niedziela, 31 grudnia 2017

Podsumowanie roku

Oto kończy się stary 2017 rok. 



Czy coś wniósł w nasze życie?
- Na pewno.
Myśląc nad nim można się zadziwić ile rzeczy zdarzyło się w ciągu tych niepozornych 365 dni. Czasem może być i tak, że poczujemy się dumni z tego co udało nam się w tym czasie dokonać. A może właśnie było coś złego, coś co do tej pory nie daje nam spokoju i warto byłoby wreszcie to naprawić?
...
Z tych i z wielu innych powodów warto na koniec roku dłużej pomyśleć nad tym: 
- jaki był, 
- co się w nim stało, 
- co udało się nam osiągnąć, a co zaprzepaścić, 
- jakie poglądy zmieniliśmy, a w jakich się utwierdziliśmy
/ i wreszcie: /
- o oczekujemy od nowego 2018 roku.

Nie chodzi mi tutaj o te wszystkie mowy i wpisy motywacyjne, które na pierwszy plan lubią przedstawiać człowieka z jego możliwościami samo-realizacyjnymi za czele. To bardziej powinno być taki spokojne, rzeczowe zastanowienie się nad tym co właśnie mija, a może dużo nam przyniosło.

Istnieje teoria, że jeśli w ciągu 5 lat nie zmieni się poglądu w jakiejś ważnej kwestii, to znaczy, że już się nie żyje. I choć wydaje się być absurdalna, ma jednak w sobie wiele mądrości. W sumie, cały czas spotykamy na swej drodze masę ludzi, zdarzeń, historii i nieustannie pod ich wpływem żyjemy. Dlatego wydaje się całkiem logiczne, że zmieniają nas, nasze myślenie i przekonania. Kształtujemy się nieustannie i nigdy nie można powiedzieć, że proces ten już jest zakończony.

Zastanów się zatem jaki pogląd w istotnych sprawach zmieniłeś w ciągu ostatniego roku.
Nie musi być tak spektakularny jak zmiana wyznania, sympatii politycznych, czy sportowych. To może być choćby wciśnięcie lekkiego wahania w kwestię do tej pory dla ciebie pewną i bezdyskusyjną. Może zaczynasz patrzeć na związki jako na coś bardziej trwałego niż wcześniej ci się wydawało? A może nagle niepokoi cię, że o aborcji tyle się mówi, że nagle stała się manifestem wyzwolenia kobiet, a nie zabijaniem człowieka? Być może zaczęła martwić cię wszędobylska nagonka na księży i zakonników, albo wyśmiewanie ludzi uczciwych i wierzących...
Może być też tak, że martwią cię kwestie zupełnie odwrotne:
Niepokoisz się twierdzeniami, że kobiety w ciąży powinny urodzić swoje dzieci (a nie mieć prawa do wyboru, czy tego chcą), albo, że coraz więcej publicznych pieniędzy idzie na Kościół, czy że "ciemny lud" słucha wszystkiego co księża mówią...
- Twoje zdanie i ewentualna zmiana w nim kształtuje się pod wpływem tego co słyszysz, czytasz i oglądasz. 
Nie ma więc jednej uniwersalnej kalki poglądów, tak jak nie ma identycznych doświadczeń.
Dlatego, może warto w swym radykalizmie (jaki by on nie był i jakiej by kwestii nie dotyczył) zamiast krzyczeć i manifestować swój pogląd skupić się na słuchaniu, czytaniu i obserwacji.

Nawet Pascal podjął taki wysiłek, choć w swej mądrości mógł urosnąć w dumę i niczego już nie szukać. On tymczasem szukał i poprzez lekturę i własną wnikliwość - znalazł.

