sobota, 24 września 2016

Czarny Protest

Nie będę nawoływać do udziału w „Czarnym Proteście”, bo najpewniej skończy się tak jak inne demonstracje. 



Człowiek pójdzie, wymorduje się, wystoi, zmoknie jeszcze (bo pogoda lubi przy takich okazjach się załamywać) i na dodatek usłyszy wiele haseł (oprócz tego przewodniego), z którymi bynajmniej się nie utożsamia. Tylko, że wtedy, będąc mróweczką w tłumie ludzi, nie ma jak zaprotestować i oświadczyć, że „z tą wypowiedzią to ja akurat się nie zgadzam”. 
Efekt jest taki, że potem słychać w mediach, że tyle i tyle ludzi demonstrowało przeciwko zakazowi całkowitej aborcji i np. kościołowi katolickiemu w Polsce, albo rządom PIS’u, czy dajmy na to za przyjęciem uchodźców, lub obroną frankowiczów. . . – To akurat bzdurne pomysły wyssane całkowicie z palca, ale wiem z autopsji jak takie pochody się kończą. Na żaden kolejny nikt mnie już nie namówi (tak przynajmniej teraz myślę).

Co do ustawy, pewnie że jest zła. I nie dlatego, że kobieta ma prawo do usuwania ciąży. Nikt przecież nie ma prawa pozbawiać życia innego człowieka. Jedynym wyjątkiem jest obrona własna, więc jeśli ciąża zagraża życiu – nie ma w ogóle tematu (podobno takie przypadki również w tej ustawie są uwzględnione jako wyjątki, ale – wstyd mi się do tego przyznać – nie czytałam jej, nie zajmowałam się nią wcale, właściwie gdyby nie wielkie poruszenie na FB pewnie nawet bym nie wiedziała, że teraz to jest temat nr 1).

Jeśli jednak przyjmiemy, że takie przypadki są i tu uwzględnione, to nadal istnieje drugi problem, o którym jakoś nikt nie debatuje, nikt nie rozprawia, nawet nikt nie mówi.

Tym problemem jest opieka nad dziećmi niepełnosprawnymi.

Nie o to chodzi, że wszyscy chcemy mieć za córeczki śliczne, niebieskookie blondyneczki z dołeczkami w policzkach, a za synów ciemnookich szatynów z rozbrajającym uśmiechem. Nie o to chodzi, że każdy chciałby mieć dziecko idealne, a jeśli takie nie jest, to powinien mieć prawo do rezygnacji z niego i podjęcia kolejnej próby. Dziecko, to przecież mały człowiek, a człowiek – jak bardzo byłby niedoskonały, zawsze ma prawo do życia. Jeśli nie byłoby powszechnej zgody na to stwierdzenie, istniałaby w naszym kraju kara śmierci.

Skoro zatem nawet wielokrotny morderca ma prawo żyć, to dlaczego odmawiać tego podstawowego prawa bezbronnemu dziecku?

Oczywiście prawo do życia ma też kobieta, która to dziecko wydaje na świat. Jeśli z góry wiadomo, że jest na tyle niepełnosprawne, że nigdy nie będzie samodzielne, to dlaczego skazywać ją na dożywotnią opiekę nad nim?

I tu pojawia się moje przemyślenie:

Już w ustawie antyaborcyjnej powinno być zastrzeżone, że takie dzieci mają zapewnione dożywotnie utrzymanie przez państwo. Bynajmniej nie mam tu na myśli tych kilka stówek miesięcznie (które i tak na nic nie starczają, jeśli dziecko wymaga rehabilitacji, drogich lekarstw i całodobowej opieki). To bardziej powinno być zapewnienie tych wszystkich potrzebnych rzeczy za darmo łącznie z jakąś późniejszą emeryturą dla matki, która przecież nie podejmie pracy, bo 24 h na dobę opiekuje się chorym dzieckiem. Wiem, że brzmi to dość nierealnie, tym bardziej, że w Polsce trudno sobie wyobrazić darmową i jednocześnie sprawną opiekę medyczną. Jednak wydaje mi się, że to byłby najlepszy kompromis pomiędzy ochroną życia dziecka, a ochroną życia (i jakości tego życia) jego matki.

Jeśli zatem udałoby się zapewnić godny byt dzieciom chorym i ich rodzicom, a ciąże zagrażające życiu matek mogłyby być usuwane (oczywiście w zależności od wyboru samych matek, bo nie można im odbierać możliwości dobrowolnego heroizmu i wyboru najwyższego poświęcenia), to najważniejsze punkty zapalne w całym sporze zostałyby ugaszone.

I co wtedy?

