To niesamowite, jak niezwykły czas panoszenia się nowego wirusa pobudza ludzi do nowych aktywności. Tak oczywiście jest nie tylko w urzędach (nagle wszystko da się załatwić telefonicznie, lub chociaż internetowo), czy biurach (dotąd praca zdalna należała do rzadkości i była niejako wyróżnieniem dla zasłużonych pracowników, albo przywilejem kobiet znajdujących się tuż po urlopie macierzyńskim).
Tak też jest w szkołach!!!
Dotąd zdalne nauczanie było gdzieś spychane na bok, traktowane dziwnie po macoszemu. Nikt nie chciał się go podejmować, a jeśli już ktoś się podejmował, to raczej w formie czegoś dodatkowego, często płatnego, niż zwyczajnie powszechnego. Sama kilka lat zajmowałam się nauką zdalną na platformie, która była w jakimś stopniu do tego przygotowana, bo przez kilka miesięcy przed jej uruchomieniem tworzyliśmy materiały multimedialne. Jednak teraz okazało się, że platforma nie działa, a szkoły potrzebują sposobów na dalszą pracę i to nie za miesiąc, czy pół roku (gdy opracujemy już niezbędne materiały), ale już, dosłownie w tej chwili.
I nagle zostaliśmy całkowicie sami już bez przygotowanej wcześniej platformy do zdalnego nauczania i bez informacji o tym jak mamy się komunikować z uczniami, a uczniowie z nami.
Pierwsza myśl - oczywiście librus. Tylko, że przez dziennik elektroniczny nie można przesyłać plików. Teoretycznie można, nawet kiedyś mi załadowało kilka takowych, ale od pewnego czasu mam problem z tą funkcjonalnością. Zatem - w panice, żeby moi uczniowie nie tracili czasu na bezczynne leżakowanie w domu, zaczęłam wysyłać do nich po jednym zadaniu codziennie. Oczywiście zaznaczyłam, że jest to coś dodatkowego, więc można za to zbierać plusiki, ale nie minusiki.
Jako, że uczniowie nie bardzo mogli przesyłać rozwiązania przez librusa (znowu jest mowa o załącznikach), więc podałam im swojego e-maila i powiedziałam, że mogą też mnie szukać na messenegerze. Duża część moich uczniów odnalazła mnie i zaczęliśmy coś robić. Pierwszą lekcję odbyliśmy na Skypie, potem na Discordzie. O tym ostatnim powiedzieli mi sami uczniowie, bo wykorzystują go do gier. Dyrekcja też nie bardzo wiedziała jakie narzędzie nam polecić. Najpierw polecała te dwa, a w ostateczności stanęło na MicrosoftTeam.
Uczniowie na znają tego narzędzia, nauczyciele nie znają i generalnie wszyscy błądzimy.
Z częścią uczniów próbujemy pracować na dołączonym tam notesie, wpisując nawet poprawnie formuły matematyczne, a z częścią na innej zdalnej tablicy i potem to wklejamy do notatnika. I jakoś to idzie, chodź siedzenia przy tym mam bez liku - najpierw, żeby przed lekcją wpisać wszystko na tablicę zdalną, potem poprowadzić normalne lekcje, a na koniec przesłać zadanie domowe (też przez Teamsa), porobić screeny z lekcji do notatek dla uczniów i sprawdzić zadania z poprzedniego dnia. W rezultacie całymi dniami siedzę na Internecie...
Kraków, 27 III 2020


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz