli na rozmowie o pracę jest tylko dwóch kandydatów, a dyrektor obiecuje, że następnego dnia o 13:00 na pewno się skontaktuje i poinformuje o swojej decyzji bez względu na to jaka ona będzie - to brzmi całkiem wiarygodnie. Dlatego starasz się być przy telefonie o wskazanym terminie. Nie napychasz ust jedzeniem, żeby w razie telefonu nie mieć problemów z mówieniem. Nie idziesz do sklepu - bo  chcesz wyraźnie słyszeć sygnał przychodzącego połączenia. Nie włączasz głośno muzyki - żeby nie zagłuszała rozmowy. Gdy po upływie kwadransa telefon nie dzwonie tłumaczysz to drugą rozmową. Jednak gdy mija pół godziny, potem cała godzina, dwie i trzy godziny - wiesz, że nie ma sensu dalej czekać.


Oczywiście, że rozumiesz, że jednak twoja kandydatura nie została wybrana, ale czujesz zniesmaczenie tą solenną, niespełnioną obietnicą kontaktu.


I zaczynasz wierzyć, że niesłowność to jednak obecny sposób bycia.


Nie asymilujesz się z nią tylko z powodu nadmiaru empatii. Jednak podważa to twoją wiarę w ludzi...

piątek, 6 listopada 2015

Smog Wawelski

Od kilku dni można usłyszeć informacje alarmujące o przekroczonych (i to kilkukrotnie) normach poziomu zapylenia powietrza w naszym pięknym Krakowie.


Widać to nawet gołym okiem - jako dziwna, unosząca się w powietrzu mgła. Tylko, że to nie jest taka zwykła mgła, a właśnie to zapylenie, zadymienie i cała masa niekorzystnych dla układu oddechowego substancji.


Niby wiemy skąd to niepokojące zjawisko się bierze (wszak nikomu chyba nie jest obca historia o Smogu Wawelskim :) ). Zatem wiemy, że w tak dużym mieście jak Kraków ruch uliczny jest wzmożony, a więc i więcej w powietrzu spalin z samochodów.


Tylko, że to nie jest cała prawda...

Dziwnym zbiegiem okoliczności największe stężenia zapylenia obserwujemy od jesieni do wiosny. To właśnie w tym czasie trwa sezon grzewczy. A Kraków - podobnie jak inne miasta - posiada nie tylko blokowiska, ale też domki i ogródki działkowe. Tam to właśnie ludzie palą różnymi rzeczami, które pozostają nie bez wpływu na otaczające nas powietrze. Mało tego - właśnie z powodu pieców działających najintensywniej od wieczora do rana, te pory dnia są szczególnie ciężkie do oddychania na "świeżym powietrzu".


Wpływ palenia w piecach na poziom smogu widać szczególnie wyraźnie w mniejszych miastach. Weźmy taki Nowy Sącz: niby to dość małe miasto, a jednak w okresie grzewczym poziom zapylanie jest tam często większy niż w Krakowie. I nie są to tylko suche dane urządzeń pomiarowych, ale też własna obserwacja. Ciężko mi było tam oddychać, choć przywykłam już do krakowskiego powietrza...

Małe miasta to też dobry kontrargument dla tych wszystkich, którzy twierdzą, że tylko wzmożony ruch uliczny odpowiada za powstawanie smogu (wszak tam samochodów jest znacznie mniej :) ).

Oczywiście w temacie smogu nie bez wpływu pozostaje też ukształtowanie terenu.

Niby to oczywiste, że górami bardziej wieje, a w dolinach mniej, ale często zapominamy o tym w odniesieniu do Krakowa. A przecież miasto to położone jest w kotlinie. Zatem i podmuchów często bywa tu mniej.

Nie ma co ukrywać - na taką pogodę jak dziś, wczoraj (i jeszcze wcześniej) najlepsze byłoby porządne przewietrzenie miasta.

A to staje się coraz trudniejsze, bo budowane co rusz bloki (skoro zysk firm deweloperskich, to jedyny wyznacznik dobrobytu ekonomicznego dla krakowskich radnych :( ) zasłaniają naturalne korytarze powietrza.

I w radiu pojawiają się głosy, aby ludzie starsi, kobiety w ciąży i małe dzieci nie wychodziły z domu. Niby to wyraz troski, ale w lecie też głoszono podobne apele. W zimie (jak jest zimno, lub ślisko) też tak się nawołuje... - To jak ktoś już jest w starszym wieku ma ciągle siedzieć w domu i bać się wyjść na pole? Trochę to dziwne, zwłaszcza, że to właśnie ludzie schorowani i starsi szczególnie potrzebują ruchu, a przynajmniej spaceru...

Szkoda, że nikt z władz miasta nie wpadł na jakiś bardziej konstruktywny pomysł niż tylko zakaz ruchu ciężarówek w pobliżu centrum. Może zdałyby egzamin śmigłowce rozpraszające mgłę, albo umieszczenie na dachach wieżowców jakichś spryskiwaczy zwalczających smog... Pewnie pomysłów mogłoby być znacznie więcej, tylko jakoś krakowscy urzędnicy wcale ich nie poszukują... :(  :-|


To świeżego powietrza Wam życzę

- Gosieńka 8-)

czwartek, 5 listopada 2015

Skrzydlak

Miałam nie pisać o tym, ale...
Zasadniczo jednak zdrowie, to również zdrowie psychiczne i wszystko co się z nim wiąże. Jeśli zatem obszernie poruszam tu tematy żywienia ciała, dlaczegóż bym miała pominąć te związane z pokarmem dla duszy?

A właśnie czymś takim była dla mnie sztuka, na której ostatnio (wczoraj  :lol: ) byłam z moim maleństwem.

Zasadniczo przedstawienie to było zrealizowane pod kątem dzieci. Stąd głównym bohaterem jest chłopiec, fabuła kręci wokół szkoły, rodziców i kolegów, a do rekwizytów należy skakanka i piłka.

Jednak nie jest to opowieść tylko dla dzieci. Zawiera w sobie wiele ponadczasowych i ponad-wiekowych treści.

Sztukę Davida Almonda ciężko jednoznacznie zakwalifikować do jednego rodzaju literackiego.

Niby to dramat, ale odrobinę straszny. Momentami można się śmiać, bo pojawiają się zabawne sceny. Oprócz tego wszystkiego jest to też opowieść pełna grozy również innej niż ta ze starego garażu, w którym mieszka dziwny stwór


Groza ta ma na imię: BEZRADNOŚĆ.  :-|

O czym jest przedstawienie "Skrzydlak", o którym właśnie piszę?

To na pozór zwykła historia o rodzinie, która kupuje stary, zrujnowany dom, remontuje go i się tam przeprowadza. Jednym z głównych wątków jest historia małej, dopiero co narodzonej siostry głównego bohatera, która jest umierająca. Cała opowieść zbudowana jest na filarze problemów zdrowotnych siostry, zafascynowaniu dziwnym i ledwo żywym mieszkańcem garażu, oraz budowaniem przyjaźni z nowo poznaną sąsiadką.

Ciekawy jest też poruszony tu temat bezsensowności masowej nauki w szkole i ujednolicaniu w ten sposób talentów i pasji młodych ludzi...

Warto zaznaczyć, że nie tylko sama historia jest artyzmem.

Również sposób przedstawienia, wspaniała gra aktorska, zabawne, a często gorzkie dialogi i prześwitująca przez wszystko smutna rzeczywistość nadają "Skrzydlakowi" niesamowity kształt i wymiar.

To niewiarygodne, że w jednej chwili cała sala wybucha śmiechem (np. przy wzmiance o zdezelowanym klozecie w pokoju, obok łóżka), by w następnej mocno się zasmucić...

W Teatrze Ludowym byłam na wielu przedstawieniach z moim dzieciątkiem. I muszę przyznać, że to było znacznie poważniejsze, mądrzejsze i doroślejsze niż np. "Kot w butach" czy "Przygody Arka Noego".

