sobota, 31 grudnia 2016

Koniec roku

W ciemności zwykłe, codzienne myśli wyostrzają się do rozmiaru slajdu wyświetlanego na ścianie. Przestają cicho trwać, gdzieś pomiędzy jawą, a snem. Przestają udawać martwe pomniki niewzruszonych uczuć. I nie wiedzieć czemu nagle wyłaniają się niczym zjawa.



Czy bałbyś się ducha wyłaniającego się o północy spod łóżka, albo czy przeraziłby cię nagły jęk wydobywający się z niewidzialnych ust?

Tak samo jest z nagłym ożywieniem wspomnień…

Niby dawno już je pożegnałeś i pochowałeś w mogile zapomnienia. Aż tu pewnego wieczora one nagle wstają i straszą i sprawiają, że ta noc jest inna niż wszystkie.

Czy boisz się swoich wspomnień i rzeczy które przeżyłeś?

Ostatniego dnia roku one lubią wypełzać z najciemniejszych zakamarków i dawać o sobie znać. 



Czy wtedy czujesz się nieswojo? Czy przeszkadzają ci w wystrzałowej zabawie?

Być może

Wszystko zależy od tego jak minął ci ostatni rok.

Oczywiście zawsze istnieje szansa, że wspomnienia zamiast straszyć będą pocieszać, podnosić na duchu, radować. 
Zwłaszcza, że przecież mijający 2016 rok w istocie był niezwykły. 

Niektórzy mogliby go nazwać pięknym, niesamowitym, lub zupełnie nieoczekiwanym. A jeszcze inni – czasem kończącym wszystkie kryzysy.


Dla nich i dla wszystkich pozostałych życzę jeszcze lepszego nowego 2017 roku!



No to dużo zdrówka :)
- Gosieńka

piątek, 11 listopada 2016

Zapomnij o cholesterolu!

Od wielu lat jesteśmy wręcz bombardowani informacjami o cholesterolu, o jego nieodłącznym wpływem na miażdżycę i zawały i o tym jak ważne jest unikanie tłuszczów zwierzęcych...


Tylko, że to wszystko nie do końca jest prawdą :)

Po pierwsze: zacznijmy od tego, że tłuszcze zwierzęce wcale nie są takie złe. Owszem, w nadmiarze (jak zresztą wszystko :) ) szkodzą. Jednakże wyrzekać się ich całkowicie zdecydowanie nie polecam. To właśnie w mleku, rybach i maśle znajdziemy witaminę D. Żelazo z pochodzenia zwierzęcego jest bardziej przyswajalne niż z roślinnego. A poza tym, taka wątróbka ma też dużo witaminy A - w nadmiarze niewskazanej, ale również jest niedobrze, gdy mamy jej za mało...
Zatem nie będę tu nikogo zrażać do tłuszczów zwierzęcych. Jedyny powód, dla którego mogłabym stać się wrogiem takiego pożywienia jest humanitaryzm. Wszak wszyscy znamy, albo choć raz słyszeliśmy o tragicznych warunkach w przemysłowej hodowli zwierząt.

Po drugie: nawet podwyższenie poziomu złego cholesterolu nie jest równoważne z zawałem, czy miażdżycą. To nie tłuszcz zapycha nam żyły i tętnice. W znacznie większej mierze winne są tu blaszki wapniowe. Te blaszki to wapń, który zamiast gromadzić się w kościach zbiera się w żyłach i tętnicach. A jak już się nagromadzi, to zawsze istnieje możliwość oderwania. I tutaj pojawia się tragedia. Gdy oderwana blaszka wapniowa natrafia na tętnicę, której nie zdoła przepłynąć, to pojawia się zawał.

Po trzecie - nie bagatelizujmy witaminy K!
To właśnie ta mało znana witamina odpowiedzialna jest za prawidłową gospodarkę wapniem w organizmie. Jej niedobór, to przyczyna powstawania owych zdradliwych blaszek wapniowych.Nadmiar też nie jest wskazany, ale przedawkować można jedynie witaminę K1, natomiast K2 - już nie.

Po czwarte: nikogo nie namawiam do stosowania suplementów i gotowych witamin dostępnych w aptece. Takie rzeczy jak odpowiednia dawka składników odżywczych i witamin zawsze warto zapewnić sobie poprzez pożywienie.
Co zatem należy jeść, żeby nie cierpieć na niedobór witaminy K?
Warto w tym miejscu zaznaczyć, że najbardziej znamy dwa rodzaje witaminy K: K1 i K2.




Witaminę K1 dostarczymy swojemu organizmowi jedząc jarmuż, szpinak, sałaty, brokuł, kapustę, kalafior, brukselkę, truskawki, natkę pietruszki, rośliny strączkowe, orzechy, śliwki i morele suszone, humus, kiwi, granat, awokado, mango, winogrona a także jaja i wątrobę wołową



Witaminę K2 nie spotykamy bezpośrednio w pokarmach, ale jest ona wytwarzana przez nasze bakterie jelitowe.Oczywiście, aby bakterie mogły je produkować potrzebują odpowiedniego budulca. Owym budulec otrzymują z takich pokarmów jak: nabiał, masło, jaja, oraz sery brie i gouda.



I tym sposobem znowu wracamy do potrzeby jedzenia masła, mleka, mięsa, a więc produktów pochodzenia zwierzęcego. :)


...Zatem życzę wszystkim smacznego mięska w ten dłuuuugi weekend...
- Gosieńka


niedziela, 6 listopada 2016

Fałszywe konkursy

"Paka Mikołajowa 2016", "Świeżaki", "Konkurs świeżaki 2016", "Zgarnij paczki Lays", "Pierwsze 5000 zgarnia pakę słodyczy", "Pierwsze 1000 zgarnie świeżaka"...
- Takie profile na FB to zwykli oszuści.

Jest ich pewnie znacznie więcej. Niedawno podszywali się pod kino Helios, wcześniej Ikeę. W każdym razie zasada jest prosta. Najpierw ogłaszają na takim profilu konkurs. Zwykle udają jakiś znany sklep, lub inną rozpoznawalną sieć. Grunt to wbić się w zapotrzebowanie ogółu.


Jest akcja promocyjna w Biedronce?
- Proszę bardzo, zrobimy konkurs niby z tej "Biedronki" z całym zestawem świeżaków.


Jest w Sączu kino Helios?
- A dlaczego, by nie podpiąć się pod to kino i nie zrobić konkursu na bezpłatne bilety na cały rok?


Zbliżają się mikołajki?
- Któż by nie chciał wygrać całej paki słodyczy???


I właśnie idąc takim tokiem rozumowania coraz więcej oszustów pisze na FB o konkursach zakładając przy tym fikcyjne konta.

