Kiedy byłam dzieckiem... - Brzmi dziwnie, prawda? Zupełnie jakbym teraz była kimś zupełnie innym. Owszem trochę się zmieniłam, pewnie wydoroślałam, zmądrzałam, ale przecież nie teleportowała się do obcego bytu… :roll:
W każdym razie, kiedy byłam małym dzieckiem moja mama hodowała w słoiku kryształki. Były dziwne, małe niczym połowa zęba, takie gąbczaste, miękkie i przeźroczyste. Co dzień wylewało się z nich wodę, a wlewało świeżą. Pamiętam, że pływały w środku rodzynki. I wiem jeszcze, że lubiłam pić wodę, którą uzyskiwało się z moczenia takich kryształków. Jak się je nazywało? Kryształki Tołpy, czy jakoś tak. W dorosłym życiu, wiele razy ich szukałam. Jednak nie udało mi się to nigdy. Upowszechnienie się Internetu też nie na wiele się zdało, bo nie bardzo wiedziałam co wpisać w wyszukiwarkę, aby odnaleźć ów zapomniany specyfik. Nazwa zapamiętana z dzieciństwa niczego mi nie dała. Aż wreszcie gdy weszłam w zgłębianie tematu oczyszczania wątroby znalazłam informację o grzybach tybetańskich. Ich struktura, sposób odżywiania, cykliczność – bardzo przypomniały mi kryształki z mojego dzieciństwa. Zatem wpisałam w wyszukiwarkę hasło „kryształki do picia” i wreszcie je znalazłam! ;-)
Tak, to były kryształki japońskie (zwane też, nie wiedzieć czemu: algami morskimi). :lol: Zalewa się łyżeczkę kryształków połową szklanki letniej wody posłodzonej dwoma łyżeczkami cukru i dodaje trzy rodzynki. Po dobie dobroczynny napój powinien już powstać. Poczytałam o tym i od razu zamówiłam je też na allegro. Od wczoraj jestem ich szczęśliwą posiadaczką. Dziś pierwszy raz spróbuję jak smakuje wytworzona przez nie woda (tzw. Kefir wodny). Czy to będzie smak zapamiętany z dzieciństwa?
