środa, 29 czerwca 2016

Dzik jest dziki

I oto nadeszło lato. Dzieci zakończyły rok szkolny, komary i kleszcze przebudziły się do życia, a Słońce zaczęło budzić ludzi o 4:00 nad ranem. Również aura postanowiła wykazać się własną inicjatywą i nagle – nie wiedzieć kiedy – nastały niekończące się upały. W takich okolicznościach można marzyć tylko o opuszczeniu betonowego miasta i zaszyciu się w dzikich, dziewiczych terenach, na których nigdy wcześniej nie stanęła ludzka stopa. A jeśli nie istnieją takie ziemie, zawsze można odwiedzić chociaż te bardziej zielone i odludne.

Wycieczki w tereny gęsto zalesione zawsze są odprężające, ciekawe i emocjonujące. Jednakże czasem bywa i tak, że na naszej ścieżce stanie jakieś dzikie zwierzę. Jeśli jest to zajączek, salamandra, lub sarna, to przejmować się za bardzo nie ma czym (takie zwierzątka najczęściej same szybko uciekną bez najmniejszej próby nawiązania z nami kontaktu). Jednakże zdarzają się sytuacje mniej pożądane. Wszak w lesie możemy spotkać też dzika, wilka, czy niedźwiedzia. Towarzystwo takich mieszkańców lasu może okazać się bardzo niebezpieczne, a nawet tragiczne w skutkach.



Co zatem zrobić, gdy spotka się dzikie, niebezpieczne zwierzę?

Po pierwsze – jeśli w jakimś miejscu spodziewamy się obecności takiego zwierza dobrze jest zachowywać się tam dość głośno. Niektórzy wręcz radzą, aby nosić ze sobą gwizdek, by w ten sposób rozpraszać ciszę. Nie jestem zwolenniczką hałasu w lesie. Jednakże jeśli zachowujemy się cicho i stoimy od strony zawietrznej, zwierzę nie bardzo ma szansę by nas zauważyć w porę i zniknąć w zaroślach.   

Pojedynczy wilk raczej ucieknie na widok ludzi, bo wilki są zwierzętami stadnymi i polują w większej grupie. Jednakże już dzik (albo gorzej: locha z warchlakami), czy niedźwiedź niekoniecznie tak postąpią.



O ile przed dzikami zawsze można uciec na drzewo, o tyle sposób ten nie działa w przypadku niedźwiedzia, który przecież na drzewa umie się wspinać (i to pewnie lepiej od nas).

Przy spotkaniu z „misiem” zawsze można wykorzystać stary sposób – udawać martwego. Nie jest to bezpieczne wyjście, bo zwierzę sprawdzając, czy na pewno nie żyjemy może nas poważnie podrapać. W takim wypadku na pewno warto zawinąć ręce wokół szyi, położyć się na brzuchu, a nogi rozłożyć szeroko , żeby trudniej nas było przewrócić na drugą stronę.



Inna metoda (zwłaszcza, gdy jesteśmy w grupie) to przyjęcie postawy walki. Nie chodzi o rzeczywistą wojnę z niedźwiadkiem. Jednakże jeśli kilka osób stanie przy sobie, uniesie ręce do góry, będzie mówić spokojnym, niskim głosem to jest szansa, że zwierzę odpuści. Warto pamiętać, że przeważnie na początku nie chce atakować, lecz tylko symuluje atak. Dlatego należy wytrzymać w takim spokoju i opanowaniu nawet gdy niedźwiedź się coraz bardziej zbliża. Istnieje duża szansa na powodzenie, gdy zwierzę zobaczy, że jednak nas nie przestraszyło. Jeśli natomiast zaczniemy uciekać – jego udawany atak może przerodzić się w prawdziwy…



Niektórzy zalecają naprawdę stanąć do walki z niedźwiedziem. Podobno ma bardzo wrażliwy nos.



Istnieją oczywiście środki bardziej nowoczesne, które mogą okazać się pomocne. Należy do nich np. gaz pieprzowy przeznaczony specjalnie na niedźwiedzia. Taki gaz jest większy niż standardowy i oczywiście silniejszy. Aby go użyć trzeba być w dość bliskiej odległości od niebezpieczeństwa (ok. 3 m). Po wystrzeleniu takiego bear-spray’a należy możliwie szybko oddalić się z miejsca zapylonego, aby samemu nie podrażnić oczu. Oczywiście i na to jest rada. Istnieją bowiem już postacie żelowe gazu, odporne na działanie wiatru. Co ciekawe, taki sposób na obronę przy spotkaniu z niedźwiedziem ma większą skuteczność (90%) niż użycie broni palnej (60%).

Mniej inwazyjnym sposobem na dzikie zwierzęta jest odstraszacz ultradźwiękowy. Taki sprzęt już z daleka odgania od nas nieproszonych towarzyszy. Dlatego warto się w niego zaopatrzyć. Osobiście jeszcze czegoś takiego nie przetestowałam, ale wszystko przede mną. 


Idąc w tereny leśne zawsze jednak warto pamiętać, że dla tych wszystkich zwierząt jest to dom. Jeśli zatem nie ma zagrożenia, że gdzieś blisko znajduje się niedźwiedź, czy dzik zachowujmy się cicho i spokojnie. Wszak nikt by nie chciał by goście przychodzący do jego domu robili zbyt duży harmider i hałas.



...Dobrego dnia życzę wszystkim
- Gosieńka :)

środa, 22 czerwca 2016

Gdzie strumyk płynie z wolna...

Pływanie w pontonach, kajakach, tratwach stało się ostatnimi czasy bardziej zauważalne. W Małopolsce najsłynniejszą odmianą takiej rekreacji jest oczywiście Spływ Przełomem Dunajca drewnianymi tratwami kierowanymi przez flisaków. Taka podróż rozpoczyna się w Sromowcach Wyżnych (choć można też wsiąść 6 kilometrów dalej w Sromowcach Niżnych), a kończy w Krościenku albo w Szczawnicy. Do Szczawnicy trzeba pokonać 18 km, których przepłynięcie zajmuje dwie godziny i kwadrans. Natomiast Krościenko znajduje się jeszcze 5 kilometrów dalej.  
Podczas podróży flisacy nie tylko zajmują się transportem ludzi, ale też opowiadaniem zabawnych anegdot i żartów. Trochę niepokojący jest fakt, że tratwa flisacka zamiast kamizelek i kół ratunkowych wyposażona jest jedynie w świerkowe (albo jodłowe) gałęzie. W razie nieszczęśliwego wypadku iglasta gałązka raczej nikomu nie pomoże w uratowaniu życia. Co najwyżej można na kogoś rzucić takową, aby pomóc mu w utopieniu się. Oczywiście prawdziwa funkcja tych gałązek jest zupełnie inna. Zabezpieczają one (w stopniu dość ograniczonym) przed wlewaniem się wody do tratw. Tratwa flisacka to właściwe pięć małych tratw połączonych w jedną całość. Czy jest na niej wygodnie? Zasadniczo tak. Może siedzenia są dość twarde, ale przecież samemu nie trzeba machać wiosłem. Ponadto cały czas można podziwiać piękno pienińskiego krajobrazu i słuchać flisackich opowieści. Koszt takiej przyjemności to dla dorosłej osoby 49 zł (do Szczawnicy) lub 59 zł (do Krościenka). Nie jest to mało, zważywszy na fakt, że potem wrócić do własnego samochodu trzeba już we własnym zakresie. Ponadto zdjęcie wykonywane podczas przepływu również jest dodatkowo płatne.

Inaczej jest w przypadku spływu na pontonie przez Poprad. Tam transport i zdjęcia są już wliczone w cenę. Przewóz osób zorganizowany jest nie do samochodu, ale właśnie z miejsca, w którym owy samochód stoi. W ten sposób rozpoczynając podróż na pontonie dopływa się do swojego samochodu. Trasy standardowe to Muszyna - Żegiestów Łopata Polska (12,5 km, czyli ok. 3,5 h spływu), Leluchów – Żegiestów Łopata Polska (ok. 22 km, czas – ok. 6h) i Żegiestów Łopata Polska – Piwniczna (ok. 21 km, czas – ok. 6 h). Jednak istnieje możliwość ustalenia innej trasy, nawet kilkudniowej. 