Ludzie to udostępniają, a po czasie zostają ogłoszone wyniki "konkursu".
Nie podają imion i nazwisk (choć zwykle tak właśnie się to odbywa, ale tutaj przecież nie jest tak jak zwykle, bo to oszustwo), tylko linki do profili zwycięzców. I informują od razu, że ci, którzy wygrali proszeni są o przesłanie wypełnionego formularza odbioru nagrody, który jest konieczny do jej odebrania. Zatem wchodzi taki zwycięzca w owy link z formularzem. Na razie jeszcze nic nie wskazuje na to, że z nagrody będą nici.


Jednak po chwili okazuje się, że po wybraniu opcji "Pobierz formularz" przechodzi na kolejną stronę. Tam okazuje się, że aby pobrać formularz musi wysłać dwa sms'y na nr 92555. 
I teraz mamy dwa podejścia...


Jedno polega na tym, że się te dwa sms'y wyśle (a potem żałuje).


Drugie - że się zjedzie całkiem na dół strony i przeczyta koszt takiej przyjemność (za jeden to "tylko" 30,76 zł) i zrezygnuje.


Jest jeszcze trzecie podejście.


Otóż można sprawdzić ten koszt sms'a i udać osobę niedoinformowaną. Wtedy można napisać w komentarzu pod postem o wygranej, że obecnie ma się zepsuty telefon, więc się uprzejmie prosi o przesłanie formularza odbioru nagrody w inny sposób, choćby przez samego Facebooka. 

Jednak to trzecie podejście - od razu Wam powiem - nie działa, bo to są zwykli oszuści i naciągacze.



Znaczy rozpisałam się trochę, a zamierzałam tylko napisać dla wszystkich ostrzeżenie:

UWAŻAJCIE NA KONKURSY NA FACEBOOKU, BO W UCZCIWYCH NIGDY NIE JEST WYMAGANE PRZESYŁANIE SMS'ÓW DO ODBIORU NAGRODY!!!!!



Pozdrawiam wszystkich rozsądnych i rozważnych użytkowników Facebooka :)
- Gosieńka

wtorek, 1 listopada 2016

Sens zbilansowanej diety

Jedzenie, to naturalne lekarstwo. Ileż się mówi o tym, że wystarczy się zdrowo odżywiać by nie zapadać na większość chorób. W istocie zbilansowana dieta pozwala zredukować ryzyko miażdżycy, zawału, udaru, cukrzycy, a nawet raka do minimum. I nie ukrywam, że ja również, choćby i na tym blogu, wiele razy odnosiłam się do tej prawdy życiowej i wiele razy próbowałam ją zastosować w życiu.

Potrzebujesz więcej żelaza?
- Pij sok (najlepiej własnoręcznie) wyciskany z pokrzyw.

Brak Ci magnezu?
- Nie zaniedbuj orzechów i kakaa w swojej diecie.

Masz niedobór witaminy D?
- Odśwież swoją przyjaźń ze Słońcem, z rybami i z innymi tłuszczami pochodzenia zwierzęcego...

To i wiele innych rzeczy, wie niemal każdy. I można się starać możliwie najkorzystniej zbilansować swoją dietę, by być wciąż zdrowym i w miarę młodym.

Jest jednak jedno ALE...

Otóż cały sens zbilansowanej diety trzęsie się w swych podstawach, gdy człowiek słyszy o ludziach, którzy nie jedli niemal nic, a jednak żyli. I nie myślę tym razem o postach (które też w gruncie rzeczy opierają się na egzystencji o niczym, ale przez stosunkowo krótki czas). Posty są jeszcze z naukowego punktu widzenia wytłumaczalne, jako oczyszczające organizm z toksyn, złogów i innych niekorzystnych odpadków. Ponadto organizm, który przestawia się na głodówkę zaczyna nie tylko się oczyszczać, ale też uzdrawiać...

Jednak do zupełnie innego "worka" należałoby włożyć tych, którzy przez kilka, a nawet kilkadziesiąt lat nie jedli nic poza Eucharystią, a jednak żyli. Na dodatek badanie lekarskie nie wykazywały u nich anemii, czy niedoboru jakichś witamin.

Do takich osób należała np. Teresa Neumann (1898 - 1962), która przez 36 lat żywiła się wyłącznie Eucharystią. 


Anna Katarzyna Emmerick (1774 - 1824) żyła samą Hostią przez 10 lat, 


a Marta Robin (1902 - 1981) przez 53 lata. 


Takich osób jest oczywiście znacznie więcej. Oprócz tego, że mogły żyć samą Eucharystią doświadczały też stygmatów, ogromnych cierpień za grzechy świata i objawień. Nie jest to pewnie zbyt pocieszająca wizja dla przeciętnego Kowalskiego, który chcąc żyć "normalnie" i tak musi coś więcej jeść. 

Jednakże takie przykłady pozwalają nawet temu "Kowalskiemu" spojrzeć nie tylko na swoją dietę, ale też na całe dotychczasowe życie  - nieco inaczej...

- Miłego Święta Wszystkich Świętych
Gosieńka 

sobota, 24 września 2016

Czarny Protest

Nie będę nawoływać do udziału w „Czarnym Proteście”, bo najpewniej skończy się tak jak inne demonstracje. 



Człowiek pójdzie, wymorduje się, wystoi, zmoknie jeszcze (bo pogoda lubi przy takich okazjach się załamywać) i na dodatek usłyszy wiele haseł (oprócz tego przewodniego), z którymi bynajmniej się nie utożsamia. Tylko, że wtedy, będąc mróweczką w tłumie ludzi, nie ma jak zaprotestować i oświadczyć, że „z tą wypowiedzią to ja akurat się nie zgadzam”. 
Efekt jest taki, że potem słychać w mediach, że tyle i tyle ludzi demonstrowało przeciwko zakazowi całkowitej aborcji i np. kościołowi katolickiemu w Polsce, albo rządom PIS’u, czy dajmy na to za przyjęciem uchodźców, lub obroną frankowiczów. . . – To akurat bzdurne pomysły wyssane całkowicie z palca, ale wiem z autopsji jak takie pochody się kończą. Na żaden kolejny nikt mnie już nie namówi (tak przynajmniej teraz myślę).

Co do ustawy, pewnie że jest zła. I nie dlatego, że kobieta ma prawo do usuwania ciąży. Nikt przecież nie ma prawa pozbawiać życia innego człowieka. Jedynym wyjątkiem jest obrona własna, więc jeśli ciąża zagraża życiu – nie ma w ogóle tematu (podobno takie przypadki również w tej ustawie są uwzględnione jako wyjątki, ale – wstyd mi się do tego przyznać – nie czytałam jej, nie zajmowałam się nią wcale, właściwie gdyby nie wielkie poruszenie na FB pewnie nawet bym nie wiedziała, że teraz to jest temat nr 1).

Jeśli jednak przyjmiemy, że takie przypadki są i tu uwzględnione, to nadal istnieje drugi problem, o którym jakoś nikt nie debatuje, nikt nie rozprawia, nawet nikt nie mówi.

Tym problemem jest opieka nad dziećmi niepełnosprawnymi.

Nie o to chodzi, że wszyscy chcemy mieć za córeczki śliczne, niebieskookie blondyneczki z dołeczkami w policzkach, a za synów ciemnookich szatynów z rozbrajającym uśmiechem. Nie o to chodzi, że każdy chciałby mieć dziecko idealne, a jeśli takie nie jest, to powinien mieć prawo do rezygnacji z niego i podjęcia kolejnej próby. Dziecko, to przecież mały człowiek, a człowiek – jak bardzo byłby niedoskonały, zawsze ma prawo do życia. Jeśli nie byłoby powszechnej zgody na to stwierdzenie, istniałaby w naszym kraju kara śmierci.

Skoro zatem nawet wielokrotny morderca ma prawo żyć, to dlaczego odmawiać tego podstawowego prawa bezbronnemu dziecku?

Oczywiście prawo do życia ma też kobieta, która to dziecko wydaje na świat. Jeśli z góry wiadomo, że jest na tyle niepełnosprawne, że nigdy nie będzie samodzielne, to dlaczego skazywać ją na dożywotnią opiekę nad nim?

I tu pojawia się moje przemyślenie:

Już w ustawie antyaborcyjnej powinno być zastrzeżone, że takie dzieci mają zapewnione dożywotnie utrzymanie przez państwo. Bynajmniej nie mam tu na myśli tych kilka stówek miesięcznie (które i tak na nic nie starczają, jeśli dziecko wymaga rehabilitacji, drogich lekarstw i całodobowej opieki). To bardziej powinno być zapewnienie tych wszystkich potrzebnych rzeczy za darmo łącznie z jakąś późniejszą emeryturą dla matki, która przecież nie podejmie pracy, bo 24 h na dobę opiekuje się chorym dzieckiem. Wiem, że brzmi to dość nierealnie, tym bardziej, że w Polsce trudno sobie wyobrazić darmową i jednocześnie sprawną opiekę medyczną. Jednak wydaje mi się, że to byłby najlepszy kompromis pomiędzy ochroną życia dziecka, a ochroną życia (i jakości tego życia) jego matki.

Jeśli zatem udałoby się zapewnić godny byt dzieciom chorym i ich rodzicom, a ciąże zagrażające życiu matek mogłyby być usuwane (oczywiście w zależności od wyboru samych matek, bo nie można im odbierać możliwości dobrowolnego heroizmu i wyboru najwyższego poświęcenia), to najważniejsze punkty zapalne w całym sporze zostałyby ugaszone.

I co wtedy?

Nie byłoby tysięcy postów za i przeciw tej ustawie?
Nie byłoby marszu antyaborcyjnego?
Nie byłoby całego szumu z nim związanego?
I jeszcze ludzie dowiedzieliby się – nie daj Boże – o innych ustawach, które właśnie są przedmiotem debaty w sejmie…
/A raczej nikt nie chciałby się tłumaczyć dlaczego ulega podwyższeniu składka ZUS, albo zostaje zatwierdzona umowa CETA/


Nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, ale zbyt często w Polsce debatuje się o aborcji, eutanazji, czy in vitro, a zbyt rzadko o wzroście kwoty wolnej od podatku, zmniejszeniu kosztów zatrudnienia, czy choćby nawet o racjonalnej (czyt. niepatologicznej) pomocy najuboższym. Te tematy praktycznie wcale się nie pojawiają.

Tymczasem ustawa wzbudza ogromne emocje, podburza ludzi i motywuje do działania. 

A przecież za trzy lata (a najdalej za siedem) zmieni się opcja polityczna rządząca w Polsce i znów zmieni się kształt tej ustawy.

I znowu będzie ogólna nawalanka przeciwników ze zwolennikami, nieustanny szum, masa protestów, wypowiedzi działające na emocje…

A w mediach własnie o tym będzie najgłośniej, więc znowu będzie można – niejako przy okazji – przegłosować w sejmie parę niewygodnych ustaw.

No to miłego wieczorka życzę

- Gosieńka

poniedziałek, 19 września 2016

Tartuffe albo szalbierz

Teatr ze swej definicji jest sztuką wyższą. Daje możliwość obejrzenia czegoś co dzieje się w danej chwili, choć oczywiście jest efektem wielu godzin prób i przygotowań. Tutaj nie tylko widzimy aktorów, ale też oni widzą nas. Ta niezwykła interakcja wymusza odpowiednie zachowanie, większą koncentrację, ciszę i spokój. W chwilach śmiesznych głośny wybuch wesołości odzwierciedla starania aktorów, by publiczność dobrze się bawiła. I chociaż wszystko jest mistrzowsko wytrenowane, zawsze przecież może pojawić się jakiś element zaskoczenia, drobna pomyłka, roztargnienie, które odrobinę zmieni sztukę, a widzom pozwoli uczestniczyć w czymś niepowtarzalnym.
Walorów teatru jest pewnie znacznie więcej. Jednakże oglądając sztukę

TARTUFFE ALBO SZALBIERZ

dość trudno je dostrzec.



Owszem, jest to przedstawienie lekkie, komediowe, zachęcające do odprężenia. Jednakże nie wiem, czy z tą lekkością reżyser jednak nie przesadził. Do teatru (nie tylko na sztuki dla dzieci) chodzimy z córką. Zwykle podobają się jej nakreślane w nich opowieści, choć nie zawsze do końca je rozumie. Tym razem jednak nie zrozumiała zupełnie nic, a jedyne co się jej podobało to:
- Nagi pan jeżdżący na rowerze
- Pan pokazujący pupę
- pan zapadający się w podłogę.
Nie zamierzam być głosem wszystkich dewotów i bigotów. I nie chcę potępiać sztuki za pokazywanie w niej nagich pośladków i piersi. Jednak prawdą jest, że te elementy bynajmniej nie przypadły mi do gustu.
Z rzeczy na minus, to na sztuce tej bardzo mało się śmiałam. Zważywszy, że jest to komedia – oczekiwałam jednak znacznie więcej.
Oczywiście można wymienić też bardzo wiele plusów. Każda sztuka teatralna ma szereg zalet, nawet jeśli pojedyncze elementy są nie do końca udane. Tutaj na plus – jak zwykle zresztą – była świetna gra aktorska. W tym aspekcie nie można doszukać się żadnego słabego punktu.
Innym plusem była scenografia, nie wyłączając z niej jeżdżącego samochodu. Być w teatrze i zobaczyć ludzi w jadącym samochodzie, to jednak jest ogromna niespodzianka J .
Mistrzowsko (za pomocą rekwizytów religijnych i niestandardowego ich wykorzystania) pokazano obłudną pobożność Tartuffe’a. I choć wymachiwanie różańcem i traktowaniem go jako kajdanek graniczyło z obrażaniem uczuć religijnych, to przecież (po wnikliwszym wpatrzeniu się w rekwizyt) można było zauważyć, że nie był to przecież prawdziwy różaniec.  
Sama tematyka sztuki jest doskonale znana. Wszyscy którzy choć odrobinę kojarzą Moliera i jego „Świętoszka” bez problemu odnajdą tu sztukę: „Tartuffe albo Szalbierz”.
Czy warto na nią pójść?
- Nie wiem…
Nie lubię ludzi zniechęcać do teatru i nie mam na celu takich działań. Ponadto jedna jaskółka wiosny nie czyni. Dlatego jeśli ktoś lubi Moliera i ma większe poczucie humoru ode mnie – polecam do obejrzenia ową sztukę.

