Dzień I :
Post oczyszczający należy zacząć dietą przygotowawczą. Pewnie bym takową zastosowała, gdyby nie fakt, że rozpoczęłam ową głodówkę zupełnie spontanicznie. Ot, zdarzył mi się smutek, tak smutny, że nagle przestało mi się chcieć jeść, a w sumie to i żyć. Dlatego zaczęłam zamartwiać się i pościć. Pierwszy dzień nie był dla mnie zły pod względem spożywczym. Był za to zły pod każdym innym względem. Byłam zła, smutna i załamana. Wieczorem przyjechaliśmy do rodziny. W nocy było mi zimno.
Dzień II :
Cudowne, tłuste posiłki. Wszystko takie, że ślinka tylko cieknie. Tu kotlety z ziemniakami z koperkiem i sałatą z sosem winegret, tam znowu świetne ciasto i jeszcze kaszanka z grilla i kiełbaska. Tylko usiąść i płakać. Jednak uparłam się, że nie będę jeść. Może nie był to najlepszy moment, bo wizyta u rodziny zawsze tak się kończy – stosem jadła na stole. Jednak udało mi się przeżyć o czystej wodzie i ślince na brodzie. Spałam w ubraniu, ale i tak czułam, że mi zimno. Dziwne.
Dzień III:
Miałam pewny problem ze wstaniem z łóżka. Rano było mi jakoś tak słabo, trochę niedobrze. Wiedziałam, że to z głodu. Napiłam się trochę wody. Odrobinę pomogło. Napiłam się jeszcze. Nadal nie byłam w pełni sprawna. Strzaskałam twarz rękami zmoczonymi w zimnej wodzie, a potem wzięłam gorący prysznic. Trochę lepiej się poczułam. Przynajmniej na tyle lepiej, bym mogła zejść „na śniadanie”. Dzień zniosłam dzielnie, choć momentami czułam żołądek i słabość. Na szczęście udało mi się dotrzeć do domu. A tutaj mogłam już skulić się w sobie, poleżeć w gorącej kąpieli i zasnąć. Tylko było mi tak bardzo zimno…
Dzień IV:
Rano nie mogłam się pozbierać z łóżka. Znowu było mi słabo. W końcu się udało. Zabrałam moją córkę do kina. Sala była tylko dla nas. Jakoś dotarłam tam, choć nie miałam sił. Po filmie nawet zabrałam ją do M1. Jestem gigantem! Nadal było mi zimno, ale nie odczuwałam tego bardzo, bo ubrałam się grubo (wełniany sweter i kurtka prawie zimowa). A potem wróciłam i podgrzałam zupę, która mówiła do mnie: „Zjedź mnie, weź mnie, chociaż łyżeczkę”. Lubię zupę z soczewicy. Jednak tym razem musiałam obejść się smakiem.
Dzień V:
Czułam się lepiej. Nie było mi już zimno (nie marzła mi prawa ręka, jak to było wcześniej) i byłam mniej słaba. Ochoczo pognałam do sklepu. I kupiłam przecudne truskawki (jeszcze dość drogie, bo po 8 zł, ale trudno). Poranna trawa, nawilgła nocnym deszczem pachniała ziemią i świeżością. Kosy śpiewały bezpośrednio do mózgu. A kukułka gdzieś w oddali dodawała swoje pięć groszy. Czułam, że mam wyostrzone zmysły, że bardziej czuję, lepiej słyszę. Szłam po tej miękkiej ziemi jak zahipnotyzowana, bardziej szczęśliwa niż powinnam. Tylko gdy pomyślałam sobie o jedzeniu miałam na nie straszną ochotę. Czułam się jak wampir opiekujący się człowiekiem. Jednak nic to, w końcu jestem mamą i żoną. Zatem zabrałam się do gotowania obiadu. Przygotowałam młode ziemniaki w mundurkach z koperkiem, mizerią i jajkiem sadzonym. A potem, niemal z rozpędu upiekłam dwa chlebki (czosnkowy i koperkowy), ciasto truskawkowe i koktajl truskawkowy. Nie jadłam niczego, ale już smakowanie oczami i nosem tych pyszności dawało mi pewne ukojenie.