Minusem spływu pontonowego jest fakt, że jednak trzeba samemu machać wiosłem. Nie jest to bardzo ciężkie zajęcie, ale przy niskim stanie rzeki i słabym prądzie (przynajmniej w większości odcinków trasy) trzeba się jednak trochę nagimnastykować. Oczywiście można płynąć też ze sternikiem, ale to nie to samo. Cena też do plusów nie należy, bo jest taka sama jak spływem przełomem Dunajca, gdzie jednak flisacy kierują łodzią. Natomiast wielkim plusem całej wyprawy jest możliwość zatrzymania się w dowolnym miejscu trasy. To może być słowacka karczma, albo wysepka na jednym z brzegów rzeki. A zatrzymać się warto by pooddychać świeżym powietrzem, zjeść drugie śniadanie, pooglądać bociany białe i czarne, czaple siwe, mewy pospolite i wiele innych ptaków.

Wszelkie spływy stały się do tego stopnia popularne, że już nawet Dłubnię można pokonać kajakiem. Zabawne, że wcześniej wydawało mi się, że to jakiś ściek, zbyt mały i za bardzo brudny na jakąkolwiek turystykę rekreacyjną. 

Tymczasem znaleźli się ludzie, którzy organizują takie spływy, które nawet cieszą się dość dużą popularnością. Taka atrakcja kosztuje 89 zł od osoby, więc oprócz propagowania uroków Nowej Huty jest to też niezły interes. 

Zresztą nawet sama Wisła stała się bardziej zapełniona pojazdami wodnymi. Już nie są to wyłącznie promy, statki i tramwaje wodne. Teraz nietrudno znaleźć tam również kajakarzy, czy rowerki wodne.


Z uwagi na otaczającą nas wakacyjną aurę warto przejść się nad jakąkolwiek wodę i spróbować popływać (w czymkolwiek, albo i wpław).

wtorek, 21 czerwca 2016

Niebiańska Elektryczność

Wiele razy doświadczamy w życiu kontaktu z burzą. 


Przeważnie nie ma się czego bać – wszak siedzimy sobie w szczelnie zamkniętym samochodzie (który ze swoją blaszaną karoserią i gumowymi oponami jest doskonałym piorunochronem), lub w ciepłym domku z pozamykanymi oknami. Jednak zdarza się i tak, że burza zastanie nas w miejscu, w którym nie bardzo jest się gdzie schować. Takim miejscem jest np. las.
Co wtedy możemy zrobić, czego unikać, a co jest wręcz pożądane?

Najważniejsza zasada to trzymanie się z dala od samotnie stojących wysokich drzew, słupów energetycznych, zbiorników wodnych i wszelkich metalowych przedmiotów.
Najwyższe drzewo zawsze jest najbardziej narażone na rażenie piorunem. I choć naukowo raczej nie ma znaczenia jego gatunek, to jednak badania statystyczne pokazują, że nie jest tak do końca. Okazuje się bowiem, że dęby, świerki i wierzby częściej są trafiane przez pioruny niż buki i jesiony. Dlaczego tak się dzieje? Bardzo możliwe, że ma tutaj wpływ budowa kory. W dębach, świerkach i wierzbach kora ma pełno wypustów, w których często rozwijają się pasożyty takie jak mchy, czy porosty. Rośliny te absorbują dużą ilość wody, a to właśnie stopień wilgotności ma duży wpływ na przyciąganie piorunów. Bezpieczniej jest jednak pomijać gatunek drzewa i zwracać uwagę na jego otoczenie i wysokość. Zawsze należy unikać drzew najwyższych i tych wolnostojących.


Podczas burzy dobrze jest kucnąć i przyciągnąć do siebie złączone nogi. Dzięki tej pozycji, nawet jeśli trafi nas piorun, jego skutki mogą być mniej nieszczęśliwe niż w innym przypadku.
Niewskazane jest leżenie na ziemi. Lepiej już skulić się w zagłębieniu ziemi, ale nie będąc sztywno wyprostowanym.