Myśląc nad podsumowaniem starego roku warto przypomnieć sobie co niezwykłego się w nim zdarzyło.
To zabawne, że właśnie przy tej okazji można zorientować się, że to był pierwszy rok gdy było się na jakimś festiwalu, albo obchodziło ważną uroczystość rodzinną. Może tego roku udało ci się zmienić/znaleźć pracę, a może urodziło ci się dziecko. Może ktoś bliski odszedł.
Bilans zysków i strat nigdy nie jest idealnie równy zero. Wszystko zależy od rzeczywistych rozmiarów zdarzeń, ale też od subiektywnego podejścia do wydarzeń. 

Szklanka do połowy pełna zawsze też jest w połowie pusta. Zatem to tylko od nas zależy jak ją widzimy. Nawet na śmierć - wydarzenie tragiczne i nieuchronne można patrzeć jako na coś optymistycznego, jeśli wierzy się w zbawienie.
Każde potknięcie to okazja do nauki, zdobycia doświadczenia, albo do pokonania swojej słabości. To nie tak, że jesteśmy stworzeni tylko do sukcesów. Porażki też są ważne, a często nawet ważniejsze. Dzięki nim dowiadujemy się czegoś o sobie i o otaczających nas ludziach, uczymy się nie poddawać, walczymy z przeciwnościami.
A sukcesy czego nas uczą?
- Samozachwytu, beztroski i (niestety nader często: ) pogardy dla tych, którym się nie udało.

To ostatni dzień, ale warto w nim rzetelnie się przyjrzeć mijającemu właśnie rokowi.

Wszelkie radości, sukcesy i dary losu (lub Boga - zależności jakie mamy poglądy w tej kwestii) dobrze jest docenić.

A to co się nie udało - warto również podsumować, by wyraźniej widzieć co należy naprawić w niedługo rozpoczynającym się nowym roku.



- Pozdrawiam wszystkich cieplutko i życzę udanego nowego 2018 roku
- Gosieńka

wtorek, 26 września 2017

Sztuka wyboru

Nie zawsze czerń jest tak samo czarna, a biel równie biała. Czasem nawet te przeciwne kolory rozmywają się i stapiają w jedno, w dziwną szarą maź.
Nie jest dobrze, gdy takie sytuacje mają miejsce, ale nie da się zawsze żyć w ustalonym wcześniej schemacie. Wcześniej, czy później trzeba ze swego schematu wyjść, niczym z ramy starego, zakurzonego obrazu.



I co wtedy?
Czym się kierować?
W którą pójść stronę, aby się nie zagubić?

Można patrzeć na siebie, lub na innych. Można burzyć, lub budować. Można wreszcie walczyć, lub się poddać. Wszystko to może mieć w danych okolicznościach sens i logiczne wyjaśnienie. 
Nie ma powodu kurczowo trzymać się opinii innych i tego co o nas mówią. Jednak już uważność w stosunku do uczuć i wrażliwości innych, ma jak największy sens. Podobnie rzecz się ma z budowaniem i burzeniem. Jeśli istnieje coś co chcesz gruntownie zmienić, czasem nie może się obejść bez zburzenia wersji poprzedniej. Tak dzieje się nie tylko w świecie materialnym, ale też z większością poglądów i wartości jakie w nas dojrzewają. 
I wreszcie walka...
Czy zawsze należy się zmierzać i przeciwstawiać dotykającej nas niesprawiedliwości? Czy tylko o to chodzi, by udowodnić, że się miało rację? Czy jesteśmy po to, by nieustannie udowadniać sobie i innym, jacy to jesteśmy mądrzy, wspaniali i niepokonani?

Czasem tak jest, że nikt nie rozumie twojego wyboru. Możesz mieć przyjaciół, znajomych, miłość, a przecież i tak nikt nie spojrzy na twoje życie twoimi oczami. I wystarczy poukładać swoje priorytety trochę inaczej od innych, by stać się zupełnie nierozumianym. 

Tłumaczyć?
Przekonywać?
Udowadniać?
... Nie zawsze jest po co. W najlepszym wypadku możesz zostać uznany za obłąkanego wyznawcę odchudzania za wszelką cenę, szaleńca, zidiociałego fanatyka medycyny niekonwencjonalnej, lub anorektyka. Jednak - nie łudź się - nawet gdy wyjaśnisz swój punkt widzenia i tak nikt tego nie pojmie. 

Jeśli dana osoba ma skostniałe poglądy i nie zamierza nawet na milimetr ich zmienić, to jaki ma sens wyjaśnianie jej własnych przekonań? To trochę jakby próbować karmić kurczęta najlepszą karmą dla kotów i dziwić się, że jej nie chcą.
Może tak już musi być, że to co jest dobre dla ciebie, niekoniecznie musi być dobre dla innych.  

I właśnie dlatego w życiu najważniejsze jest ustalenie własnych poglądów i priorytetów. Potem, patrząc na nie, można już pewnie podejmować decyzje, które dla nas i dla naszych wartości będą najlepsze.

Dlatego nie przejmuj się, że nikt cię nie rozumie, że nie masz prawdziwego przyjaciela i że w gruncie rzeczy jesteś sam, bo przez najważniejsze ścieżki życia człowiek musi przejść samotnie.


poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Narkotyk złości

Większość z nas ma normalny dom, normalne rodziny i normalne życie. Oczywiście norma to zawsze coś wysoce umownego. Niemniej większość z nas ma jednak życie pozbawione większych nieszczęść i niesprawiedliwości. Co jednak z ludźmi, którzy mieli mniej szczęścia?

Są filmy wesołe, smutne, bolesne...
Jednak istnieją też takie, które w całej swej absurdalności i brutalności wyłaniają na wierzch świadomości jakąś prawdę. W filmie "Bez litości 3" ową prawdą jest siła zemsty. Każdy ma w sobie pragnienie wymierzenia sprawiedliwości, jeśli spotkała go jakaś krzywda, która nie została naprawiona lub odpokutowana. Jeśli była to źle wydana reszta w sklepie, nieadekwatna ocena w szkole, czy inna błahostka, można szybko zwalczyć to pragnienie i żyć nadal spokojnie.
Jeśli jednak krzywda była zbyt duża, żeby zapomnieć, a kary za nią nie ma żadnej?
Główna bohaterka filmu "Bez litości 3" jest ofiarą gwałtu zbiorowego. Próbuje sobie z tym poradzić chodząc na spotkanie grupy wsparcia ofiar przemocy seksualnej. Początkowo historia zapowiada się dość przewidywalnie: dziewczyna jest tak przerażona i poraniona, że boi się wszystkich mężczyzn i nękają ją przywidzenia. (To mógł być taki piękny dramat... :) )
Jednak na grupie wsparcia spokojna dotąd Jennifer poznaje dość przebojową Marlę. Okazuje się, że Marla to dość bezpośrednia i odważna kobieta, która nie boi się mówić ostrych słów, a nawet używać przemocy, gdy czuje, że jest to potrzebne. Jennifer jest zafascynowana Marlą. Zaprzyjaźnia się z nią i często spotykają się w pubie. Jedna z dziewczyn na grupie wsparcia jest prześladowana przez swojego ojczyma. Marla i Jennifer postanawiają coś z tym zrobić. Śledzą owego człowieka, by ostatecznie napaść na niego i zagrozić mu większym pobiciem w razie braku poprawy. Spokojna dotąd Jennifer nie spodziewa się takiego obrotu sprawy, ale ostatecznie nie protestuje. (I tutaj film niepokojąco przypominał kultowy "Podziemny krąg". Muszę przyznać, że cały czas spodziewałam się, że Marla to tylko schizofreniczne złudzenie Jennifer. Dlatego bardzo się zdziwiłam, kiedy okazało się, że nie tylko była prawdziwa, ale też, że została zabita).
Po śmierci Marly film przeradza się w dość krwawą jatkę. Jennifer zaczyna się wkurzać. Wkurza ją śmierć przyjaciółki, wkurza nieudolność policji i nawet wkurza zagadujący do niej kolega z pracy. Ta kumulacja złości prowadzi nie tylko do krwawego pomszczenia Marly (akurat szczegóły wszystkich napadów wolałabym przemilczeć, z uwagi na ich wysoki wskaźnik brutalności), oraz innych ofiar gwałtów. I tutaj mamy dość ciekawe studium wpływu niesprawiedliwości, złości i chęci zemsty na przemoc. A najciekawsze jest to, jak bardzo generowana w kimś złość może przeradzać się w brutalność. Ta chęć czynienia krzywdy i odpłacania wszystkim złoczyńcom (i potencjalnym złoczyńcom) "pięknym za nadobne" w pewnym momencie staje się jak narkotyk.