Dzień VI :
Było mi trochę zimno w ręce, ale nie strasznie. Wody już nie piłam tak dużo. Chyba mi się już znudziła. Owszem piję ją, ale bez szału. Dziś naszło mnie na sałatkę z kalafiora. Jako, że miałam wyjątkowo przy sobie męża razem poszliśmy do sklepu. I w warzywniaku obłowiliśmy się wszystkim co tylko było mi dane. Do miski wrzuciłam podsmażone kawałki piersi z kurczaka, podsmażone w jajku cząstki kalafiora, pokrojoną rzodkiewkę (z liśćmi), ogórka, ogórka kiszonego, pora (sparzonego, żeby był łagodniejszy), ziemniaki (ugotowane wcześniej), usmażoną cebulę i zieleninkę. Na koniec podlałam go własnoręcznie zrobionym majonezem: z jajkiem, dwoma łyżkami soku z cytryny, połową łyżeczki cukru i soli, połową szklanki oliwy z oliwek, pieprzem, chili, cząbrem, gałką muszkatołową i własnoręcznie zrobioną wegetą. I było dobre. Tak przynajmniej twierdzi moja rodzina, bo ja nadal nic nie jem. Wieczorem wzięło mnie na nakręcanie się na robienie domowych wędlin. Jak wyjdę z postu i wyjścia z postu to pewnie coś takiego zrobię. Dziś mój mąż stwierdził, że też chce pościć. W sumie skoro go ciągnie, niech spróbuje. To nie jest takie straszne, jak się wydaje ;).
Dzień VII :
Wczoraj zapomniałam, że zęby mam myć bez pasty i bezmyślnie przed snem nałożyłam ją myjąc zęby. Mam nadzieję, że to nie zepsuje mojego oczyszczenia… A dziś pokonałam piechotą 12 km. Nie jest to może super świetny wyczyn, ale jak się jest trochę słabszym i jak się nie do końca wierzy w swoje siły – to jednak jest COŚ. Czułam się dobrze. Dla spokoju ducha zrobiłam wreszcie tę lewatywę. Nie miałam w sobie dużo brudów, ale coś jednak wyszło. Powiedziałam znajomej, że jestem na poście. Przeraziła się. To dobra kobieta i wszystkich dookoła karmi, więc nie wyobraża sobie, że ktoś może nie jeść (i to z własnej nieprzymuszonej woli). Dużo czasu spędziłam oglądając przepisy kulinarne w Internecie. Coraz bardziej mnie to kręci. Dziś nauczyłam się przygotowywać zdrowego Big Maca i cheeseburgera. Zgłębiłam też temat skrzydełek prawie takich jak z KFC. Wiem, że nie są to rzeczy wskazane, ale muszę je wypróbować. Jutro robię mojemu dziecku hamburgera. Będzie pysznieJ
Dzień VIII :
To był dobry dzień. Nie czułam się źle. Nie było mi słabo, choć czasami czułam, że mam mało sił (np. idąc pod górę). Poza tym mój mąż zaczął dziś swoją głodówkę. Był słaby, głodny i obolały (czuł żołądek, albo wątrobę), ale za to jeszcze bardziej kochany. A mojej córce zrobiłam na obiadek hamburgera jak marzenie. Bułkę przekroiłam i podsmażyłam na patelni od stron środkowych, żeby była chrupka. Na to dałam sos majonezowy (sama robiłam majonez, który połączyłam z drobno posiekanymi ogórkiem kiszonym i cebulką). Potem ułożyłam paski sałaty lodowej. Na to dałam plaster żółtego serka i plasterki ogórka kiszonego i korzenia rzodkiewki. Na koniec dałam mięsko i drugą część bułki. Mięsko to było wołowe. Sama je zmieliłam, a potem ugniotłam z posiekaną drobno cebulką i pieprzem. Soli nie dawałam. Dopiero na patelni nasypałam jeszcze trochę na to przyprawy do grosa. Tylko patrzyłam na to wszystko, ale widziałam, że było pyszne. Już samo obcowanie z jedzeniem sprawiało mi przyjemność. Moja córka powiedziałam, że jest przepyszne. Zjadła takie dwa (ale w odstępnie kilku godzin).