Nie byłoby tysięcy postów za i przeciw tej ustawie?
Nie byłoby marszu antyaborcyjnego?
Nie byłoby całego szumu z nim związanego?
I jeszcze ludzie dowiedzieliby się – nie daj Boże – o innych ustawach, które właśnie są przedmiotem debaty w sejmie…
/A raczej nikt nie chciałby się tłumaczyć dlaczego ulega podwyższeniu składka ZUS, albo zostaje zatwierdzona umowa CETA/


Nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, ale zbyt często w Polsce debatuje się o aborcji, eutanazji, czy in vitro, a zbyt rzadko o wzroście kwoty wolnej od podatku, zmniejszeniu kosztów zatrudnienia, czy choćby nawet o racjonalnej (czyt. niepatologicznej) pomocy najuboższym. Te tematy praktycznie wcale się nie pojawiają.

Tymczasem ustawa wzbudza ogromne emocje, podburza ludzi i motywuje do działania. 

A przecież za trzy lata (a najdalej za siedem) zmieni się opcja polityczna rządząca w Polsce i znów zmieni się kształt tej ustawy.

I znowu będzie ogólna nawalanka przeciwników ze zwolennikami, nieustanny szum, masa protestów, wypowiedzi działające na emocje…

A w mediach własnie o tym będzie najgłośniej, więc znowu będzie można – niejako przy okazji – przegłosować w sejmie parę niewygodnych ustaw.

No to miłego wieczorka życzę

- Gosieńka

poniedziałek, 19 września 2016

Tartuffe albo szalbierz

Teatr ze swej definicji jest sztuką wyższą. Daje możliwość obejrzenia czegoś co dzieje się w danej chwili, choć oczywiście jest efektem wielu godzin prób i przygotowań. Tutaj nie tylko widzimy aktorów, ale też oni widzą nas. Ta niezwykła interakcja wymusza odpowiednie zachowanie, większą koncentrację, ciszę i spokój. W chwilach śmiesznych głośny wybuch wesołości odzwierciedla starania aktorów, by publiczność dobrze się bawiła. I chociaż wszystko jest mistrzowsko wytrenowane, zawsze przecież może pojawić się jakiś element zaskoczenia, drobna pomyłka, roztargnienie, które odrobinę zmieni sztukę, a widzom pozwoli uczestniczyć w czymś niepowtarzalnym.
Walorów teatru jest pewnie znacznie więcej. Jednakże oglądając sztukę

TARTUFFE ALBO SZALBIERZ

dość trudno je dostrzec.



Owszem, jest to przedstawienie lekkie, komediowe, zachęcające do odprężenia. Jednakże nie wiem, czy z tą lekkością reżyser jednak nie przesadził. Do teatru (nie tylko na sztuki dla dzieci) chodzimy z córką. Zwykle podobają się jej nakreślane w nich opowieści, choć nie zawsze do końca je rozumie. Tym razem jednak nie zrozumiała zupełnie nic, a jedyne co się jej podobało to:
- Nagi pan jeżdżący na rowerze
- Pan pokazujący pupę
- pan zapadający się w podłogę.
Nie zamierzam być głosem wszystkich dewotów i bigotów. I nie chcę potępiać sztuki za pokazywanie w niej nagich pośladków i piersi. Jednak prawdą jest, że te elementy bynajmniej nie przypadły mi do gustu.
Z rzeczy na minus, to na sztuce tej bardzo mało się śmiałam. Zważywszy, że jest to komedia – oczekiwałam jednak znacznie więcej.
Oczywiście można wymienić też bardzo wiele plusów. Każda sztuka teatralna ma szereg zalet, nawet jeśli pojedyncze elementy są nie do końca udane. Tutaj na plus – jak zwykle zresztą – była świetna gra aktorska. W tym aspekcie nie można doszukać się żadnego słabego punktu.
Innym plusem była scenografia, nie wyłączając z niej jeżdżącego samochodu. Być w teatrze i zobaczyć ludzi w jadącym samochodzie, to jednak jest ogromna niespodzianka J .
Mistrzowsko (za pomocą rekwizytów religijnych i niestandardowego ich wykorzystania) pokazano obłudną pobożność Tartuffe’a. I choć wymachiwanie różańcem i traktowaniem go jako kajdanek graniczyło z obrażaniem uczuć religijnych, to przecież (po wnikliwszym wpatrzeniu się w rekwizyt) można było zauważyć, że nie był to przecież prawdziwy różaniec.  
Sama tematyka sztuki jest doskonale znana. Wszyscy którzy choć odrobinę kojarzą Moliera i jego „Świętoszka” bez problemu odnajdą tu sztukę: „Tartuffe albo Szalbierz”.
Czy warto na nią pójść?
- Nie wiem…
Nie lubię ludzi zniechęcać do teatru i nie mam na celu takich działań. Ponadto jedna jaskółka wiosny nie czyni. Dlatego jeśli ktoś lubi Moliera i ma większe poczucie humoru ode mnie – polecam do obejrzenia ową sztukę.

Dobranoc wszystkim :)
- Gosieńka :-B


niedziela, 11 września 2016

Być samowystarczalnym

Patrząc na obecny konsumpcjonizm i masową produkcję żywności można powiedzieć, że nie jest to dobry kierunek rozwoju.

Jedzenie, które kupujemy w sklepach nafaszerowane jest nawozami, antybiotykami, spulchniaczami, konserwantami, barwnikami i sztucznymi aromatami. W ten sposób nawet unikając rzeczy najbardziej przetworzonych i tak nasze zdrowie staje pod wielkim znakiem zapytania.



To nie tak, że człowiek powinien cofnąć swój rozwój do czasów jaskiniowych. Cóż wtedy miałby robić? Całymi dniami polować, podtrzymywać ogień i dłubać w skałach niezrozumiałe bohomazy (A przepraszam – TWORZYĆ PIERWSZĄ SZTUKĘ J)?

A tak by wypadało zrobić, aby jedzenie spożywane przez nas było stuprocentowo zdrowe, naturalne i niezanieczyszczone.

Oczywiście można pokusić się o poświęcenie się idei życia samowystarczalnego. Nieraz w historii powstawały takie osady – komuny, które miały za zadanie uprawiać ziemię, hodować zwierzęta i ze swych plonów się utrzymywać. Jednak projekty takie wcześniej czy później upadały z powodu … swej niewystarczalności. Okazało się bowiem, że rośliny zbyt wolno rosną, a zwierzęta zbyt długo dorastają, by żywienie się tylko tym co się samemu wyhodowało miało sens. Inna sprawa, to przywódcy takich „komun”. Ich przebojowość i entuzjazm nieraz opłacane były schorzeniami psychicznymi (wszak nie jest łatwo udawać ucieszonego i optymistycznego, gdy widzi się, że do całego przedsięwzięcia wciąż trzeba dokładać z własnych, coraz bardziej topniejących zasobów finansowych, a na dodatek trzeba to ukrywać przed resztą społeczności, by nie popadła w zwątpienie).

Jednak idea samowystarczalności jest bardzo pociągająca. Szkoda tylko, że gdy się nad nią dłużej zastanowić, to wychodzi na to, że zamiast rozwijać się człowiek musiałby się cofnąć w rozwoju.

Dlaczego?

Z powodu czasu…

Chcąc wykonać wszystkie ziemniaki, zebrać ogórki, wypasać krowę, zebrać żyto, nazbierać jabłek, śliw i gruszek i na dodatek upiec chleb, zrobić sery, masło, itd… może się okazać, że zajęcia te zajmują człowiekowi cały boży dzień i na żadną inną aktywność nie ma już czasu. Owszem, powrót do natury może uwznioślać i ubogacać duchowo, ale trochę bez sensu w imię zdrowia rezygnować z nieco bardziej intelektualnych aktywności (nie obrażając przy okazji nikogo z samowystarczalnych rolników i hodowców, jeśli takowi jednak gdzieś są J).

Biorąc pod uwagę fakt, że człowiek ma maksymalnie 120 lat życia, powinien spędzić go najlepiej jak potrafi. I jeśli kocha życie pierwszego osadnika, to oczywiście ma prawo do takiego życia. Jeśli jednak bardziej interesują go podróże, czy inna praca nie powinien bezrefleksyjnie z tego rezygnować.

A co w takim razie ze zdrowiem?

Nie ma na nie wbrew pozorom jednej receptury. Zawsze jest coś, na co człowiek może zapaść. Jeśli nie są to wrzody, choroba wątroby, czy problemy z sercem, to może być przecież np. nowotwór. Jedzenie rzeczy zdrowych, oddychanie niezanieczyszczonym powietrzem i brak zbyt dużego stresu, to oczywiście czynniki działające pozytywnie na zdrowie. Jednak nie zapominajmy, że człowiek to istota, która do nawet najtrudniejszych warunków potrafi się przyzwyczaić. Jedzenie, które obecnie jest w sklepach pewnie zabiłoby na miejscu naszych przodków (którzy – sami nawet o tym nie wiedząc – odżywiali się niezwykle „eko” i „bio”). Natomiast my, którzy od dzieciństwa, lub wczesnej młodości karmimy się żywnością produkowaną na masową skalę staliśmy się na nią uodpornieni. Nie znaczy to, że czasem ktoś z nas nie zachoruje z powodu pestycydu, czy antybiotyku w mięsie. Jednak większość z nas nie jest zbyt wrażliwa na negatywne składniki pożywienia.



Dlatego warto dbać o kupowanie rzeczy jak najmniej przetworzonych i wyhodowanych w miarę możliwości w sposób naturalny.

Jednak nie można też popadać na tym punkcie w obsesję. Wszak zdrowie, to przede wszystkim ruch. Jedzenie jest zawsze na drugim miejscu w tej złożonej przecież zależności...


- Zatem niech jedzenie nie spędza Wam snu z powiek


... Dobranoc :) 

Gosieńka 

Sounf of Freedom

W swoich wygodnych domkach i małych troskach nawet nie zastanawiamy się nad istnieniem poważnych problemów trawiących ludzkość. Owszem, wiem...