Jennifer uzależnia się od niej i chce coraz więcej ranić i atakować.
Może w każdym z nas tkwi taki wodospad, któremu jeśli da się ujście - zatopi nas całkowicie?
Może chęć zadawania bólu jest równie silna, lub nawet silniejsza od chęci doznawania przyjemności?
Być może sprawianie bólu może do tego stopnia uzależnić, że w pewnym momencie samo staje się przyjemnością samą w sobie?

Film, ponieważ skłania do myślenia, jest dla mnie cenny. Niemniej jego jednak dość brutalny scenariusz (w mojej ocenie) nie dodaje mu zalet, choć z drugiej strony tylko takie przedstawienie tematu mogło dać najsilniejszy przekaz.
Innych części nie widziałam, więc nie wiem czy mają podobną tematykę i czy skłaniają do analogicznych przemyśleń.

Film ma też inną, dość istotną zaletę - jest nieprzewidywalny. To duży walor, jeśli większość filmów zatraca się w banalności i scenariuszu łatwym do odgadnięcia.

Dlatego, choć nie jest to film dla każdego, a już na pewno nie dla dzieci, jednak jest wart przemyślenia (jeśli już nie samego obejrzenia).



...I pomimo tego makabrycznego tematu...
...życzę wszystkim słodkich snów
 Gosieńka :)

piątek, 17 lutego 2017

Drzewa kształt

Otaczająca nas przestrzeń to zbiór rzeczy, kolorów i myśli, dzięki którym czujemy się komfortowo lub nie. Na ten stan mają wpływ również ludzie, którzy w tej przestrzeni się znajdują. To jednak nie koniec czynników mających wpływ na tak subtelne zjawisko jak poczucie komfortu w danym miejscu. Niewątpliwie należą też do nich fale dźwiękowe, które mogą albo umilać nam życie, albo wręcz je uprzykrzać. Nie można jednoznacznie stwierdzić co jest dla ludzi kojące, a co rozdrażniające, bo z definicji ludzkiej różnorodności taki podział jest niemożliwy. I pomimo faktu, że muzyka poważna przeważnie uspokaja i wycisza, to przecież są ludzie, których o wiele bardziej ukoi mocniejsze brzmienie.

Pomijając temat muzyki, towarzystwa i kolorów istnieje coś co szczególnie wpływa na komfort przebywania w danym pomieszczeniu. Istotne są tu RZECZY.
Nie tylko ich użyteczność i kolor, ale nawet materiał, z którego są wykonane i ich kształt są nie bez znaczenia. Te subtelne cechy wpływają na ich ergonomiczność.

Trudno wyobrazić sobie twardy materiał, który byłby bardziej przyjemny w dotyku niż drewno. Wszystkie zalety tworzyw sztucznych, płyt pleksi, czy kamienia stają się maleńkie, gdy przyłoży się do nich dłoń. Tymczasem drewno nie bez powodu nazywa się "ciepłym", choć przecież w istocie jako martwy kawałek drzewa samo z siebie nie jest ani ciepłe ani zimne. 

Komfort przestrzeni to również jej estetyka. Niewątpliwie wypracowanie odpowiedniego kształtu mebli i dekoracji ma tutaj nieocenione znaczenie.