Dobranoc wszystkim :)
- Gosieńka :-B


niedziela, 11 września 2016

Być samowystarczalnym

Patrząc na obecny konsumpcjonizm i masową produkcję żywności można powiedzieć, że nie jest to dobry kierunek rozwoju.

Jedzenie, które kupujemy w sklepach nafaszerowane jest nawozami, antybiotykami, spulchniaczami, konserwantami, barwnikami i sztucznymi aromatami. W ten sposób nawet unikając rzeczy najbardziej przetworzonych i tak nasze zdrowie staje pod wielkim znakiem zapytania.



To nie tak, że człowiek powinien cofnąć swój rozwój do czasów jaskiniowych. Cóż wtedy miałby robić? Całymi dniami polować, podtrzymywać ogień i dłubać w skałach niezrozumiałe bohomazy (A przepraszam – TWORZYĆ PIERWSZĄ SZTUKĘ J)?

A tak by wypadało zrobić, aby jedzenie spożywane przez nas było stuprocentowo zdrowe, naturalne i niezanieczyszczone.

Oczywiście można pokusić się o poświęcenie się idei życia samowystarczalnego. Nieraz w historii powstawały takie osady – komuny, które miały za zadanie uprawiać ziemię, hodować zwierzęta i ze swych plonów się utrzymywać. Jednak projekty takie wcześniej czy później upadały z powodu … swej niewystarczalności. Okazało się bowiem, że rośliny zbyt wolno rosną, a zwierzęta zbyt długo dorastają, by żywienie się tylko tym co się samemu wyhodowało miało sens. Inna sprawa, to przywódcy takich „komun”. Ich przebojowość i entuzjazm nieraz opłacane były schorzeniami psychicznymi (wszak nie jest łatwo udawać ucieszonego i optymistycznego, gdy widzi się, że do całego przedsięwzięcia wciąż trzeba dokładać z własnych, coraz bardziej topniejących zasobów finansowych, a na dodatek trzeba to ukrywać przed resztą społeczności, by nie popadła w zwątpienie).

Jednak idea samowystarczalności jest bardzo pociągająca. Szkoda tylko, że gdy się nad nią dłużej zastanowić, to wychodzi na to, że zamiast rozwijać się człowiek musiałby się cofnąć w rozwoju.

Dlaczego?

Z powodu czasu…

Chcąc wykonać wszystkie ziemniaki, zebrać ogórki, wypasać krowę, zebrać żyto, nazbierać jabłek, śliw i gruszek i na dodatek upiec chleb, zrobić sery, masło, itd… może się okazać, że zajęcia te zajmują człowiekowi cały boży dzień i na żadną inną aktywność nie ma już czasu. Owszem, powrót do natury może uwznioślać i ubogacać duchowo, ale trochę bez sensu w imię zdrowia rezygnować z nieco bardziej intelektualnych aktywności (nie obrażając przy okazji nikogo z samowystarczalnych rolników i hodowców, jeśli takowi jednak gdzieś są J).

Biorąc pod uwagę fakt, że człowiek ma maksymalnie 120 lat życia, powinien spędzić go najlepiej jak potrafi. I jeśli kocha życie pierwszego osadnika, to oczywiście ma prawo do takiego życia. Jeśli jednak bardziej interesują go podróże, czy inna praca nie powinien bezrefleksyjnie z tego rezygnować.

A co w takim razie ze zdrowiem?

Nie ma na nie wbrew pozorom jednej receptury. Zawsze jest coś, na co człowiek może zapaść. Jeśli nie są to wrzody, choroba wątroby, czy problemy z sercem, to może być przecież np. nowotwór. Jedzenie rzeczy zdrowych, oddychanie niezanieczyszczonym powietrzem i brak zbyt dużego stresu, to oczywiście czynniki działające pozytywnie na zdrowie. Jednak nie zapominajmy, że człowiek to istota, która do nawet najtrudniejszych warunków potrafi się przyzwyczaić. Jedzenie, które obecnie jest w sklepach pewnie zabiłoby na miejscu naszych przodków (którzy – sami nawet o tym nie wiedząc – odżywiali się niezwykle „eko” i „bio”). Natomiast my, którzy od dzieciństwa, lub wczesnej młodości karmimy się żywnością produkowaną na masową skalę staliśmy się na nią uodpornieni. Nie znaczy to, że czasem ktoś z nas nie zachoruje z powodu pestycydu, czy antybiotyku w mięsie. Jednak większość z nas nie jest zbyt wrażliwa na negatywne składniki pożywienia.



Dlatego warto dbać o kupowanie rzeczy jak najmniej przetworzonych i wyhodowanych w miarę możliwości w sposób naturalny.

Jednak nie można też popadać na tym punkcie w obsesję. Wszak zdrowie, to przede wszystkim ruch. Jedzenie jest zawsze na drugim miejscu w tej złożonej przecież zależności...


- Zatem niech jedzenie nie spędza Wam snu z powiek


... Dobranoc :) 

Gosieńka 

środa, 29 czerwca 2016

Dzik jest dziki

I oto nadeszło lato. Dzieci zakończyły rok szkolny, komary i kleszcze przebudziły się do życia, a Słońce zaczęło budzić ludzi o 4:00 nad ranem. Również aura postanowiła wykazać się własną inicjatywą i nagle – nie wiedzieć kiedy – nastały niekończące się upały. W takich okolicznościach można marzyć tylko o opuszczeniu betonowego miasta i zaszyciu się w dzikich, dziewiczych terenach, na których nigdy wcześniej nie stanęła ludzka stopa. A jeśli nie istnieją takie ziemie, zawsze można odwiedzić chociaż te bardziej zielone i odludne.