Z górskiego szczytu lepiej jednak zejść. Znalezienie się już kilkadziesiąt metrów niżej znacznie zmniejsza ryzyko trafienia piorunem.

A telefon komórkowy?
Tutaj zdania są podzielone. Jedni twierdzą, że podczas  burzy należy go wyłączyć, a już bezwzględnie wtedy nie dzwonić. Inni – wręcz przeciwnie – uważają, że to nie ma najmniejszego znaczenia. Faktem jest, że telefon komórkowy ma małą moc (rzędu kilkunastu miliwatów), więc jego przyciąganie piorunów jest w znacznym stopniu ograniczone. Znacznie bardziej niebezpieczne jest korzystanie podczas burzy z telefonu stacjonarnego. Ta aparatura posiada dość mocną antenę ściągającą, która może rodzić niebezpieczeństwo.

Co w przypadku, gdy już kogoś piorun trafi?
Osobie porażonej prądem należy możliwie jak najszybciej udzielić pomocy. W pierwszej chwili najważniejszy jest telefon na pogotowie (aby podczas gdy będziemy ratować porażonego, pomoc była już w drodze). Taka osoba nie kumuluje w sobie ładunku elektrycznego, więc bez ryzyka można jej dotykać. Należy sprawdzić jej oddech i bicie serca. Jeśli nie wyczuwamy tętna trzeba zastosować resuscytację. W przypadku braku oddechu – sztuczne oddychanie. Gdy podstawowe funkcje życiowe wrócą już do normy dobrze jest ułożyć poszkodowanego w pozycji bocznej ustalonej.


Jednak nie bójmy się przesadnie burz, bo przecież jest to niesamowite, fascynujące zjawisko atmosferyczne. I jednak nie tak bardzo niebezpieczne, jeśli wiemy jak się podczas niego zachować.

czwartek, 16 czerwca 2016

Pszenne zło

Dużo ruszasz się, ćwiczysz, ograniczasz spożycie tłuszczów i jesz wyłącznie bułki pełnoziarniste, a jednak nadal nie możesz pozbyć się nieatrakcyjnej oponki na brzuchu?
Być może twój wróg jest bliżej niż myślisz i cały czas działając na twoją niekorzyść cicho śmieje się z twoich daremnych wysiłków.
Teraz zapewne analizujesz szybko w myślach swój tryb życia, nawyki, dietę, szukając tego zatajonego wroga. I jeśli nadal nie możesz go znaleźć (lub znalazłeś kilku, ale zupełnie innych), to przyjrzyj się wnikliwiej swoim śniadaniom.

Co zwykle spożywasz gdy rano wstaniesz?
Może to są kanapki, może naleśniki a może gofry. Wszystkie te produkty mają jeden wspólny mianownik - powstały na bazie pszenicy.


Pszenica, to produkt nad spożywaniem którego warto się zastanowić.
Nie jest to ta sama roślina, którą spożywały nasze babki . W ciągu ostatnich 50 lat pszenica została tak bardzo zmieniona genetycznie, że w istocie, to już zupełnie inne zboże. Jej wcześniejsza wersja (a także pierwotna samopsza i płaskurka) miały ziarna mocno przylegające do łodygi i łuski. Tymczasem obecna pszenica ma ziarna bez łusek, co usprawnia proces oddzielania ziaren od źdźbła. Ponadto jest też niższa od swoich poprzedniczek z powodów ekonomicznych. Jest krótsza, potrzebuje mniej czasu na wzrost. Modyfikacja genetyczna pszenicy to tworzenie nowych odmian i krzyżowanie gatunków. Jedną z technik hybrydyzacji jest krzyżowanie wsteczne, polegające na kojarzeniu potomstwa odmiany z jej rodzicami.  I wszystko byłoby w porządku (wszak każdy woli lepszy i wydajniejszy produkt), gdyby nie jedno ALE…

Podczas dokonywania kolejnych modyfikacji i owego „ulepszania”, nie badano wpływu takich zmian na ludzkie zdrowie. Sprawa jest o tyle ważna, że zmieniając u rośliny widoczne cechy fizyczne (takie jak wzrost, wygląd ziarna, ilość łusek) zmianie uległy też ich białka. Po porównaniu białek hybrydy pszenicy z jej odmianami macierzystymi okazało się, że 5 procent białek jest wyjątkowych, niespotykanych u żadnego z rodziców. Poprzez hybrydyzację najbardziej istotnie zmieniają się białka glutenu pszenicy. Po dziesiątkach tysięcy krzyżowań, zmiana pszenicy jest tym bardziej znacząca. Niestety ma to też ogromny wpływ na nasze ZDROWIE.