Ciekawym sposobem na "zaprzyjaźnienie się" z najbliższą przestrzenią jest sięgnięcie po rzeźbę. I nagle zwykła rama obrazu, oparcie krzesła, czy choćby zegar na ścianie nabiera zupełnie innego wyrazu.



To mogą być detale, lub aranżacja całego wnętrza, ale zawsze pozostają nie bez wpływu na postrzeganie całości. 



Trudno nie wspomnieć w tym miejscu o samodzielnych rzeźbach i płaskorzeźbach. 



Takie dodatki do wnętrza dodają mu charakteru, specyficznego klimatu.
Nawet zwykłe lustro wzbogacone kilkoma ozdobnikami wyrytymi w ramie nabiera całkiem innego wyglądu.

Rzeźbą można się zainteresować w charakterze hobby. Wystarczy wolne pomieszczenie (lub "pomieszczonko" nawet, niezbyt duże, ale jednak odosobnione od reszty mieszkania/domu) i kilka podstawowych narzędzi. Inna rzecz, że takie dłubanie jest dość ciężkie i żmudne. Jeśli kogoś relaksuje wykonywanie czynności trenujących cierpliwość, to jest to odpowiednie zajęcie.

A co w przypadku, gdy jednak nie mamy w sobie weny twórczej, wolnego pomieszczenia, lub zwyczajnie nerwów do rzeźbienia?

Wtedy, pozostaje droga mniej rozwijająca nas twórczo, czyli pójście na tzw. łatwiznę i zakupienie gotowej rzeźby. 
W tej materii wybór jest duży. Obecnie nie ma problemu z nabyciem wszelakich rękodzieł. Nie tylko mamy do wyboru produkty z Chin, ale też wyroby rodzimych artystów. W dobie Internetu i dostępności informacji nietrudno jest znaleźć interesującą nas rzecz, lub wręcz ją spersonalizować.

Wśród wielu pracowni rzeźbiarskich działających w Polsce, jedna znajduje się w okolicy Nowego Sącza. Mieszkający tam Piotr z kawałka drewna robi istne cuda. Nie tylko rzeźby i płaskorzeźby, ale też wszelkie ozdoby mebli, ram, oprawy rogów jelenich itp. Spod jego to ręki powstał wielki Krzyż Grunwaldzki znajdujący się w Nawojowej i wszystkie stacje drogi krzyżowej umieszczone w kaplicy w Złotnym. 
Oczywiście umieszczony tu zegar, czy mnóstwo opraw rogów, to nie wszystko co można tam znaleźć lub zamówić. O reszcie można dowiedzieć się bezpośrednio na miejscu...

Miłego dnia życzę wszystkim
-

niedziela, 22 stycznia 2017

Oczami duszy


...Życie pełne jest absurdalnych pytań...


Czasem zastanawiamy się nad tym, czy możliwy jest przeszczep mózgu, a jeśli nawet to czy wtedy tak powstały człowiek będzie w istocie człowiekiem od dawcy mózgu, czy raczej człowiekiem od dawcy reszty ciała. 
Innym razem frapuje nas zachowanie się czasu przy prędkości ponad-świetlnej (czy byłoby możliwe cofnięcie go, o czym oczywiście możemy tylko teoretyzować, bo fizycznie nie umiemy takiej szybkości osiągnąć).
A jeszcze innym razem nasze myśli zaprząta wątpliwość:

Czy można być niewidomym fotografem?

Dwa pierwsze zagadnienia pewnie jeszcze długo nie doczekają się odpowiedzi. Jednak w ostatni piątek znalazłam odpowiedź na ostatnie pytanie...

Pan Wawrzyniec nie jest zupełnie niewidomy. Jednakże na jedno oko nie widzi wcale, a na drugie w bardzo ograniczonym stopniu. Można więc powiedzieć, że jest bardzo mocno niedowidzący. Sprawnie porusza się tylko dzięki białej lasce, która stanowi swego rodzaju „oczy“ chroniące go przed wieloma upadkami....