Wyjęłam wreszcie z łazienki wagę i wyszło mi, że ważę więcej niż przed postem. Najwidoczniej urządzenie to już szwankuje. Zresztą schudły mi też palce. Od ciąży nie nosiłam obrączki, bo mi przytyły. A dziś mogłam ją znowu (po 8 latach) założyć!
Dzień IX :
Nad ranem bolało mnie serce. Tak bardzo, że musiałam się przesunąć na prawy bok i ściągnąć z siebie śpiącego kota. To było takie ściskanie. Co ciekawe czasem takie miewałam, ale krótsze i bardziej bolesne. Być może teraz leczy się moje serce. Czy było chore? Może trochę było. Tak naprawdę dopóki nie ma objawów uniemożliwiających normalne funkcjonowanie choroby się bagatelizuje (nie tylko przez samych chorych, ale też przez lekarzy). Przy poście oczyszczającym tak może być, że narząd, który jest leczony przez organizm trochę boli. I coś w tym jest. Dwa dni temu bolał mnie prawy dół brzuch (jakoś w okolicy wyrostka robaczkowego). Nieraz mnie pobolewał, ale też krótko, choć intensywnie, więc nie było sensu z tym nigdzie biegać. Co niby powiem lekarzowi (jak już odczekam tych 5 godzin w poczekalni), że wczoraj coś mnie tu kłuło? Przecież mnie wyśmieje. Powie, że wszystko czasem boli i na tym się skończy rozpoznanie…
Chyba coś mam w tym poście z hormonami, bo na występie mojej córki płakałam jak głupia. Tak się wzruszyłam. Dobrze, że było dość ciepło, więc miałam założone ciemne okulary.
Dzień X :
Rano bolało mnie lewe oko i żyłki od niego w kierunku nosa. Możliwe, że leczy mi się to niezdiagnozowane nigdy zapalenie zatok. Coś w każdym razie było na rzeczy, bo przy byle przeziębieniu czułam ból w tyle głowy i od razu miałam zatkany nos. Nie są to zwyczajne objawy zapalenia zatok, ale czasem ropa nie gromadzi się tam gdzie standardowo. Poza tym czułam się dobrze. Wczoraj zostało dość dużo resztek z obiadu, bo Maja niewiele zje (w porównaniu z nami, gdy jedliśmy). Coś tam pojadła warzyw gotowanych na parze, czyli ziemniaków, brokuła i fasolki szparagowej (którą dodatkowo obtoczyłam w jajku i podsmażyłam). Do reszty dodałam 4 podsmażone cebulki, 2 kostki sera topionego, 1 kostkę sera białego oraz sól, pieprz, cząber, kurkumę, paprykę i gałkę muszkatołową i wszystko zmieliłam w maszynce do mielenia mięsa. Dziś wyjęłam tą papkę. Maja spróbowała. Stwierdziła, że trzeba trochę popieprzyć i posolić. Zrobiłam to, po czym uznała, że jest dobre. Zatem razem z mężem lepiliśmy pierogi z tym właśnie farszem. Wyszło nam 5 tacek pierogów. Miałam już dość. Mai zrobiłam takie jedzonko z podsmażoną cebulką i skwarkami. Smakowało jej. To był dobry dzień, choć na końcu zadzwoniła teściowa i rzucała się, że nie jem. Wydaje się jej, że to jest narażanie swojego życia, bo rozmawiała z zaprzyjaźnionym lekarzem, który kategorycznie tego zabrania i że jak nie przestanę to naśle na mnie odpowiednie organy. Pytała też czy nie jesteśmy w jakiejś sekcie. Na początku próbowałam jej tłumaczyć, że tak się właśnie leczy organizm, że nie jestem anorektyczką i że nic mi nie grozi. Jednak z niektórymi ludźmi rozmowa przypomina bardziej rzucanie grochem o ścianę niż normalny dialog. W końcu dałam za wygraną i tylko przytakiwałam jej „mądrym wywodom”. Ludzie nauczyli się, że czasem coś ich boli, a jak bardzo boli to biorą tabletki przeciwbólowe, albo idą do lekarza. Wtedy dowiadują się, że są na coś chorzy i przyjmują to jako niezmieniany pewnik. A jak lekarz powie im, że zostało im 3 miesiące życia, to też godzą się z tym jak baranki idące na rzeź… Ciekawe czy gdyby poczytali o właściwościach postów i o tym, że mogą wyleczyć się z chorób, o których jeszcze nawet nie zdają sobie sprawy też byliby tak kategoryczni w swoich poglądach…
Dzień XI :
Jest dobrze. Nic mnie nie boli, nic mnie nie męczy. Tylko ta złość na teściową coraz bardziej we mnie wzbiera.