Wycieczki w tereny gęsto zalesione zawsze są odprężające, ciekawe i emocjonujące. Jednakże czasem bywa i tak, że na naszej ścieżce stanie jakieś dzikie zwierzę. Jeśli jest to zajączek, salamandra, lub sarna, to przejmować się za bardzo nie ma czym (takie zwierzątka najczęściej same szybko uciekną bez najmniejszej próby nawiązania z nami kontaktu). Jednakże zdarzają się sytuacje mniej pożądane. Wszak w lesie możemy spotkać też dzika, wilka, czy niedźwiedzia. Towarzystwo takich mieszkańców lasu może okazać się bardzo niebezpieczne, a nawet tragiczne w skutkach.



Co zatem zrobić, gdy spotka się dzikie, niebezpieczne zwierzę?

Po pierwsze – jeśli w jakimś miejscu spodziewamy się obecności takiego zwierza dobrze jest zachowywać się tam dość głośno. Niektórzy wręcz radzą, aby nosić ze sobą gwizdek, by w ten sposób rozpraszać ciszę. Nie jestem zwolenniczką hałasu w lesie. Jednakże jeśli zachowujemy się cicho i stoimy od strony zawietrznej, zwierzę nie bardzo ma szansę by nas zauważyć w porę i zniknąć w zaroślach.   

Pojedynczy wilk raczej ucieknie na widok ludzi, bo wilki są zwierzętami stadnymi i polują w większej grupie. Jednakże już dzik (albo gorzej: locha z warchlakami), czy niedźwiedź niekoniecznie tak postąpią.



O ile przed dzikami zawsze można uciec na drzewo, o tyle sposób ten nie działa w przypadku niedźwiedzia, który przecież na drzewa umie się wspinać (i to pewnie lepiej od nas).

Przy spotkaniu z „misiem” zawsze można wykorzystać stary sposób – udawać martwego. Nie jest to bezpieczne wyjście, bo zwierzę sprawdzając, czy na pewno nie żyjemy może nas poważnie podrapać. W takim wypadku na pewno warto zawinąć ręce wokół szyi, położyć się na brzuchu, a nogi rozłożyć szeroko , żeby trudniej nas było przewrócić na drugą stronę.



Inna metoda (zwłaszcza, gdy jesteśmy w grupie) to przyjęcie postawy walki. Nie chodzi o rzeczywistą wojnę z niedźwiadkiem. Jednakże jeśli kilka osób stanie przy sobie, uniesie ręce do góry, będzie mówić spokojnym, niskim głosem to jest szansa, że zwierzę odpuści. Warto pamiętać, że przeważnie na początku nie chce atakować, lecz tylko symuluje atak. Dlatego należy wytrzymać w takim spokoju i opanowaniu nawet gdy niedźwiedź się coraz bardziej zbliża. Istnieje duża szansa na powodzenie, gdy zwierzę zobaczy, że jednak nas nie przestraszyło. Jeśli natomiast zaczniemy uciekać – jego udawany atak może przerodzić się w prawdziwy…



Niektórzy zalecają naprawdę stanąć do walki z niedźwiedziem. Podobno ma bardzo wrażliwy nos.



Istnieją oczywiście środki bardziej nowoczesne, które mogą okazać się pomocne. Należy do nich np. gaz pieprzowy przeznaczony specjalnie na niedźwiedzia. Taki gaz jest większy niż standardowy i oczywiście silniejszy. Aby go użyć trzeba być w dość bliskiej odległości od niebezpieczeństwa (ok. 3 m). Po wystrzeleniu takiego bear-spray’a należy możliwie szybko oddalić się z miejsca zapylonego, aby samemu nie podrażnić oczu. Oczywiście i na to jest rada. Istnieją bowiem już postacie żelowe gazu, odporne na działanie wiatru. Co ciekawe, taki sposób na obronę przy spotkaniu z niedźwiedziem ma większą skuteczność (90%) niż użycie broni palnej (60%).

Mniej inwazyjnym sposobem na dzikie zwierzęta jest odstraszacz ultradźwiękowy. Taki sprzęt już z daleka odgania od nas nieproszonych towarzyszy. Dlatego warto się w niego zaopatrzyć. Osobiście jeszcze czegoś takiego nie przetestowałam, ale wszystko przede mną. 


Idąc w tereny leśne zawsze jednak warto pamiętać, że dla tych wszystkich zwierząt jest to dom. Jeśli zatem nie ma zagrożenia, że gdzieś blisko znajduje się niedźwiedź, czy dzik zachowujmy się cicho i spokojnie. Wszak nikt by nie chciał by goście przychodzący do jego domu robili zbyt duży harmider i hałas.



...Dobrego dnia życzę wszystkim
- Gosieńka :)

środa, 22 czerwca 2016

Gdzie strumyk płynie z wolna...

Pływanie w pontonach, kajakach, tratwach stało się ostatnimi czasy bardziej zauważalne. W Małopolsce najsłynniejszą odmianą takiej rekreacji jest oczywiście Spływ Przełomem Dunajca drewnianymi tratwami kierowanymi przez flisaków. Taka podróż rozpoczyna się w Sromowcach Wyżnych (choć można też wsiąść 6 kilometrów dalej w Sromowcach Niżnych), a kończy w Krościenku albo w Szczawnicy. Do Szczawnicy trzeba pokonać 18 km, których przepłynięcie zajmuje dwie godziny i kwadrans. Natomiast Krościenko znajduje się jeszcze 5 kilometrów dalej.  
Podczas podróży flisacy nie tylko zajmują się transportem ludzi, ale też opowiadaniem zabawnych anegdot i żartów. Trochę niepokojący jest fakt, że tratwa flisacka zamiast kamizelek i kół ratunkowych wyposażona jest jedynie w świerkowe (albo jodłowe) gałęzie. W razie nieszczęśliwego wypadku iglasta gałązka raczej nikomu nie pomoże w uratowaniu życia. Co najwyżej można na kogoś rzucić takową, aby pomóc mu w utopieniu się. Oczywiście prawdziwa funkcja tych gałązek jest zupełnie inna. Zabezpieczają one (w stopniu dość ograniczonym) przed wlewaniem się wody do tratw. Tratwa flisacka to właściwe pięć małych tratw połączonych w jedną całość. Czy jest na niej wygodnie? Zasadniczo tak. Może siedzenia są dość twarde, ale przecież samemu nie trzeba machać wiosłem. Ponadto cały czas można podziwiać piękno pienińskiego krajobrazu i słuchać flisackich opowieści. Koszt takiej przyjemności to dla dorosłej osoby 49 zł (do Szczawnicy) lub 59 zł (do Krościenka). Nie jest to mało, zważywszy na fakt, że potem wrócić do własnego samochodu trzeba już we własnym zakresie. Ponadto zdjęcie wykonywane podczas przepływu również jest dodatkowo płatne.

Inaczej jest w przypadku spływu na pontonie przez Poprad. Tam transport i zdjęcia są już wliczone w cenę. Przewóz osób zorganizowany jest nie do samochodu, ale właśnie z miejsca, w którym owy samochód stoi. W ten sposób rozpoczynając podróż na pontonie dopływa się do swojego samochodu. Trasy standardowe to Muszyna - Żegiestów Łopata Polska (12,5 km, czyli ok. 3,5 h spływu), Leluchów – Żegiestów Łopata Polska (ok. 22 km, czas – ok. 6h) i Żegiestów Łopata Polska – Piwniczna (ok. 21 km, czas – ok. 6 h). Jednak istnieje możliwość ustalenia innej trasy, nawet kilkudniowej. 



Minusem spływu pontonowego jest fakt, że jednak trzeba samemu machać wiosłem. Nie jest to bardzo ciężkie zajęcie, ale przy niskim stanie rzeki i słabym prądzie (przynajmniej w większości odcinków trasy) trzeba się jednak trochę nagimnastykować. Oczywiście można płynąć też ze sternikiem, ale to nie to samo. Cena też do plusów nie należy, bo jest taka sama jak spływem przełomem Dunajca, gdzie jednak flisacy kierują łodzią. Natomiast wielkim plusem całej wyprawy jest możliwość zatrzymania się w dowolnym miejscu trasy. To może być słowacka karczma, albo wysepka na jednym z brzegów rzeki. A zatrzymać się warto by pooddychać świeżym powietrzem, zjeść drugie śniadanie, pooglądać bociany białe i czarne, czaple siwe, mewy pospolite i wiele innych ptaków.

Wszelkie spływy stały się do tego stopnia popularne, że już nawet Dłubnię można pokonać kajakiem. Zabawne, że wcześniej wydawało mi się, że to jakiś ściek, zbyt mały i za bardzo brudny na jakąkolwiek turystykę rekreacyjną. 

Tymczasem znaleźli się ludzie, którzy organizują takie spływy, które nawet cieszą się dość dużą popularnością. Taka atrakcja kosztuje 89 zł od osoby, więc oprócz propagowania uroków Nowej Huty jest to też niezły interes. 

Zresztą nawet sama Wisła stała się bardziej zapełniona pojazdami wodnymi. Już nie są to wyłącznie promy, statki i tramwaje wodne. Teraz nietrudno znaleźć tam również kajakarzy, czy rowerki wodne.


Z uwagi na otaczającą nas wakacyjną aurę warto przejść się nad jakąkolwiek wodę i spróbować popływać (w czymkolwiek, albo i wpław).

wtorek, 21 czerwca 2016

Niebiańska Elektryczność

Wiele razy doświadczamy w życiu kontaktu z burzą. 


Przeważnie nie ma się czego bać – wszak siedzimy sobie w szczelnie zamkniętym samochodzie (który ze swoją blaszaną karoserią i gumowymi oponami jest doskonałym piorunochronem), lub w ciepłym domku z pozamykanymi oknami. Jednak zdarza się i tak, że burza zastanie nas w miejscu, w którym nie bardzo jest się gdzie schować. Takim miejscem jest np. las.
Co wtedy możemy zrobić, czego unikać, a co jest wręcz pożądane?

Najważniejsza zasada to trzymanie się z dala od samotnie stojących wysokich drzew, słupów energetycznych, zbiorników wodnych i wszelkich metalowych przedmiotów.
Najwyższe drzewo zawsze jest najbardziej narażone na rażenie piorunem. I choć naukowo raczej nie ma znaczenia jego gatunek, to jednak badania statystyczne pokazują, że nie jest tak do końca. Okazuje się bowiem, że dęby, świerki i wierzby częściej są trafiane przez pioruny niż buki i jesiony. Dlaczego tak się dzieje? Bardzo możliwe, że ma tutaj wpływ budowa kory. W dębach, świerkach i wierzbach kora ma pełno wypustów, w których często rozwijają się pasożyty takie jak mchy, czy porosty. Rośliny te absorbują dużą ilość wody, a to właśnie stopień wilgotności ma duży wpływ na przyciąganie piorunów. Bezpieczniej jest jednak pomijać gatunek drzewa i zwracać uwagę na jego otoczenie i wysokość. Zawsze należy unikać drzew najwyższych i tych wolnostojących.


Podczas burzy dobrze jest kucnąć i przyciągnąć do siebie złączone nogi. Dzięki tej pozycji, nawet jeśli trafi nas piorun, jego skutki mogą być mniej nieszczęśliwe niż w innym przypadku.
Niewskazane jest leżenie na ziemi. Lepiej już skulić się w zagłębieniu ziemi, ale nie będąc sztywno wyprostowanym.

Z górskiego szczytu lepiej jednak zejść. Znalezienie się już kilkadziesiąt metrów niżej znacznie zmniejsza ryzyko trafienia piorunem.

A telefon komórkowy?
Tutaj zdania są podzielone. Jedni twierdzą, że podczas  burzy należy go wyłączyć, a już bezwzględnie wtedy nie dzwonić. Inni – wręcz przeciwnie – uważają, że to nie ma najmniejszego znaczenia. Faktem jest, że telefon komórkowy ma małą moc (rzędu kilkunastu miliwatów), więc jego przyciąganie piorunów jest w znacznym stopniu ograniczone. Znacznie bardziej niebezpieczne jest korzystanie podczas burzy z telefonu stacjonarnego. Ta aparatura posiada dość mocną antenę ściągającą, która może rodzić niebezpieczeństwo.

Co w przypadku, gdy już kogoś piorun trafi?
Osobie porażonej prądem należy możliwie jak najszybciej udzielić pomocy. W pierwszej chwili najważniejszy jest telefon na pogotowie (aby podczas gdy będziemy ratować porażonego, pomoc była już w drodze). Taka osoba nie kumuluje w sobie ładunku elektrycznego, więc bez ryzyka można jej dotykać. Należy sprawdzić jej oddech i bicie serca. Jeśli nie wyczuwamy tętna trzeba zastosować resuscytację. W przypadku braku oddechu – sztuczne oddychanie. Gdy podstawowe funkcje życiowe wrócą już do normy dobrze jest ułożyć poszkodowanego w pozycji bocznej ustalonej.


Jednak nie bójmy się przesadnie burz, bo przecież jest to niesamowite, fascynujące zjawisko atmosferyczne. I jednak nie tak bardzo niebezpieczne, jeśli wiemy jak się podczas niego zachować.

czwartek, 16 czerwca 2016

Pszenne zło

Dużo ruszasz się, ćwiczysz, ograniczasz spożycie tłuszczów i jesz wyłącznie bułki pełnoziarniste, a jednak nadal nie możesz pozbyć się nieatrakcyjnej oponki na brzuchu?
Być może twój wróg jest bliżej niż myślisz i cały czas działając na twoją niekorzyść cicho śmieje się z twoich daremnych wysiłków.
Teraz zapewne analizujesz szybko w myślach swój tryb życia, nawyki, dietę, szukając tego zatajonego wroga. I jeśli nadal nie możesz go znaleźć (lub znalazłeś kilku, ale zupełnie innych), to przyjrzyj się wnikliwiej swoim śniadaniom.