W 70% pszenica składa się z węglowodanów. W węglowodanach złożonych w pszenicy trzy czwarte to amylopektyna (rozgałęziony łańcuch jednostek glukozy), a jedna czwarta to amyloza (linearny łańcuch glukozy). Obie składowe ulegają strawieniu przez enzymy wytwarzane przez gruczoły ślinowe i żołądek, zwane amylazy. Tu jednak pojawia się między nimi różnica, bo amylopektyna jest rozkładana na glukozę, a amyloza częściowo jest tylko trawiona, a częściowo trafia w niezmienionej postaci do okrężnicy. Ta nagła zmiana amylopektyny w glukozę jest głównym powodem wzrostu cukru we krwi po zjedzeniu pszenicy (lub produktów pszennych). Dla jasności warto zaznaczyć, że nie tylko produkty pszenne zawierają amylopektynę. Jej inne odmiany znajdziemy również w ziemniakach i bananach (amylopektyna B)  oraz w roślinach strączkowych (amylopektyna C). Jednakże nie są tak dobrze przyswajalne, jak amylopektyna z pszenicy (amylopektyna A). Dlatego właśnie spożycie pszenicy (i produktów pszennych), bardziej podwyższa poziom cukru we krwi niż konsumpcja innych węglowodanów (w tym również zwykłego cukru prostego).

W ten sposób tak popularna i wszędzie rozpowszechniana piramida żywieniowa nagle staje się przeterminowana.


Znając IG (indeks glikemiczny) poszczególnych produktów nietrudno znaleźć, ku temu dowód. Otóż chleb jasny ma IG (Indeks Glikemiczny) równy 69, a chleb pełnoziarnisty – 72. Tymczasem zwykły cukier biały, czyli sacharoza – 59, baton Mars – 69, a Snickers – 41*.

Po co jednak osobom, które nie są chore na cukrzycę wiedzieć takie rzeczy?
Powód jest prosty – Nie tylko diabetyk powinien zwracać uwagę na poziom cukru we krwi.

Przemawia za tym jedna ważna przesłanka o nazwie INSULINA.
Insulina jest hormonem białkowym, który ma za zadanie obniżać poziom cukru we krwi poprzez przeniesienie go do komórek organizmu i przekształcenie w tłuszcz. Dlatego też wyrzut glukozy powoduje wzrost poziomu insuliny. A stąd jest już bardzo blisko do otyłości (im wyższy poziom glukozy w pożywieniu, tym większy wyrzut insuliny, a więc i więcej odłożonego tłuszczu w organizmie).

Spożywaniu pszenicy głównie towarzyszy otyłość brzuszna. Im organizm gorzej reaguje na insulinę (tzn. jest na nią oporny, przez co potrzebuje wytworzyć jej więcej, aby móc obniżyć poziom cukru we krwi) tym otyłość brzuszna jest większa, a zagrożenie wystąpienia cukrzycy bardziej realne.
Warto tu zaznaczyć, że tłuszcz brzuszny znacznie różni się od tkanki tłuszczowej na pozostałych partiach ciała. Otóż wzrost tłuszczu brzusznego obniża (nie bardzo wiadomo w jaki sposób) poziom adiponektyny (ochronna cząsteczka z tłuszczów w całym organizmie zmniejszająca ryzyko nadciśnienia, cukrzycy i chorób serca).

Jednakże to nie jest już całe zagrożenie jakie niesie za sobą spożywanie pszenicy. W wyniku reakcji ludzkiego organizmu na zawarte w niej związki powstają egzofriny, czyli zewnętrzne związki morfinopodobne. Dokładnie rzecz ujmując jest to gluten, który po reakcji z pepsyną i kwasem solnym (znajdującymi się w żołądku) rozkłada się na polipeptydy. Polipeptydy mogą przenikać do mózgu i łączyć się z receptorami opioidowymi. Nie tylko mogą uzależniać organizm i wywoływać euforię, ale też objawy głodu narkotycznego. Dlatego często bardzo ciężko jest rozstać się z pszenicą i produktami z niej wytworzonymi.


Odstawienie produktów pszennych powoduje utratę wagi. Jeśli jednak mamy do czynienia z osobą wychudzoną i niedożywioną, pierwszym efektem będzie wzrost wagi, a dopiero później ustabilizowanie jej na optymalnym poziomie.
...
Wpis ten dedykuję Basi, która intensywnie pracuje nad utratą swojego brzuszka, ale zrezygnowania w diecie z pszenicy sobie nie wyobraża.

- Przecież to pełnoziarniste! – Odpowiada i nie zamierza dalej wgłębiać się w temat.



/*Wartości indeksu glikemicznego mogą być nieco różne w zależności od dokładności i sposobu pomiarów. Dane podane powyżej zostały zaczerpnięte z książki William Davis „Dieta bez pszenicy”/

środa, 15 czerwca 2016

Nerwowy Układ Jelitowy

Dziś napiszę coś, co mnie przekonuje do stosowania różnych mikstur i miksturek. A tak całkiem serio, to pewnie już obiło się Wam o uszy określenie: „Nerwowy układ jelitowy”. Tylko co to właściwie oznacza?

Jak wiemy człowiek nie składa się z pojedynczych elementów, ale stanowi jedną całość. Dlatego nie wszystko jest kontrolowane przez mózg, choć przyjęło się tak właśnie uważać. Tymczasem w jelitach każdego człowieka znajdują się miliardy komórek nerwowych. Odpowiedzialne są one nie tylko za poprawną pracę jelit związaną z trawieniem i przyswajaniem składników odżywczych z pokarmu. Ich dodatkowym zadaniem jest również budowanie naturalnej odporności organizmu. Często problemy związane z naszym stanem emocjonalnym (stres, ważny egzamin, kłótnia) mają wpływ na zaburzenia trawienia (biegunki, zaparcia). Dzieje się tak, z powodu nieustannej komunikacji w naszym organizmie między mózgiem a jelitami. Jednakże biolodzy zbadali dokładniej ową łączność. Okazało się, że 90% przesyłanych tą drogą sygnałów ma źródło w jelitach. Oznacza to, że to jelita są głównym nadawcą sygnałów.

Czy wynika z tego coś ważnego?

Tak, bo być może część problemów psychosomatycznych (którym przeważnie towarzyszą problemy trawienne) może wynikać właśnie ze złej pracy jelit (z tych problemów trawiennych właśnie :roll: ), a nie na odwrót. Po wnikliwym badaniu okazało się, że np. depresje mogą mieć związek z zaburzeniami/chorobami jelit. I to nie tylko w tą oczywistą stronę – z powodu depresji odczuwa się niechęć do jedzenia i ból brzucha.  Niedyspozycje żołądkowe również mogą prowadzić do depresji. Ponadto okazało się, że choroby samego mózgu mogą wynikać z problemów z jelitami. Tak jest w przypadku choroby Parkinsona.


Wszystko to każe uważnie przyjrzeć się swojemu organizmowi.

Odporność (w bardzo dużej mierze) budowana jest we florze bakteryjnej jelit. Zaburzenia jej prowadzą do alergii wszelakiej maści, astmy, chorób górnych dróg oddechowych, przewlekłych przeziębień/katarów, oraz wiele ciężkich schorzeń.

Dlatego tak ważne jest dbanie o jakość przyjmowanych pokarmów.

Jeśli oprócz nasycenia głodu możemy przy okazji wspomóc dobroczynne bakterie jelitowe, to dlaczego by nie?

Sounf of Freedom

W swoich wygodnych domkach i małych troskach nawet nie zastanawiamy się nad istnieniem poważnych problemów trawiących ludzkość. Owszem, wiem...