I co ciekawe - mojemu ośmioletniemu maleństwu sztuka ta też się podobała. Ciemny garaż z budzącym grozę lokatorem wzbudzał w niej strach, ale nie taki by chciała się schować, czy nawet uciec. Szczęśliwie przeżyła te straszne chwile i resztę przedstawienia oglądała z zapartym tchem.

Zatem zachęcam do obejrzenia "Skrzydlaka". Jest to sztuka przeznaczona głównie dla dzieci, ale napisana nie tylko dla nich...  :lol:

Miłego oglądania

- Gosieńka  8-)

środa, 4 listopada 2015

Nie łam się! - cz.3

Temat zdrowych kości, to temat rzeka. Ma tu znaczenie dosłownie wszystko co się je.

Dlaczego?

Dzieje się tak z powodu zakwaszenia organizmu i wpływie tego zakwaszenia na redukcję dostępnego w organizmie wapnia (również tego w kościach).

Dokładnie rzecz biorąc do odkwaszenia organizmu zużywane są następujące pierwiastki i mikroelementy: magnez, potas, sód, wapń, tlen, żelazo, chrom, selen, cez, german, rubid, bor i cynk.  :cry:


Ale od początku...

Zacznijmy od tego, że odpowiedni poziom pH ludzkiego organizmu jest niezbędny do jego prawidłowego funkcjonowania. Jest to tak istotna kwestia, że ściśle rzecz biorąc - nie ma czegoś takiego jak zakwaszenie organizmu. Wszelkie odchylenia od normy (w gruncie rzeczy w jedną stronę) regulowane są przez sam organizm, tak że do faktycznego wzrostu zakwaszenia właściwie nie dochodzi. Jednak do zwalczania tego (niebezpiecznego!!!) stanu ludzki organizm potrzebuje wapnia.

Dlatego zachodzi prosta zależność - im więcej jemy pokarmów zakwaszających organizm, tym mniej wapnia posiadamy w swoim organizmie.

A co za tym idzie - mamy słabsze i bardziej łamliwe kości 8-O

Jest to bardzo ważna kwestia (wszak nie chcemy mieć ani zębów ani kości chorych), więc warto przypomnieć co zakwasza organizm, a co go odkwasza.

Do produktów zakwaszających należą:

zboża, mięsa, słodycze, kawa, czarna herbata, cacao, czekolada, sól a także: NABIAŁ

I tu pojawia się zagwozdka: pić mleko i jeść sery i jogurty, czy raczej nie?  :-?

Z jednej strony jest w nich wapń, ale równocześnie ich spożycie przyczynia się do pozbycia się z organizmu wapnia.

Na szczęście sprawa nie wygląda tak dramatycznie. Masło, serwatka, jogurt naturalny i śmietana mają neutralne pH (czyli równe 7), więc nie czynią nam kwasowej szkodliwości.  :lol:

Natomiast już twaróg lekko zakwasza organizm (pH: 6,9-7), a ser żółty nawet bardzo (pH: 5 - 5,9).

Nieco mniej zakwaszają ryby, jaja, chleb żytni, płatki zbożowe, piwo, orzeszki ziemne, makaron pełnoziarnisty i ryż brązowy.

Najmniej zakwaszają takie produkty jak: orkisz, kasza gryczana, otręby, orzechy laskowe i orzechy nerkowca.

Alter ego produktów zakwaszających, są te o odczynie zasadowym (czyli z pH powyżej 7).

Do pożywienia zasadowego (czyli odkwaszającego organizm) należą owoce i warzywa.

Najmocniej odkwasza kiwi, arbuz, ananas, daktyle, rodzynki, świeżo wyciskane soki, bakłażany, dynie, cukinie, ogórki, botwinka, szpinak. 

Niższy odczyn zasadowy (pH od 7,1 do 8) mają buraki, pomidory, marchew, seler, brokuły, kapusta, chrzan, kalarepa, fasolka szparagowa, kalarepa, por, szczaw, banany, truskawki, cytryny, pomarańcze, mandarynki, maliny, avocado i winogrona. 

Najmniej zasadowe są: cebula, roszponka, kiełki pszenicy, kalafior, wiśnie, czereśnie, jabłka, śliwki, gruszki, maślanka, migdały, zielona herbata i oliwa z oliwek.

Pożyteczne są też produkty kiszone, a także zakwasy buraczany i chlebowy.


Od razu warto zaznaczyć, że zakwaszenie organizmu to nie to samo, co zakwaszenie żołądka.

Generalnie rzecz biorąc - organizm nie powinien być zakwaszany, czyli w diecie produktów odkwaszających powinno być minimum 60%.

Jednak już żołądek potrzebuje zakwaszenia, bo ma inne pH i kwasy wręcz są wskazane do jego prawidłowego funkcjonowania. Zresztą sam w sobie zawiera kwasy żołądkowe, bardzo silne, biorące udział w jednym z początkowych etapów trawienia!

Stąd też organizm nie powinien być zbyt kwaśny, ale już żołądek, jak najbardziej.

Do najkwaśniejszych organów w ludzkim organizmie należy żołądek i znajdujący się w nim sok żołądkowy (pH: 1- 2,5), skóra (pH: 3,5 - 5,5) i pochwa (pH: 4 - 4,7). Wątroba zasadowo jest neutralna (pH = 7), ale już wydzielana przez nią żółć jest zasadowa (pH = 7,4 - 8,8). Odczyn jamy ustnej może być lekko zasadowy, lub neutralny.

Dobra - kończę już ten wpis.

W temacie zakwaszenia organizmu nie można zapomnieć o cukrze i mące białej. Te produkty pomimo obojętnego odczynu uruchamiają w organizmie procesy obniżające ilość kwasów, a zatem zużywające ten cenny dla kości wapń...

- Gosieńka 8-)

wtorek, 3 listopada 2015

Nie łam się - cz.2

Temat zdrowych kości i ich sprawnej regeneracji jest znacznie rozleglejszy niż mogłoby się nam to wydawać...


Okazuje się bowiem, że nawet odpowiednia ilość wypijanych płynów ma tutaj znaczenie. Jeśli organizm jest słabo nawodniony, to niestety i gospodarka związkami odżywczymi znajdującymi się w organizmie jest kiepska.

Na dodatek bardzo ważny jest ruch!

Zależność ta wynika przede wszystkich z faktu, iż układ immunologiczny nie ma własnego systemu pompującego (czyli czegoś co funkcjonowałoby jak serce dla układu krwionośnego). Ruch limfie nadaje właśnie ludzki wysiłek fizyczny (nawet ten drobny). Już pół godziny żwawego marszu potrafi odpowiednio ożywić układ immunologiczny i sprawić by lepiej działał.

A przecież to bardzo ważne przy regeneracji, leczeniu i zapobieganiu namnażaniu się zarazków na ranie.

To oczywiście nie wyczerpuje wszystkich czynników wpływających na regenerację złamanych kości, ale do tematu najpewniej jeszcze wrócę (i zapewne to będzie jutro)

Dobranoc

- Gosieńka 8-)    

poniedziałek, 2 listopada 2015

Nie łam się!

Sezon zimowy już tuż, tuż... A wiadomo, że jak będzie deszcz, albo śnieg, a potem mróz - wszyscy będą przemieszczać się po chodnikach i poboczach niczym akrobaci figurowi na lodzie.

W otoczeniu śliskich nawierzchni nie trudno upaść i potłuc się, albo nawet połamać.  :-(

Z łamaniem kości sprawa jest o tyle ciekawa, że zależy ono nie tylko o siły upadku (czy zderzenia z jakąś przeszkodą), ale też od sposobu tego upadku (czy zderzenia).


Dlatego właśnie wielu trenerów sztuk walki rozpoczyna swoje szkolenie od nauki prawidłowego upadania. To jak upadniemy (a jak poślizgniemy się na lodzie, to jest duża szansa, że nie utrzymamy tak bardzo równowagi, że właśnie upadniemy) ma ogromne znaczenie. Jeśli zasłonimy się ręką i jeszcze ją nienaturalnie wykrzywimy - szansa złamania drastycznie się zwiększa. Jeśli jednak postaramy się upaść bezwładnie, nie napinając przy tym mięśni i nie walcząc do końca z tym, że jednak się przewrócimy - mamy większe prawdopodobieństwo szczęśliwego upadku. Dlatego tak duże znaczenie mają kolana. Nie jest dobrze ja sztywno zginać, ani też na sztywno prostować. Najlepiej zgiąć je lekko, niemal bezwładnie.

Oczywiście w profilaktyce (i pourazowej rehabilitacji) kości ważna jest dieta.


Okazuje się, że nie tylko witamina D ma tutaj znaczenie, ale też witamina C. Obie te witaminy działają w pewnej korelacji. Dlatego jeśli chcemy mieć zdrowe, mocne kości - nie możemy zapominać o witaminie C.

Ponadto bardzo istotną rolę odgrywa witamina K2, którą znajdziemy np. w produktach kiszonych.

To oczywiście nie wszystko, czego potrzebujemy dla zdrowia naszych kości.

Nie możemy zapominać, o takich pierwiastkach jak wapń, magnez, bor, fosfor, krzem i cynk, oraz żelazo.

- Gosieńka  8-)

niedziela, 1 listopada 2015

Pod piracką flagą

Zdrowie to dla mnie również możliwość relaksu, miło spędzonego czasu.

I tak. Jednak lubię czytać...

Dlatego czasem napiszę tu o jakieś ciekawej pozycji książkowej, którą uda mi się przeczytać.

Dziś chciałam się skupić na książce "Pod piracką flagą" - Michael'a Crichton'a.


Sięgnęłam po nią dopiero ostatnio, choć dostałam ją na urodziny (czyli osiem miesięcy temu  ;-) ).

Leżała sobie biedna i leżała, aż przyszedł i na nią czas.

Jeśli ktoś lubi książki pełne przygód, niebezpieczeństwa i nieprzewidywalnych zwrotów akcji, to ta pozycja z pewnością jest dla niego.

Głównym bohaterem jest Charles Hunter. To nie tylko korsarz i bezwzględny przywódca (potrafiący nawet zabijać swoich ludzi za niesubordynację). To jednocześnie człowiek wykształcony, inteligentny i sprytny.

Zamierza podbić Matanceros, wyspę w archipelagu wysp kanaryjskich (ale najprawdopodobniej wymyśloną przez autora, bo nie udało mi się jej zlokalizować na żadnej mapie) z wyjątkiem takiej:


oraz w książce:


Mniejsza z tym...

W każdym razie Hunter postanawia zaatakować wyspę Matanceros, która z jednej strony jest broniona przez armaty i kilkaset hiszpańskich żołnierzy, a z drugiej zabezpieczona jest przez samą naturę stromymi skałami. Mając tylko sześćdziesięciu ludzi do dyspozycji Charles postanawia przeprawić się przez górę. Jest to o tyle niebezpieczne, co niecodzienne (bo pamiętajmy, że akcja książki dzieje się w czasach, gdy o wspinaczce górskiej nikt jeszcze nie myślał poważnie, czyli w XII wieku).

Cała historia jest tak burzliwa i nieprzewidywalna, że pisanie streszczenia całości mogłoby zepsuć Wam zabawę. Lepiej zrobię jak tylko wspomnę, że znajdziemy tam nie tylko wrogie wojsko, walki, morderstwa i skrytobójstwa, ale też krakeny (smoki wodne) i ludożerców...

Wszystko to napisane jest w tak wciągający, a zarazem lekki sposób, że ani przez chwilę nie można się nudzić.

Zresztą nie ma się co dziwić, że powieść doczekała się ekranizacji.

Na koniec dodam tylko, że to nie pierwsza książka tego autora, na podstawie której powstał film.

Inna to "Jurajski Park".

Tytuł ten mówi sam za siebie (dobra akcja, nieprzewidywalna fabuła, duże emocje), więc ja pozwolę już sobie zamilknąć ... ;-)

Sounf of Freedom

W swoich wygodnych domkach i małych troskach nawet nie zastanawiamy się nad istnieniem poważnych problemów trawiących ludzkość. Owszem, wiem...