Dzień XII :
Dziś mój mąż miał ciężki dzień. Rano miał rozmowę o pracę. Potem prosto szedł do pracy, następnie pograć z kolegami w piłkę, a na końcu jeszcze odebrać patelnię z paczkomatu. Rano tylko na chwilę podniosłam głowę, żeby powiedzieć mu „Cześć”. Potem jeszcze chwilę spałam, choć teraz śpię tylko 6 godzin, a potem to bardziej z nudów niż z prawdziwej potrzeby. Na obiad była zapiekanka. Na spodzie foremki ułożyłam starte lekko podsmażone ziemniaki z cebulką, jajkiem i przyprawami, a jak to się podpiekło wylałam na wierzch masę z rosołku, śmietany, makaronu, jarzyn z rosołku, papryki, mięska, odrobiny mąki, seru pleśniowego, seru żółtego i trzech jajek. Dziecko najpierw zaczęło chwalić ową zapiekanę, a potem stwierdziło, że te jarzyny nie pasują i że w sumie nie ma na nią ochoty. Nie przejęłam się tym zbytnio. Zwyczajnie zamroziłam resztę. Pojechałam dziś do centrum miasta z koleżanką. Najpierw odwiedziłam Lidla (przepisy Pascala ostatnio mnie zachwycają), a stamtąd skierowałam się na Rondo Kocmyrzowskie. Tam kupiłam w starych gazetach Focus’ika i trzy magazyny kulinarne (z tym gotowaniem to ostatnio mam całkiem powalone). Raptem pokonałam 5 km, a jednak czułam, że zaczynają boleć mnie nogi. Mało piłam. Jakoś nie miałam ochoty. W sumie przestaję mieć ochotą na wodę. Wieczorem upiekłam dwa chleby czosnkowo-koperkowe. Mi pachniały okrutnie, ale Maja stwierdziła, że coś jej w nich nie pasuje.
Dzień XIII :
Skoro mój mąż stwierdził, że jutro zaczynamy wychodzić z postu, przestawiłam się na łaknienie jedzenia. I coraz bardziej chce mi się jeść… A on nagle stwierdził, że jutro to jednak warto wytrzymać i że od pojutrza zaczynamy wracać do przyjmowania pokarmów. Z takim podejściem, to ja nie wiem jak jutro wytrzymam. Dziś myślę tylko o jedzeniu (to akurat nie nowość J). Córce zrobiłam grillowanego łososia ze szparagami, ryżem i truskawkową salsą. I myślałam, że zjem to oczami. Nadal mam zakwasy, jakbym wczoraj co najmniej ukończyła maraton, a nie przeszła raptem 5 km.
Dzień IVX :
Dziś wychodzę z postu. Będzie trwać tylko do wieczora. Potem przeżucie skróki z chleba (ale nie jedzenie jej), napicie się serwatki i kefiru.
Później trzy dni samych dni, tydzień warzywny (bez soli, cukru, tluszczu, mięsa i smażenia) i kolejny tydzień z rybami bez potraw tłustych, ale już czasem z mięsem...