Co zwykle spożywasz gdy rano wstaniesz?
Może to są kanapki, może naleśniki a może gofry. Wszystkie te produkty mają jeden wspólny mianownik - powstały na bazie pszenicy.


Pszenica, to produkt nad spożywaniem którego warto się zastanowić.
Nie jest to ta sama roślina, którą spożywały nasze babki . W ciągu ostatnich 50 lat pszenica została tak bardzo zmieniona genetycznie, że w istocie, to już zupełnie inne zboże. Jej wcześniejsza wersja (a także pierwotna samopsza i płaskurka) miały ziarna mocno przylegające do łodygi i łuski. Tymczasem obecna pszenica ma ziarna bez łusek, co usprawnia proces oddzielania ziaren od źdźbła. Ponadto jest też niższa od swoich poprzedniczek z powodów ekonomicznych. Jest krótsza, potrzebuje mniej czasu na wzrost. Modyfikacja genetyczna pszenicy to tworzenie nowych odmian i krzyżowanie gatunków. Jedną z technik hybrydyzacji jest krzyżowanie wsteczne, polegające na kojarzeniu potomstwa odmiany z jej rodzicami.  I wszystko byłoby w porządku (wszak każdy woli lepszy i wydajniejszy produkt), gdyby nie jedno ALE…

Podczas dokonywania kolejnych modyfikacji i owego „ulepszania”, nie badano wpływu takich zmian na ludzkie zdrowie. Sprawa jest o tyle ważna, że zmieniając u rośliny widoczne cechy fizyczne (takie jak wzrost, wygląd ziarna, ilość łusek) zmianie uległy też ich białka. Po porównaniu białek hybrydy pszenicy z jej odmianami macierzystymi okazało się, że 5 procent białek jest wyjątkowych, niespotykanych u żadnego z rodziców. Poprzez hybrydyzację najbardziej istotnie zmieniają się białka glutenu pszenicy. Po dziesiątkach tysięcy krzyżowań, zmiana pszenicy jest tym bardziej znacząca. Niestety ma to też ogromny wpływ na nasze ZDROWIE.

W 70% pszenica składa się z węglowodanów. W węglowodanach złożonych w pszenicy trzy czwarte to amylopektyna (rozgałęziony łańcuch jednostek glukozy), a jedna czwarta to amyloza (linearny łańcuch glukozy). Obie składowe ulegają strawieniu przez enzymy wytwarzane przez gruczoły ślinowe i żołądek, zwane amylazy. Tu jednak pojawia się między nimi różnica, bo amylopektyna jest rozkładana na glukozę, a amyloza częściowo jest tylko trawiona, a częściowo trafia w niezmienionej postaci do okrężnicy. Ta nagła zmiana amylopektyny w glukozę jest głównym powodem wzrostu cukru we krwi po zjedzeniu pszenicy (lub produktów pszennych). Dla jasności warto zaznaczyć, że nie tylko produkty pszenne zawierają amylopektynę. Jej inne odmiany znajdziemy również w ziemniakach i bananach (amylopektyna B)  oraz w roślinach strączkowych (amylopektyna C). Jednakże nie są tak dobrze przyswajalne, jak amylopektyna z pszenicy (amylopektyna A). Dlatego właśnie spożycie pszenicy (i produktów pszennych), bardziej podwyższa poziom cukru we krwi niż konsumpcja innych węglowodanów (w tym również zwykłego cukru prostego).

W ten sposób tak popularna i wszędzie rozpowszechniana piramida żywieniowa nagle staje się przeterminowana.


Znając IG (indeks glikemiczny) poszczególnych produktów nietrudno znaleźć, ku temu dowód. Otóż chleb jasny ma IG (Indeks Glikemiczny) równy 69, a chleb pełnoziarnisty – 72. Tymczasem zwykły cukier biały, czyli sacharoza – 59, baton Mars – 69, a Snickers – 41*.

Po co jednak osobom, które nie są chore na cukrzycę wiedzieć takie rzeczy?
Powód jest prosty – Nie tylko diabetyk powinien zwracać uwagę na poziom cukru we krwi.

Przemawia za tym jedna ważna przesłanka o nazwie INSULINA.
Insulina jest hormonem białkowym, który ma za zadanie obniżać poziom cukru we krwi poprzez przeniesienie go do komórek organizmu i przekształcenie w tłuszcz. Dlatego też wyrzut glukozy powoduje wzrost poziomu insuliny. A stąd jest już bardzo blisko do otyłości (im wyższy poziom glukozy w pożywieniu, tym większy wyrzut insuliny, a więc i więcej odłożonego tłuszczu w organizmie).

Spożywaniu pszenicy głównie towarzyszy otyłość brzuszna. Im organizm gorzej reaguje na insulinę (tzn. jest na nią oporny, przez co potrzebuje wytworzyć jej więcej, aby móc obniżyć poziom cukru we krwi) tym otyłość brzuszna jest większa, a zagrożenie wystąpienia cukrzycy bardziej realne.
Warto tu zaznaczyć, że tłuszcz brzuszny znacznie różni się od tkanki tłuszczowej na pozostałych partiach ciała. Otóż wzrost tłuszczu brzusznego obniża (nie bardzo wiadomo w jaki sposób) poziom adiponektyny (ochronna cząsteczka z tłuszczów w całym organizmie zmniejszająca ryzyko nadciśnienia, cukrzycy i chorób serca).

Jednakże to nie jest już całe zagrożenie jakie niesie za sobą spożywanie pszenicy. W wyniku reakcji ludzkiego organizmu na zawarte w niej związki powstają egzofriny, czyli zewnętrzne związki morfinopodobne. Dokładnie rzecz ujmując jest to gluten, który po reakcji z pepsyną i kwasem solnym (znajdującymi się w żołądku) rozkłada się na polipeptydy. Polipeptydy mogą przenikać do mózgu i łączyć się z receptorami opioidowymi. Nie tylko mogą uzależniać organizm i wywoływać euforię, ale też objawy głodu narkotycznego. Dlatego często bardzo ciężko jest rozstać się z pszenicą i produktami z niej wytworzonymi.


Odstawienie produktów pszennych powoduje utratę wagi. Jeśli jednak mamy do czynienia z osobą wychudzoną i niedożywioną, pierwszym efektem będzie wzrost wagi, a dopiero później ustabilizowanie jej na optymalnym poziomie.
...
Wpis ten dedykuję Basi, która intensywnie pracuje nad utratą swojego brzuszka, ale zrezygnowania w diecie z pszenicy sobie nie wyobraża.

- Przecież to pełnoziarniste! – Odpowiada i nie zamierza dalej wgłębiać się w temat.