To właśnie pewna pani okulistka poleciła mu wiele lat temu, by dla treningu skupiania oka zajął się patrzeniem w obiektyw. Tak rozpoczęła się jego niezwykła i wciąż nieustająca przygoda z fotografią. Jako temat przewodni swojej pasji wybrał pociągi, bo od zawsze się niemi pasjonował.

Będąc całkowicie zdrowym, czasem ciężko sobie wyobrazić problemy na jakie natrafia mocno niedowidzący fotograf. Jednym z takich problemów jest równe ustawienie aparatu. Szczegół ten, tak przecież prosty dla osoby widzącej, tutaj może sprawić spore wyzwanie. Pan Wawrzyniec poradził sobie z tą trudnością poprzez obieranie jako pionu drzewa, słupa, lub budynku.Taki odnośnik przestrzeni albo był przez niego widoczny (choćby w niewielkim zarysie), albo służył jako oparcie do aparatu. Z czasem zaczął też używać specjalnego jednonóżkowego statywu, który był jednocześnie laską pomagającą mu w przemieszczaniu się. Ponieważ nie mógł zobaczyć oznaczeń umieszczonych na obudowie aparatu, przyjaciele nanieśli na niej symbole z kleju typu „kropelka“. A oprócz tego wszystkiego, na początku robiąc zdjęcia, wstydził się pokazywać laskę osoby niewidzącej. Przez to o mało nie uległ wypadkowi...

Z czasem na szczęście przyzwyczaił się do swojego hobby, a ludzie - zwłaszcza kolejarze - do niego.

Teraz pan Wawrzyniec nie dość, że nadal pasjonuje się fotografią pociągów, to działa też w klubie miłośników fotografii kolei i organizuje swoje wystawy (a na pewno jedną, która od piątku zdobi wnętrze fortu 49 w Krakowie).




Pozwolę sobie tutaj zacytować wypowiedź pana Wawrzyńca, którą umieścił w krótkim wstępnie do ostatniej wystawy:
To trochę dziwne mieć przy sobie aparat fotograficzny i białą laskę. Jasne, że dziwne, bo jak to? Te urządzenia nie współgrają i może nawet rażą gdy są wspólnie. Będąc człowiekiem z dużą wadą wzroku jestem zakręconym maniakiem kolei i dużo łażę z aparatem fotograficznym po różnych torach. Lubię szczególnie te, nieprzejezdne, zapomniane. Nie gardzę też klimatycznymi stacyjkami i dworcami jeszcze przed remontem. Fotografowanie zaczęło się od mojej pani doktor zresztą okulistki, …
Wawrzyniec Krupa


Napisałam o Panu Wawrzyńcu, bo to człowiek niezwykły. Pomimo przeciwności swojego zdrowia, nie poddał się i zajął pięknym hobby. Jest to przykład człowieka, który pomimo niepełnosprawności potrafi żyć pięknie i z pasją.

DZIĘKI NIEMU MOŻEMY ZOBACZYĆ jeszcze coś:
- Otóż ludzie w pełni sprawni często mają w zwyczaju załamywać ręce i stwierdzać: „Nie dam rady, NIE UDA MI SIĘ“, choć realnie rzecz biorąc przeszkody, które spotykają przeważnie się znacznie mniejsze niż było to u pana Wawrzyńca...

- Tak więc nigdy się nie poddawajcie, jeśli to do czego dążycie jest piękne i wartościowe!!!

- 😎

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Miasto kontrastów

Jego historia zaczyna się w X wieku. Wtedy to miasto owe powstało, założone przez księcia czeskiego Wratysława, lub Bolesława I Srogiego. Wcześniej tereny te zamieszkiwali Ślężanie, jedno z plemion krainy nienazwanej jeszcze Polską. Jednakże już w drugim wieku naszej ery istniało Budorigum, w tym miejscu, lub okolicy dzisiejszego Brzegu. 
...
...
...

Dziwne to miasto, gdzie kosze na psie odchody znajdują się przy każdej ulicy, za każdym niemal zakrętem i na każdym przystanku, a normalnych koszy na śmieci brak. Irytuje to zwłaszcza, gdy chcemy wyrzucić butelkę, która do takiego kosza się nie mieści. Nie wiem co myśleli sobie samorządowcy wprowadzając takie „ulepszenie”. Może chcieli drogą dyskretnego podsunięcia narzędzi przekonać właścicieli psów do sprzątania po swoich pupilach. Może chodziło o upowszechnienie tych pojemników, aby zgodne z przeznaczeniem wykorzystanie ich stało się swego rodzaju modą. Ciężko mi to stwierdzić…
To miasto kontrastów. Rzeczy nowe przeplatają się ze starymi, brzydkie z ładnymi. Można tu spotkać mnóstwo nowych budowli, wręcz dzieł sztuki w kryteriach nowoczesnej architektury użytkowej. A obok (często przy tej samej ulicy, albo naprzeciwko) stoją stare kamienice, rozsypujący się niemi świadkowie minionego ustroju i wiele jeszcze starszych… Nawet jedna kamienica potrafi być z jednej strony piękna, odnowiona, odświeżona i zachwycająca, by z drugiej strony straszyć wyglądem z odrapanymi ścianami z odchodzącym tynkiem i kolorem szarym od spalin.
Interesujące to miasto, gdzie malunek na betonie potrafi zastanowić na chwilę dłuższą niż powinien. Trudno nie zauważyć, że ludzie mieszkający tu mają ogromną duszę artystyczną. Zachwycają pajęczyny rozciągnięte wysoko nad przechodniami, między oknami kamienic. Z daleka wyglądają niczym z lodu. Ale skąd miałby lód pojawić się u nas w maju? Mało realne. Mogłyby je uprząść też prawdziwe pająki-mutanty, ale na szczęście takich nie ma (albo: jeszcze nie ma:o). Dopiero po podejściu bliżej można zauważyć, że zrobione są po prostu z taśmy klejącej. Tej duszy artystycznej, tego zmysłu do tworzenia czegoś, co zachwyci i każe zatrzymać się na chwilę jest znacznie więcej. Nawet teatr przed wejściem ma ustawione w ciekawy sposób ogromne litery. Przed światłami można natknąć się na pomniki kilku ludzi i niemal zderzyć z nimi w codziennym zabieganiu.
Niezrozumiałe to miasto, gdzie w komunikacji miejskiej nie ma biletów rodzinnych. Czyżby nie zachęcano tu (choćby tylko pozornie) do zakładania rodzin i posiadania dzieci?
A poza tym wszystkim Wrocław to miasto, jak miasto :)❤. Pomimo zwyczajnego ruchu, sklepów sieciówek takich jak w całej Polsce i pozornego upodobnienia do wielu innych miast i miasteczek, ma swój klimat. Nie wiem czy bardziej wyczuwalny niż w Krakowie, bo w Kraków tak wrosłam, że brak mi obiektywizmu. Z pewnością Ryneczek większy i jakiś taki bardziej przestrzenny.
I pewnie tutaj też mieszkają ludzie, którzy zajęci swoimi sprawami i spraweczkami nie dostrzegają upływających chwil i zapominają, że żadna z nich nie zdarzy się po raz drugi.

niedziela, 15 stycznia 2017

Pasażerowie

Czy zastanawiałeś się kiedyś jak to jest pozbyć się nadziei?

Czy próbowałeś kiedyś wyobrazić sobie, że do końca życia pozostaniesz sam?

A może dręczy cię czasami uczucie, że wszystko jest nie tak jak to sobie zaplanowałeś?