/*Wartości indeksu glikemicznego mogą być nieco różne w zależności od dokładności i sposobu pomiarów. Dane podane powyżej zostały zaczerpnięte z książki William Davis „Dieta bez pszenicy”/

środa, 15 czerwca 2016

Nerwowy Układ Jelitowy

Dziś napiszę coś, co mnie przekonuje do stosowania różnych mikstur i miksturek. A tak całkiem serio, to pewnie już obiło się Wam o uszy określenie: „Nerwowy układ jelitowy”. Tylko co to właściwie oznacza?

Jak wiemy człowiek nie składa się z pojedynczych elementów, ale stanowi jedną całość. Dlatego nie wszystko jest kontrolowane przez mózg, choć przyjęło się tak właśnie uważać. Tymczasem w jelitach każdego człowieka znajdują się miliardy komórek nerwowych. Odpowiedzialne są one nie tylko za poprawną pracę jelit związaną z trawieniem i przyswajaniem składników odżywczych z pokarmu. Ich dodatkowym zadaniem jest również budowanie naturalnej odporności organizmu. Często problemy związane z naszym stanem emocjonalnym (stres, ważny egzamin, kłótnia) mają wpływ na zaburzenia trawienia (biegunki, zaparcia). Dzieje się tak, z powodu nieustannej komunikacji w naszym organizmie między mózgiem a jelitami. Jednakże biolodzy zbadali dokładniej ową łączność. Okazało się, że 90% przesyłanych tą drogą sygnałów ma źródło w jelitach. Oznacza to, że to jelita są głównym nadawcą sygnałów.

Czy wynika z tego coś ważnego?

Tak, bo być może część problemów psychosomatycznych (którym przeważnie towarzyszą problemy trawienne) może wynikać właśnie ze złej pracy jelit (z tych problemów trawiennych właśnie :roll: ), a nie na odwrót. Po wnikliwym badaniu okazało się, że np. depresje mogą mieć związek z zaburzeniami/chorobami jelit. I to nie tylko w tą oczywistą stronę – z powodu depresji odczuwa się niechęć do jedzenia i ból brzucha.  Niedyspozycje żołądkowe również mogą prowadzić do depresji. Ponadto okazało się, że choroby samego mózgu mogą wynikać z problemów z jelitami. Tak jest w przypadku choroby Parkinsona.


Wszystko to każe uważnie przyjrzeć się swojemu organizmowi.

Odporność (w bardzo dużej mierze) budowana jest we florze bakteryjnej jelit. Zaburzenia jej prowadzą do alergii wszelakiej maści, astmy, chorób górnych dróg oddechowych, przewlekłych przeziębień/katarów, oraz wiele ciężkich schorzeń.

Dlatego tak ważne jest dbanie o jakość przyjmowanych pokarmów.

Jeśli oprócz nasycenia głodu możemy przy okazji wspomóc dobroczynne bakterie jelitowe, to dlaczego by nie?

środa, 27 kwietnia 2016

Mangostan

Poznajesz nowego człowieka. Z początku wydaje się zwykły – ot kolejny „ludź” skupiony na milionach błahych spraw. Jednak w miarę dalszego poznawania go przekonujesz się, że kryje w sobie wiele pasji, zapału, planów…

Czasem to co pozornie przeciętne, jest w istocie niezwykłe w środku. Można o tym się przekonać nie tylko w odniesieniu do ludzi. Wystarczy natknąć się kiedyś na mangostan.


Owoc ten na pozór wygląda bardzo mizernie. Nie jest duży, ma drewniastą powłokę, a na dodatek wystające z niego „płatki” również są dość twarde i niezachwycające. Na tym opisie można byłoby poprzestać. Wielu ludzi kierując się wyglądem kreśli swe (jakże obiektywne :roll:  ) opinie. Jednak mangostan, to nie tylko skorupa i kilka sztywnych odrostów. Jego siła ukryta jest w środku. Po rozcięciu zewnętrznej powłoki można odkryć jego słodkie wnętrze. Biała kiść smakuje trochę jak malina, trochę jak poziomka i mandarynka, a pewnie jeszcze wiele innych słodkich owoców. Do tej pory nie udało mi się jednoznacznie określić co najbardziej przypomina mangostan. :-?  Jedno jest pewne – to coś jest bardzo pyszne.  :lol:

W kwestii owoców nie mam obiektywnego osądu (bo za większością przepadam :mrgreen:  ). Tutaj jednak smak był faktycznie miły i interesujący.

I nie ma się czemu dziwić, że nawet Budda docenił jego walory smakowe i zdrowotne. Zgodnie z krążącą legendą, gdy tylko go skosztował, pobłogosławił go i oddał ludziom, aby mogli się nim karmić. W Azji do tej pory mangostan uważany jest za owoc święty.

Roślina ta ma bardzo wyszukane potrzeby środowiskowe. Dlatego nie jest prosta w uprawie, a wielu krajach wręcz jest to niemożliwe. Czemuż się tu dziwić, skoro nawet w naszej kochanej Polsce ciężko, aby temperatura utrzymywała się w przedziale od 4,44°C do 37,78°C. A taki wymóg musi być spełniony w odniesieniu do mangostanu. Zaznaczyć tu należy, że wysokość dorosłego drzewa, to niebagatelne 25 metrów, więc hodowla szklarniowa raczej tu nie wchodzi w grę. :lol:  Ponadto trzeba czekać niemal 10 lat, aby drzewo mangostanu wydało swe pierwsze owoce. Później rokrocznie rodzi ich tysiące.

Nie tylko owoce mangostanu są wykorzystywane przez ludzi. Również drewno jest użyteczne (jako garbnik w rzeźbiarstwie), oraz nasiona (w produkcji mydła).

W medycynie (również tej ludowej) mangostan stosuje się jako środek przeciwnowotworowy. Poza tym wykorzystuje się go w wielu chorobach wirusowych, bakteryjnych oraz grzybiczych.

Roślina ta wyrównuje ciśnienie, obniża poziom cholesterolu i cukru we krwi. Ponadto działa ochronnie na serce i zapobiega miażdżycy. Ceniona jest również z powodu właściwości przeciwgorączkowych, i przeciwbiegunkowych. Nie można zapomnieć, że mangostan, to również lek na zakażenia ran, zapalenia skórne, a także wykwity trądzikowe. Ponadto zapobiega takim chorobom oczów jak jaskra i zaćma.

Mangostan, to roślina dla Europejczyków egzotyczna. Występuje właściwie tylko w Azji, a i tam staje się coraz rzadsza. Mimo to warto o niej pamiętać i przy nadarzającej się okazji - spróbować...

...Dobranoc

- Gosieńka  8-)

Sounf of Freedom

W swoich wygodnych domkach i małych troskach nawet nie zastanawiamy się nad istnieniem poważnych problemów trawiących ludzkość. Owszem, wiem...