W filmie „Pasażerowie” takie problemy stają się nagle zupełnie realne i aż do bólu odczuwalne. Oto z komory hibernacyjnej, z powodu usterki technicznej budzi się jeden człowiek, Jim Preston. Nie byłoby w tym wielkiej tragedii, gdyby nie fakt, że jest jedynym przytomnym człowiekiem na statku, który dotrze na planetę docelową dopiero za 90 lat. Oznacza to, że wszyscy pozostali ludzie znajdujący się na pokładzie zostaną wybudzeni, gdy człowiek ten już umrze.


Co można zrobić wiedząc, że nie dożyje się spotkania z żadną istotą ludzką?

To dość niepokojąca wiedza, mogąca prowadzić do samodestrukcji…

Jim na początku szuka rozwiązania, aby jakoś zaradzić tej na pozór beznadziejnej sytuacji. Próbuje zatem włamać się do kabiny pilotów, w której znajduje się zahibernowana załoga statku. Jednak zabezpieczenia tej części maszyny są dla niego nie do pokonania. Stara się też samodzielnie na powrót się zahibernować, ale to okazuje się niewykonalne. Wobec braku możliwości zaradzenia powstałej sytuacji postanawia się w niej jak najlepiej urządzić. Zatem włamuje się do sali dla vipów.  Tam zajmuje się grą w koszykówkę, nauką tańca, oglądaniem filmów i delektowaniem się wykwintnymi daniami. Wszystko to jest rozpieszczające i przyjemne, ale po jakimś czasie nudne.

I co wtedy można zrobić?

Najbardziej kuszącą perspektywą staje się poddanie zwątpieniu i skończenie ze swoim beznadziejnym bytem. Jim też ma taką myśl. Jednak w ostatniej chwili zmienia zdanie.

I właśnie wtedy dostrzega ją – pomimo, że zahibernowaną i zastygłą niczym śpiąca księżniczka, to przecież piękną, interesującą i intrygującą. 


Odnajduje jej dane i w ten sposób dowiaduje się kim jest i czym się zajmuje. Aurora jest pisarką, więc Jim czyta wszystkie jej książki. W ten sposób coraz bardziej się w niej zakochuje…

I teraz staje przed tragicznym dylematem:
Zostać do końca życia samotnym, czy zbudzić ją, tym samym pozbawiając szans zobaczenia nowego świata?

Tak, film „Pasażerowie” obfituje w wiele pytań dotyczących istoty człowieczeństwa, schematu postępowania i labiryntu myśli. I to jest najważniejszy plus całego dzieła.

Nie sposób jednakże nie wymienić tutaj jeszcze jednej zalety filmu: doskonałej gry aktorskiej. Pomimo, że Jennifer Lawrence i Chris Pratt zagrali wspaniale, to jednak najbardziej przekonywujący był Michael Sheen. Zresztą to nie może być takie proste udawać androida gdy jest się człowiekiem.

Widok kosmosu, przeogromu wszechświata i gwiazd otaczających całą przestrzeń, daje niesamowite przeżycie.

Owszem, pojawiły się pewne niedociągnięcia fabularne. Myślę, że należy do nich sytuacja z chłodzeniem reaktora termojądrowego, kiedy to pomimo wystawienia na bezpośrednie działanie ognia znajdującego się w reaktorze Jim nie spalił się na węgiel. Oczywiście miał jako tarczę drzwi, ale obraz, który tam pokazano raczej przeczył by taka częściowa i przecież nietermiczna osłona mogła wiele pomóc.

Jednakże, nie szukajmy dziury w całym. Jak na obecnie tworzone filmy ten jest aż nazbyt dobry. Akcja pomimo statyczności miejsca jest dość ciekawa. A zarys osobowości bohaterów wystarczająco realny.


Tak więc, dzieło to mogę z czystym sumieniem polecić wszystkim, bez względu na płeć, stan duchowy i wiek, bo każdy może znaleźć tu coś dla siebie.

- Życzę ciepłej nocy :)
 Gosieńka  


Sounf of Freedom

W swoich wygodnych domkach i małych troskach nawet nie zastanawiamy się nad istnieniem poważnych problemów trawiących ludzkość. Owszem, wiem...